Emil Biela - NIEWYPAŁ Wojciecha KUCZOKA

Niekiedy nadmiar nagród dezorientuje wydawców, a i samego autora sprowadza na manowce bylejakości. Edytorom i autorom brak krytycznej autorefleksji. Szkoda, bo z powodu tego braku ukazują się takie książki-niewypały, jak Spiski WOJCIECHA KUCZOKA (ur. 1972). Pisarz za swój Gnój otrzymał nagrodę NIKE i Paszport „Polityki". Bagaż tych nagród zamienił teraz Kuczok na pseudo-powieść pt. Spiski. Jest to niesmaczny paszkwil na górali, których przedstawił jako pijaków, a nawet sodomitów (juhasi spółkują z owcami!). Jan Gondowicz napisał, że Spiski to „świeża i śmiała książka. Niewykluczone, że Kuczok długo nie będzie mógł pokazywać się na oczy polskim góralom". Ma rację, bo podhalańczycy to naród sprawiedliwy i pamiętliwy. Do tej opinii dołączył się pośrednio również Rafał Ziemkiewicz w eseju Pseudomodernizm, opublikowanym w dodatku „Rzeczypospolitej" – „Plus Minus", pisząc w nim m.in.: „na poły grafomański słowotok Kuczoka stał się wyróżnikiem literackości".


Wszystko po to, aby w rzeczywistości „zabełtać rzeczywistość", którą w myśl autora Spisków miała być „zdemaskowana" góralszczyzna, którą tak pięknie zmitologizował ks. Józef Tischner w swej Filozofii po góralsku. W książce Kuczoka rodzina ze Śląska przyjeżdża na Podhale i zamieszkuje w Bukowinie Tatrzańskiej, czyni bardzo krytyczne obserwacje, skupiające się wokół tematu: erotyzm po góralsku. Inicjację, niekiedy bardzo bolesną, przeżywa młody chłopak. W sumie za mało tych wakacyjno-wypoczynkowych rewelacji na solidną powieść. Wystarczyłoby zaledwie na pocztówkę z Podhala, jakie wysyłają mało ambitni ceprowie. Gdyby autor czytał systematycznie miesięcznik „Tatry", to ustrzegłby się takiego blamażu. A tak to niepotrzebnie skusił nas podtytułem Przygody tatrzańskie. Zwabi on wielu czytelników, autentycznych miłośników Podhala i jego mieszkańców.
Kochana telewizja dołuje nas ostatnio serialem Szpilki na Giewoncie, a Kuczok raczy nas pijanymi Przygodami tatrzańskimi. Litości! Nie ratują sprawy antykomunistyczne wstawki, ani liche plewy o hańbie góralszczyzny, jakim był Goralenvolk i czołowym działaczu kolaborującym z Niemcami – Wacławie Krzeptowskim.
Ostrze pamfletu Kuczoka ugodziło też boleśnie dla górali w wiarę katolicką, która na Podhalu jest czymś świętym. Proboszcz ks. Bździoch przedstawiony jest bardziej niż w krzywym zwierciadle. Smutno czytać. I jak tu mówić o tolerancji i poszanowaniu uczuć religijnych.
A mogło być wszystko pięknie – jak to na Podhalu zawsze jest i było. Na Podtatrzu jest cudnie nawet, gdy całe wakacje nieustannie pada deszcz. Musiał to – na szczęście – odnotować w swoim paszkwilu Wojciech Kuczok. I chociaż w tym momencie lektury czytelnik jest szczęśliwy, to nic, że nieco „przytopiony" Kuczok, wizjoner, pisze: „wdrapałbym się na sam szczyt dachu i, tak siedząc okrakiem na krawędzi, czekałbym, aż woda podejdzie pod stopy, a gdyby już wezbrała ponad wysokość dachu, przepłynąłbym do rzędu topól i jeszcze może na najwyższej z nich przeczekałbym parę godzin, w sam raz, żeby pojawiło się w zasięgu ręki coś niezatapialnego, kłoda, kawałek psiej budy czy choćby okorowane bele z pobliskiego traktatu. Nie żebym myślał, jak z nich zrobić tratwę, ale jednej z kłód się uczepiwszy, do grani Bielskich i na Hawraniu potop bym przeczekał, bo jakkolwiek wyobrażałem sobie koniec świata na wiele sposobów, niewyobrażalnym było dla mnie, żeby Tatry zalać aż po czubek, koniec świata miał być końcem ludzkości, cóż złego Bogu góry zrobiły, żeby się miał na nich mścić. Tyle wody to i Bóg nie wyprodukuje, żeby Tatry zatopić" (s. 59).
Dzięki za ten optymizm!

Wojciech Kuczok, Spiski – Przygody tatrzańskie – Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010, ss. 275.                                        

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora