Rafał Jaworski - „A to Polska…"

Adam Jeż usiadł za klawiaturą komputera. To nie fortepian, ale też można wydobyć mocne akordy, może bardziej konkretne. Lubił słowne crescendo, które ekstatycznie przechodzi w moderato pojęć i hipostaz  z lekkim akcentem typu mosso.

I to w dobrej, jak pysznie zawsze mniemał, sprawie. Nie lubił polemik i strać, konflikt owocował wewnętrzną rozterką, a wtedy i bezsenność przychodziła  po swoje rozciągłe chwile w sposób bezwzględny. Ale jeśli już coś go zbulwersowało ponad  standard odporności psychicznej, był konsekwentny automatycznie i szedł w odporze myślą nawet w sfery apologetycznej śmieszności. Podbudowany racją, wynikającą z faktów, którą umacniało wewnętrzne przekonanie i wprasowane sterty doświadczeń, ośmielił się redagować tekst do hierarchy katolickiego kościoła.
Jego Ekscelencja
Arcybiskup Archidiecezji
Dot.: Form ewangelizacji i promowania wartości przez Kościół na Górnym Śląsku
Wstukawszy ten tytuł i zapowiedź treści, Jeż pomyślał, że może nie „Ekscelencja", ale „Eminencja’. I może, że staranność w tytule podniesie rangę pisaniny: „Dobrze, sprawdzę jak jest poprawnie i taktownie. O, nie jestem w tej materii zbyt douczony. Daleko od tzw. szosy" – uznał i z pasją wrócił do sedna sprawy, czyli wklepywania tekstu w pamięć swego „kompa":
Gwałtowne zmiany w strukturze form przekazu depozytu wiary, którym zawiaduje Kościół Powszechny, wywołują skutki wprost odwrotne. Egzemplum: – klęska Kościoła po Soborze Watykańskim II w krajach postępowego nad wyraz katolicyzmu.
Z głębokim niesmakiem (także estetycznym)  przeczytałem  w „Dzienniku"  o niektórych praktykach pastoralnych na terenie, który nadzoruje Ksiądz Arcybiskup. Podam przykład: – w Parafii św. Stanisława w Żorach ks. Damian  w trakcie Mszy Św. „hip-hopowo-rockowej"  wygłaszał kazania jako raper  przy akompaniamencie obcej nam etnograficznie muzyce murzyńskich slumsów, pełnej agresji, nienawiści i pogardy. Teraz zamierza kontynuować tę „misję" w Rybniku. W tymże Rybniku w bazylice św. Antoniego,  dumy regionu,  ks. Arkadiusz głosi kazania w gwarze śląskiej (wcześniej w Jastrzębiu), podobnie jest w Rydułtowach.
Jeż pomyślał, że powinien bardziej skupić się na stylistyce swoich zdań, bo niechlujstwo językowe osłabi jego przesłanie. Nie bardzo wierzył Arcybiskupowi jako arbitrowi etycznemu, bo ten  niewiele tygodni wcześniej gratulował dorobku i drogi życiowej  poecie, publicyście, kulturotwórczej postaci regionu, z racji jakiegoś tam jubileuszu jego „pracy twórczej". A tenże jubilat był ewidentnemu kolaborantem  PZPR-u, który zapisał się do Sejmu kontraktowego po 4 czerwca po stronie zdrajców suwerennej Polski. Trzeba jednak przyznać, że potrafił  wysmażać piękne i wzruszające wierszyki anty stanowi wojennemu, a właściwie jego skutkom wobec przeciętnych ludzi. „To bezwolna kukła – przypominał sobie Jeż – jego obwisła dolna warga, wiecznie wilgotna, sugerowała niemoc i jakiś stopień zniewieściałości intelektualno-wolitywnej." Adam otarł się o tę osobowość i dlatego ostra ocena nie wydawała się mu nieuprawniona. Jeż jako skończony frustrat, samoskazał się w soc-realizmie na obywatela w kategorii ocen szkolnych „trzy na szynach". Ale jednak wziął udział w spotkaniu z „jubilatem", kiedy upadała komuna i ten realizował polityczne zlecenie, aby do ZLePu przyciągnąć młodych ludzi próbujących parać się pisaniem. „Boże! – chwycił się za głowę Jeż – ależ on się przy tym jąkał i pocił. Coś jak Zbycho Cmentarnik po wybuchu afery hazardowej. Dobrze, wspominki wspominkami a trzeba kontynuować:"
Księża i również zakonnicy, który na estradach prezbiteriów chcą konkurować popularnością z gwiazdkami od tańców są skazani na klęskę. Nie mają szans ze względu na małość środków technicznych i nieprzystawalność treści wiary do tych  środków. Przynoszą Chrystusowej nauce banalność rozrywki i pozbawianie wiernych egzystencjalnego dramatu: łatwo, lekko, przyjemnie. W ten sposób nikogo się nie nawróci, nie utwierdzi w wierze. Promuje się hucpę i humbug,  i nic poza tym. Rapu się po prostu nie da nagiąć do odpowiedzialnej liturgii. Św. Cecylio módl się za nami!.
Nie istnieje język śląski, jest tylko mało elegancka, czasem prymitywna gwara śląska, tzn. zespół dźwięków, który literacką tkankę języka polskiego zubaża znaczeniowo, wplata chrome germanizmy, slang hasioków i familoków. Jeżeli w takim języku głosi się chwałę Odkupiciela, to wprost zakrawa na bluźnierstwo. Głoszenie Ewangelii w tej gwarze razi ucho nawet  wrażliwych soteriologicznie  Ślązaków;  ta Wyżyna leży w Rzeczpospolitej Polski i to zobowiązuje.  Moja żona, która ma czysto tutejsze korzenie rodzinne i potrafi kiedy chce biegle i pięknie mówić gwarą, podziela bezwarunkowo powyższą opinię.
Powiedzmy sobie szczerze, mimo że Jego Ekscelencja określa siebie jako Ślązaka: -  śląskość nie stworzyła własnej literatury, sensownej poezji, żadnych wyróżników kultury – jej cechą powszednią jest obecnie  pośledniość intelektualna, brak wyższych aspiracji, pracowitość fizyczna, uczciwość, umiejętność przystosowania i kultywowanie ciepła rodzinnych więzów. 
Postuluję wprowadzenie zakazu głoszenia Słowa Bożego w gwarze tutejszej.
„O, k… czy wynika z tego, że chcę cenzury, reaktywacji Urzędu z Mysiej w Pałacu na Wita Stwosza w dawnym Stalinogrodzie nad ściekiem zwanym Rawą? Tak pewnie oświeceni oceniliby te moje zdania" – piszący złapał się na grubym odstawaniu od obowiązującego nurtu, ale klepał dalej:
Jaka kultura, jaka baza – tacy kapłani. W śląskich kościołach 3 Maja, 15 sierpnia,
11 listopada – trudno usłyszeć coś o znaczeniu tych dni dla zbiorowości w sensie poza religijnym. A funkcja edukacyjna zawsze była cechą kościoła polskiego. Nie mówię już o wywieszeniu flag narodowych na i wokół świątyń. Ale chyba Kuria ma wpływ na nauczanie w swym Wyższym  Seminarium?
Należy  wykorzystywać środki masowego przekazu, ale godnie. Każda parafia winna mieć stronę internetową informacyjną i linki do stron ewangelizacyjnych na odpowiednim poziomie. Nie są to koszty. Technika tak, ale nie psycho-techniki mediokracji w nauczaniu pastoralnym. W parafii,  do której przynależę, ksiądz proboszcz, czyli farosz boi się wypowiedzieć słowa „Sąd Ostateczny", bo chce pochlebiać ludziom i bez względu na prawdę, na treść dogmatów mieć pełną świątynię, więc w podtekście kasę i uznanie zwierzchnictwa. Tylko postawa niezłomna, w świecie laicyzacji i relatywizmu, może pomóc przetrwać naszemu wyznaniu, a co z tym Idzi,  duchowemu wymiarowi człowieka. Bo inaczej garstkę ortodoksyjnych wyznawców Jezusa Chrystusa czeka niebawem zaułek katakumb. Mówił  o tym kardynał Josef  Ratzinger w „Soli ziemi".
„O, jadę nieźle, dochodzę do grubej rury Mistrzów autentycznych. Chyba pójdę w drodze z poczty na mocne piwo. Coś na odprężenie się należy" – skonstatował Jeż i jednocześnie zauważył, że na dolnym pasku komputera pojawiła się informacja o nowej wiadomości pocztowej. „Czyżby reklama kredytu hipotecznego, bądź podpasek w żelu?" – zadał sobie retoryczne pytanie. Ale wszedł w Outluka i z rosnącym zdumieniem czytał list elektroniczny, który właśnie otrzymał:
kwestie typu ‘czy ta, owa, tamta, inna, kultura jest lepsza, cenniejsza, fajniejsza, wybitniejsza od innej’ to pańskie osobiste, jednostkowe, subiektywne odczucia i odnosić się do nich sensu nie ma. nie sa dla mnie przedmiotem, do którego odnosić by się można i prowadzić przedmiotową dyskusję. przypominają mi one dywagacyje z rzędu: pan nie lubi niedzieli, a ja dajmy na to środy. pan mnie przekonywać raczy, ze niedziela bez sensu, nuda i leżenie brzuchem dajmy na to, a ja, ze przeciwnie, ze fajnie, ze od pierwszego dnia tygodnia mam wolne, a dopiero potem jade do roboty... to sa spory nierozstrzygalne i szkoda cennego czasu, spory ktore mozna i z antropologii kultury , etnologii, estetyki czy innych , ba nawet z historii literatury , tej nauki historykow literatury, ktorych pan tak objechac raczył w tym jednym artykule, omawiac mozna bez zakonczenia, chyba ze pojedynkiem na smierc, albo przynajmniej do krwi pierwszej....
Zdumienie Jeża rosło z każdym czytanym chropawym zdaniem bez polskich znaków i dużych liter gdzie trzeba. Z autorem listu, bibliofilem i bibliotekoznawcą, w co nieco już średnim wieku, prowadził korespondencję delikatną, pełną wzajemnego taktu i szacunku do poglądów, do dokonań. „Coś się w powietrzu zestala niemożebnego… Chłopczyk wydał dwie książeczki, może mu odbijać" – przyszło na myśl Jeżowi. Jedna nawet z  posłowiem jakiegoś Profesora. Przypomniał sobie jak bibliofil walczył o swoje herbowe nazwisko rodowe i w końcu dodał do autentycznego, z końcówką na -ski, jakieś szlachecki przedrostek. „Teraz jest wielowioskowy globalnie. Pisze, bez szacunku do adresata, z pogardą". Czytał dalej:
wie pan, ja przerzucania sie fajerwerkami jezykowymi młodocianych poetów nie lubie, młodocianych pisze – bo w tym wszystkim co pan pisze widze zapał i krwiożerczosc młodokrytyków, jaka i 50 i 100 lat temu pokolenia młode pisały przeciw starszym.
gratuluje panu tego wigoru naturalnie. mozna panskie słowa badac jako dokument epoki, manife młodych, zjawisko socjologiczne, ale jako rzecz odnoszacą sie do literatury jest kompletnie nie do dyskusji dla mnie. modosc i gniew dały sie poznac i sprawdzały sie w okresie Sturm und Drang, albo w romantyzmie, a teraz to tylko piorunki w szklance z wódką, lub co gorsza – wodą. jeszcze przy wódce czasami w  takie dialogi sie wciągam, ale nie w necie na trzezwego :)) pozadrawiam zatem.
„Och! dla mnie… czyli kogoś wyższego…  bardziej zakotwiczonego w wiedzy. Przeczytał dwa moje teksty i potępił. Ech… a jednak czasem wstuka jakiś polski znak: ż czy ł. To on nie jest tolerancyjny  w myśl swojej multikulturowości. Boże… mamy początek wieku numer dwadzieścia jeden po Chrystusie z lekkim okładem lat już przebytych a tak odchodzimy od sedna bytowania…" – ciężko westchnął postponowany adresat. – Pisanina pod prąd nie rozkłada pod nogi perskich kobierców"
„To są sprawy uboczne. Koncentruj się na  zadaniu dzisiejszym – Jeż naprowadzał sam siebie na ścieżkę i kurs formowania przesłania do Arcybiskupa i nie chciał odejść na drugi krąg: – crescendo niech przechodzi w moderato":
„Nigdy nie żałowałem milczenia, często mowy" – wyznaje ojciec pustyni Arseniusz                 w „Apoftegmatach".  Należy zastanowić się jakie autorytety  kreuje się własnym Autorytetem, a pośrednio autorytetem Kościoła. Przykład z ostatnich dni: List Ks. Arcybiskupa nobilitujący lidera tutejszych  kulturofilów, albo i kulturokombinatorów. Osoba ta działała w agendach reżimu komunistycznego nawet po 1989 r.  W czasach upadku autorytetów wskazywanie fałszywego autorytetu jest szkodliwe w trójnasób.
P.S. Wątpię, żeby to pismo dotarło do Jego Ekscelencji. Po drodze jest zapewne wielu sekretarzy i cenzorów. Przecież nawet ks. Dyrektor Piotr K.  z Kurii Metropolitalnej popiera „nowe metody".
„Jaki jestem, nie, stałem się, nietolerancyjny. Toż ja z watahy Legutki. Trzeba ją dorżnąć. A przecież kiedy zaczynałem dorosłe życie wobec ludzi miałem zasadę: żyj i daj żyć innym. Nawet więźniowie, których dozorowałem wiedzieli, że gówno mnie obchodzi czy piją „czaj" w trakcie i po robocie, byle wyrobili swoją normę. A ile nakupowałem się im konserw, aby mieli siłę te zadania wykonać! A jeszcze na te konserwy musiałem produkowany towar sprzedać na lewo okradając ludową władzę – rozrzewnił się Adam – szacunek za to był."
Dla odprężenia wszedł w google, aby poczytać komentarze do politycznych hitów, od których częściej nabiera się wstrętu do rodzaju ludzkiego, niż czegokolwiek uczy. Coś tam było o tym, że Kaczewski z Żebrem zabili śląską świętą. „O, to dotyczy ‘mojego’ obszaru." Nadusił klawisz z najbardziej sensownym tytułem wpisu:
Mieszkam w Chorzowie  25 lat. Mam wielki szacunek dla zwykłych Ślązaków,  żyjących zgodnie z tradycyjnymi wartościami. Natomiast obserwuję wśród osób  mających pretensje do ‘inteligenckości’ trend do snobistycznego odejścia od chrześcijaństwa i patriotyzmu. W pracy stykam się od lat ze Ślązakami z prowincji i nie spotkałem się z tym, by mówili o jakiejś autonomii,  opluwali RP. Zapadła mi w pamięć sentencja sołtysa jednej z wsi: bo jak się coś robi dla swojej wsi, to jednocześnie się robi dla gminy, dla Śląska i Polski. Taki elementarny, szczery patriotyzm, uczciwych ludzi. Takiej sentencji nie spotkasz w ustach śląskich ‘wykształciuchów’. Oni fulają coś o jakiejś "śląskiej krzywdzie", która ma jakoby kształtować śląskie poczucie tożsamości. Pytałem o to rodowitych Ślązaków dalekich od katowickich elit i nie wiedzieli o co chodzi. Tacy ludzie mają podobnych kreatur jak Kutz – obleśnych ćwierćinteligentów – serdecznie dość. Klakę robią mu ‘wykształciuchy’ o postkomunistycznej mentalności i proweniencji. Nie zapominajmy, że PZPR  była tu najmocniejsza. Nie tak dawno w regionalnej telewizji oglądałem program o powstaniach - gawędę Ślązaka – znawcy regionalnych tradycji. Powiedział w konkluzji: ci którzy opowiadają, że powstania były niepotrzebne nie są godni, żeby zawiązać powstańcom sznurówki u strzewików. Obserwuję, że tzw. elity są gotowe się sprzedawać za korzyści dalej. Tworzą się układy o mentalności mafijnej. Ze skorumpowanej Blidy, postaci tragizmem z pewnością nie dorastającej Medei robi się  męczennicę. Niestety ‘liderzy’ pokroju pana Tomczykiewicza swą dyspozycyjnością  zatruwają atmosferę społeczną. O powstaniach najchętniej by zapomnieli. A to jest właśnie ten moment, gdy Ślązacy wzięli swoje losy w swoje ręce - narażali swoje życie dla połączenia się z Polską. To przesłanie teraz dla wielu jest niewygodne, bo trudno wmówić, że powstańcy szli walczyć z Niemcami pod przymusem. Dlatego lepiej powstania zamilczeć.
„Trafiłem w podobny klimat, choć z innego punktu widzenia. Przecież mam szacunek do ‘zwykłych’, a przez to niezwykłych obywateli tego regionu, a znam ich dobrze: – rodzina żony. Lubię z nimi pobyć. Te spotkania nie są sztuczne – Jeż myślał na zwolnionych już obrotach, wpadał w pewną kalkę – nie jestem tolerancyjny. To w końcu  zadanie mojej godności, by nie być kolejną wersją bohatera filmu ‘Człowiek z gumy’".
Ten jedyny niszowy film Wajdy, określający artystycznie dogmaty transformacji, został omówiony jedynie w archiwalnym już „bruliOnie" nr 16 przez Marcina Pawlika. Właśnie ten tekst czytał Jeż wczoraj przed nocnym spoczynkiem i we śnie kołatała mu się ostatnia, piękna, symboliczna scena, w której Leszek Teleszyński (jako Adam Michnik) podczas przedwyborczej debaty miażdży swego przeciwnika, konusa Kaczewskiego (granego przez Irenę Kwiatkowską) dając mu lekcję prawdziwej, europejskiej kultury politycznej. Tylko, że we śnie Adama Adama Mich grała Doda w strefie poniżej pasa, a ks. Sowa powyżej pasa, natomiast konus Kaczewski był przecięty wertykalnie, czyli wbrew jego horyzontalności. Jego lewą stronę grał Marcin Daniec, a prawą ks. Isakowicz-Zalewski w ornacie ormiańskich ortodoksów. Cóż… oniryczne przeakcentowanie odczuć po dwudziestu niemal latach. 
„A Bibliofil? – pytał siebie Adam Jeż – uczoną głupotę trzeba znosić. Uczona bardziej boli, ale i bardziej śmieszy, bardziej nadaje się do nie mniej uczonej facecji. Za intelektem nie podąża strefa rozeznania jak jest i być powinno."
Jeż nie śledził uważnie obrad kolejnych, sejmowych spec-komisji, w tym również tej od „zabójstwa" posłanki z Siemianowic. Ale teraz wypowiedz anonima o ludziach Śląska przypomniała mu, że na portalu lewacko-wegetariańskim jest tekst, który o tym mówi, a on nie miał czasu go nawet pobieżnie analizować. Wszedł więc w ciasto portalu i na chybił trafił przeczytał: „Jeśli więc Barbarę B. definiujemy jako bohaterkę tragiczną, definicje te odrzucamy w odniesieniu do Człowieka z Wanną, Człowieka w wawelskim Sarkofagu i im podobnych popleczników ‘kaczewszczyzny’. Reprezentantów strony przeciwnej w dramacie – biorąc pod uwagę nie tylko ich relacje z Wielkim Wodzem, Ideologiem Nienawiści i Obłędnym Rycerzem – charakteryzuje postawa pół stojąca – pół klęcząca". 
„Co za bełkot! Co za pomieszanie z poplątaniem! Trudno komentować. Znowu, muszę do Ciebie westchnąć, Boże! – jak ten człowiek wyrosły z zapiekłej nienawiści do zaledwie namiastki sprawiedliwości, musi być zraniony swym chybieniem wysługiwania się komunie w różnych marginalnych gazetach, by aż tak pluć na ludzi – po prostu – usiłujących kotwiczyć się w szlachetności? Biogram autora na to wskazuje nieodparcie."
Te jałowe dywagacje i zdziwienia przerwał Jeżowi dzwonek u drzwi. Wyzwolenie od wklepywania literek, zdań, akapitów, wyzwolenie od komputera, od Sieci, o której trzeba koniecznie z dużej bukwy. W końcu coś normalnego. Żona Jeża. „Ślązaczka" – pomyślał. – Concordia discors – rozbieżna jednomyślność. Ja małopolski chudopachołek, a ona Ślązaczka. Boże, jakie to romantyczne! Jest przecież harmonia odczuć i umysłów."
Po otwarciu drzwi mieszkania, wymianie rytualnych gestów i zwrotów, Adam wszedł do kuchni. Włączył piekarnik, w którym umieścił zapiekankę z głównym składnikiem: - posiekanymi ozorami cielęcymi w kalafiorach, pomidorach, makaronie, jakiejś gumowej szynce z marketu o powierzchni kilku hektarów i serze żółtym zatopionym w beszamelowym sosie. Żona nie była fanką ozorków, ale zapiekankę tolerowała jak swojego męża w chwilach jego zwątpień co do sensu kontynuacji wegetacji. „Och, znowu tolerancja. Życie musi mieć swój wymiar zmysłowy, nie tylko ideologiczny" – Jeż ponownie spłycił świadomie swoje refleksje, aby jako tako zakotwiczyć się bezpiecznie w dniu dzisiejszym.
W czasie zapiekania przygotowanego obiadu Adam Jeż poszedł z listem na pocztę.
„Z powrotem nie będzie gorzej, nie warto iść na mocne piwo – uznał – przecież wracam w śląskość na poziomie podstawowym. Tu niezmiernie rzadko dominuje oszustwo uczuć. Najwyżej obojętność na sprawy wyższe od smaku ozorów w tomacie."



 

Również tego autora