Józef Jacek Rojek - Gawęda ma się dobrze

… zwłaszcza w książkowych publikacjach  Artura Nichthausera, czego przykładem jest jego najnowsza opowieść  Znalezione w biurku*),  o której za chwilę, jako że   na udowodnienie tej tezy,  warto przypomnieć jego wcześniejsze publikacje.
Artur Nichthauser debiutował pokaźną książką Mój kochany Olsztyn, czyli opowieści przy kufelku dopiero w 1997 roku, ale trzeba przypomnieć, że do tej pory był przede wszystkim malarzem i z tym związane wiódł bogate życie artystyczne nie tylko w Olsztynie, a to znaczyło, że znał niemal wszystkich  wpływowych obywateli, a wszyscy oni  znali Artura,  jeżeli chodzi o jego profesję artystyczną nie tylko przy blejtramie, co raczej z racji wykonywania wszelakich zleceń upiększających byt w dawnym PRL-u, jak  i następnie w  przeobrażonej  Polsce po 1990 roku. Nic zatem dziwnego, że owe bogate  życie społeczno-kulturalno-artystyczne znalazło  ujście w postaci pokaźniej książki z   wcześniej pisanych gawęd do  nieistniejącego już „Dziennika Pojezierza" pod winietą „W galeriach i pracowniach". A trzeba również dodać, że ich kunszt literacki naprawdę znalazł oddźwięk czytelniczy, bo któż nie  lubi poczytać nie tylko o sobie, ale i  o swej przeszłości z  Arturowymi bohaterami  jego gawęd,  prawda? A tych bohaterów jest tu multum, jak to bywa z przyjaciółmi  „od kufelka".  Tym bardziej, że tak zwana pojemność pisarska  gatunku literackiego zwanego „gawęda" bywa naprawdę znaczna, by prowadzić opowiadanie z osobistego punktu widzenia – nie dbając o chronologię czy kompozycyjny porządek relacji . A że gawęda w tym przypadku  nie tylko stawała się   sugestywnie wiarygodna i autentyczna, co  jednocześnie niosła w sobie treści żartobliwe lub  z nutką sentymentalnych wspomnień, które wzbudzały u czytelników zainteresowanie przez swą formę podawczą,  nawet wtedy,   kiedy  jego opowieści nie stroniły   o pewnego rodzaju   przekazania im  pouczeń czy nauk moralizatorskich. A ponieważ  język pisarski autora Kufelków  bywał nadzwyczaj  „giętki", zaś anegdoty  w opowieściach sypały się  gęsto i soczyście, z czego znany jest Artur Nichthauser, gawędy jego miały spory odzew czytelniczy.
Zatem Mój kochany Olsztyn powstał ze 132. opowiastek wraz z interesującymi karykaturami Edwarda Michalskiego, architekta z wykształcenia a satyryka z zamiłowania. Następna  książka Artura Nichthausera, czyli Rozmowy przy kufelku w Karczmie Warmińskiej z 2001 roku,   powstała aż ze 150. gawęd. Oczywiście pisanych również  okazjonalnie z racji  świąt  czy wydarzeń rocznicowych, czego w Polsce nigdy nie brakowało ani nie brakuje do dzisiaj. Opowieść również  ilustrowana, tyle że zdjęciami z Karczmy Warmińskiej, jaka istnieje w Gietrzwałdzie, wsi gminnej pod Olsztynem, a znanej drzewiej przede wszystkim z tego, iż „W drugiej połowie dziewiętnastego wieku Gietrzwałd  i Warmia znalazła się w centrum zainteresowania wszystkich ziem polskich, albowiem w 1877 roku rozeszła się wieść, że Matka Boska w Gietrzwałdzie przemówiła do dzieci warmińskich po polsku",  a działo się to przecież pod Zaborem Pruskim…
Trzecia książka Artura Nichthausera  Przy kufelku okazuje się z okazji 650-lecia powstania Olsztyna, czyli w 2003 roku,  jako gawędziarska opowieść o mieście, jego szacownych zabytkach, a przede wszystkich  miejscach, gdzie „kufelek pyfka" nie przynosi ujmy ani miejscu, ani osobom go  kosztującym; nawet w nadmiarze. Opowieść ta również gęsto jest ilustrowana zdjęciami, jak i  karykaturami Edwarda Michalskiego, bez którego opowieści nie byłyby spójne z rzeczywistością, ani nie przyniosłyby artystycznej ozdoby Arturowemu  gawędziarstwu. I to mimo, że sam autor  jest całkiem niebanalnym malarzem, ba, nawet ilustratorem książek, a znanym przede wszystkim z jego fantastycznymi obrazami „szytymi", kolażami  – jako to:  „Wykonywane były z różnych materiałów, między innymi ze skóry, ze względu na to, iż od lat używam jej jako tworzywa plastycznego, prace pokazane na tej wystawie pozwoliłem sobie określić mianem TOTEMÓW" – jak napisał był   autor Kufelków w katalogu do wystawy „Totemy" z 1966 roku; no i na tym poprzestajmy,  mając na uwadze powyższą tezę, iż „gawęda ma się dobrze, zwłaszcza  w książkowym  publikacjach Artura Nichthausera".
Znalezione w biurku autora powyższych Kufelków, jaką opublikował  pod koniec 2010 roku, jest nieco opowieścią odmienną od pozostałych trzech, a to z kilku względów. Ma, a jakże, styl gawędziarski, trochę ironiczny, trochę plotkarski, zabawowy, nieraz kontestacyjno-obrazoburczy, ale uszeregowany w pewien zapis porządkujący, który nazwałbym żartobliwie słowami historyczno-agrarnymi, jako „trójpolówkę literacką", gdzie dwie części „odpoczywają", gdy pisarsko autor  „obrabia" trzecią połać. Oznacza to, że Artur Nichthauser prowadzi uładzoną opowieść w trzech wymiarach  osobowych: teraźniejszy dzień pisania (zaczyna autor swą gawędę od 17 stycznia 2005 roku), następnie podaje przedruk z  dziecięcego pamiętnika znalezionego w biurku, a zaczynającego się od 8 I 1942 roku, kiedy jako dziecko przebywał z rodzicami nad Uzbecką  Amu-Darią w  Azji  jako wygnańcy z przedwojennego  Lwowa,  oraz w formie osobowej trzeciej, czyli od 16 grudnia 1980 roku, pisząc iż: „Dzisiaj  odsłonięto w Gdańsku pomnik  pomordowanych przez Polaków zbuntowanych Polaków", a dzień później urodził się Nichthauserom  ich synek Piotr i z tym związany jest epistolarny, społeczno-polityczny jakby pamiętnik autora Kufelków. Oczywiście autor gmatwa tę swoją  trójpolówkę, ale mniej więcej w tej postaci powstaje jego opowieść: dawna, przeddawna i dzisiejsza  jako moment komputerowego zapisu Znalezione w biurku.
Kompozycja opowieści może trochę zwariowana, ale  chyba akuratna na jego, Arturowe, zmagania się ze słowem, pamięcią i teraźniejszością, ba, sam notuje o tym: „Gdy w 1965 roku przepisywałem z zeszytów do brulionu znalezionego w biurku moje uzbeckie >wypracowania<, ojciec jeszcze żył i objaśniał mi to, czego z nich nie rozumiałem, lub przypominał zapomniane wydarzenia, co skrzętnie notowałem. Pierona! Berciku kochany. Mam początek książki, z którym miałeś takie kłopoty, to jest tytuł, a nawet pomysł na okładkę. Na samej górze będzie nazwisko autora, moje poniemieckie biurko z maszyną do pisania, na której pisałem pierwsze ‘Opowieści przy kufelku’ do niezapomnianego „Dziennika Pojezierza", i tytuł: ZNALEZIONE W BIURKU".
Znalezione w biurku Artura Nichthausera jest opowieścią ilustrowaną zdjęciami z archiwum autora, zaś  owa  trójpolówka gawędziarska kończy się odpowiednio na dawnych zapiskach dziecięcych z 26 V 1944;  przeddawnych opisach  z 15 sierpnia 1981 roku oraz zapisu komputerowego z  ostatniego dnia zakończenia opowieści, czyli  z 3 KWIETNIA 2005 ROKU.
Jednak, zapytany przeze mnie, co dalej,  Artur Nichthauser odpowiedział jak rasowy pisarz: Pisze się ciąg dalszy. Zatem: złamania pióra; bo co zaś idzie o pędzel, to w roku 2010 miał Artur Nichthauser retrospektywną wystawę w Olsztynie, na której można wyróżnić kilka okresów twórczych i związanym z tym technik, począwszy od metalu, olej, akwarelę, pastel po skórę, tkaninę czy fotografię. A osobiście czekam na portret w jego wykonaniu we współpracy, oczywiście, z komputerem, którego możliwości posiadł był całkiem, całkiem… A to świadczy o Jego  krzepkim duchu twórczym,  mimo już  zusowskiej emerytury podpartej  „dziecięcą     peregrynacją  z rodzicami przez Aryjską Autonomiczną Obłasti do środkowej  Amu-Darii w Azji w  czasie, kiedy  jeszcze nie było pojęcia: Związek Radziecki, był po  prostu  Związek Sowiecki, a władał nim Josef Wissarionowicz", ot co!
--------    
Artur Nichthauser Znalezione w biurku. Medical Edukation Sp. z o.o., Warszawa 2010.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież