Radosław Żyszczyński - Wizja Ksenofonta

Spis treści

Gdy Ksenofont opuścił ojczyste tereny,
płynął przez greckie morze wyspami usiane
wizję mu przyniósł wicher chmurą rozczochrany,
falą otulony w grzmiące wieńce słone.


Przyszły dziejopis ujrzał o zmierzchu na niebie
dwie chmurne wiedźmy, które powaliwszy olbrzyma,
po długim wspólnym boju, zwróciły ku sobie
dziką nienawiść, bo tak kazała im duma.

Niszczą się wzajemnie jak Sparta i Ateny
po zwycięskim starciu z perską wojny ręką -
pomyślał Ksenofont i przyszłości poznał tony.

Demokracji, tyrani, oligarchii oczy
nie kryły przed nim więcej, że mają głęboką
skazę, której żadna moc ludzka nie zniweczy.


Minotaur

Kreta opromieniona niebiańskim klimatem
skrywa swoje sekrety w podziemnej głębi,
ciasnej, śmierdzącej grobem a wykutej potem,
gdy zrodziły się lęki, że wyspę ozdobi

syn króla o bezkształtem chorobliwej głowie.
Jego zdeformowanym kościom, smutnym losom
dorobiono zwierzęcą byczość spolegliwie,
aby przypodobać się moralnym pariasom.

Na próżno składali z prac, ludzi ofiary,
więzień kalectwa i niewielkiej ciemnicy
chciał przestrzeni, wolności, świeżego powietrza.

Zamiast tego otrzymał mityczne papiery
zwierzęcia, co pilnuje krów przy trawiej pracy,
i złudę, że ktoś zwróci go do ziemi wnętrza.    



Egipt

Zdradź mi Afryko czemu, kiedy twe wybrzeże,
zielony płat płaszcza blakł piaskowo, żółkł złocie,
masą zbiegł koczownik nad nilowe korytarze
w których woda bije sapiąc jednolicie?

Zdradź mi Afryko czemu tenże z kamienia
pomocą wznosił żywym władcom piramidę.
symbol znaczący miejsce jego pochowania,
- tam gdzie suchość grobowa rozpieszcza urodę?

Nawet duch Aleksandra nie zwyciężył czaru,
przeczuwając odejście, składał testamenty,
jako prawowity pan egipskiego dworu.

Przed nim i po nim Grecje niby zapatrzone
w matkę, twierdziły, że ich myśli klejnoty
zostały przez tutejszą dobrą ziemię dane.   


Obracanie się w tył

Krople ostygających słów wodnie pęcznieją,
ulotną, zastygłą myśl cicho przesuwają,
kruszą powolutku, bez hałasu, wstrząsu.
A człek krótkowiecznością odmienny od lasu,

nie widzi, że warstwa z której języka użycie
wysuwa, już inaczej w swojej brzydocie,
pięknie, bylejakości wygląda i włada.
Rzekł ktoś, niecny ten, co do tyłu się ogląda,

przykładając rękę do pracy swego pługa;
minęły epoki i przyszła ta, co wzmaga
jawnie tę postawę, dla niej wielkość tworzenia
to pierwszeństwo, nowość i sztuka gwiazd spełniania.

Pożyczanie nazwiska, plagiat cnotą zwano,
dawniej, gdy kolejności odwrotnie liczono.




Moje zdanie o pewnym stylu

Znam ten język, co chce pić smak cisz, woń łez,
czcić groby czuć, nieść nagi strój bez ozdób,
lecz jego jeży szyk tez i antytez,
alternatyw kosz, skromny taniec długich dób

pracy nad linią prostych, klarownych słów,
które brzmią jak szerokie płaszcze prozy
rozwieszone na sznurze złych rozkazów,
powinności liryki – bez obrazy -

nie spełnia, bo nie widzę sposobów,
aby wyraz prostotą biegłą skoczył
przez głęboki, naturą rozwarty rów
między nim a wszystkim, co więcej niż pył

pamięci przyjmującej dźwięk głuchymi
uszyma znaczy, oraz myśl podsuwa
o pisaniu obszernymi zdaniami,
bardziej wciągającymi mnie niż salwa  

celowo ubogich słów i wrażeń prym
wiedziony przez melodię lir niewiedzy,
iż mylił się przebrzmiały już romantyzm -
rozum nie czucie trzyma wiersz na wodzy -

oczyszczając rygorem pomysłowym
myśl z naleciałości niepotrzebnej
doskonali ją trybem bardzo zdatnym
do rozbudzania wprawy językowej,

człowiekowi właściwej, przyrodzonej,
czyniącej z niego cud i wyrzutek
cisz, milczenia, przyrody bełkotliwej -
więc nie cofa się, bierze swój kierunek.