Ariana Nagórska - Nisza Koziorożca- Czytać wybitnych, czy lepiej znajomych?

W niektórych przypadkach powyższe pytanie nie ma sensu, gdyż nie brak osób twierdzących, że każdy piszący ich znajomy jest wybitny (bo gdyby takim nie był, nie mógłby być ich znajomym!). Paranoją jednak zajmować się nie będę. Słowem wybitny określam żyjących i nieżyjących klasyków, noblistów oraz pisarzy z całego świata tłumaczonych na wiele języków, cieszących się uznaniem lub popularnością, jak też tych najwszechstronniejszych, którym i znawcy wyrażają uznanie, i międzynaro- dowe grono licznych czytelników. Chyba tylko wariat mógłby twierdzić, że tacy pisarze to jego koledzy. Wybitnych na ogół osobiście nie znamy i kompleksów z tego powodu raczej mieć nie należy. Znacznie więcej kłopotów przysparzają niewybitni, znani nam jak zły szeląg. Znajomych piszących ma KAŻDY, czy tego chce, czy nie. Nawet ktoś, kto absolutnie nic nie czyta, bez trudu wskaże w swym otoczeniu takich, co piszą (a często-gęsto pisze też sam).


Za tym, by czytać raczej wybitnych niż znajomych, przemawia oczywiście argument, który słyszałam na wszystkich szczeblach edukacji, dlatego nazywam go belferskim: należy korzystać z naj-
wartościowszych artystycznie dóbr kultury, kształtować swój gust na najlepszych wzorach, obcować z największymi osiągnięciami ludzkiej myśli i talentu. Choć brzmi to nader wzniośle, trudno w tej kwestii polemizować lub ironizować, bo to opcja po prostu sensowna. Rzeczywistość jednak wlecze się własnym, grząskim torem. Całkiem często spotykam takich, co przyznają, że nieraz przymierzali się do lektury klasyków czy noblistów, ale musieli zrezygnować, bo nic z tego nie rozumieli (i naturalnie NIE SIEBIE, tylko owych pisarzy winili za ten stan rzeczy). Na dowód tego, że wcale nie są zbyt głupi i predyspozycje do czytania mają, podawali argumenty: Jak Mundek z sąsiedniego bloku wydał powieść, to od razu mi się spodobała i przeczytałem w jeden wieczór. Nie musiałem sobie wcale głowy łamać, żeby wszystko zrozumieć. Albo inny typ refleksji: Poezja współczesna jest niezrozumiała, bo poeci im bardziej znani, tym bardziej wszystko pokręcą. Ale na przykład moja koleżanka Ziuta z klubu osiedlo- wego potrafi jednak napisać takie wiersze, które mnie wzruszają, bo są wszystkie o miłości i prosto napisane, tak jak człowiek mówi na co dzień. Pewien bohater literacki, który odkrył, że na co dzień mówi prozą, uchodzi za postać komiczną. O ileż śmieszniejsza jednak wydaje mi się realna osoba uważająca, że „tak jak człowiek mówi na co dzień" – to jest wiersz!
Optymiści zawsze twierdzili, że lepiej czytać coś niż nic, uważam jednak, że czytanie Mundków i Ziut nie tylko nie rozwija, ale na dodatek raz na zawsze ogranicza zdolność do przyswajania literatury choć trochę wartościowszej. Przeczytanie choćby kilkuset dzieł znajomych nie zastąpi jednego utworu wybitnego. Przy tym znajomi ci wcale nie muszą być grafomanami (choć w części oczywiście są). Nie ma nic niestrawniejszego niż standardowa produkcja poprawna, obfity stek prawidłowo wyartykułowa-
nych banałów. Grafomanię porównać można do pieczywa z jawnym zakalcem, którego raczej (poza masochistami) nikt nie zje. Natomiast przeciętniactwo standardowe to jak pieczywo teoretycznie jadalne, rozdęte, pełne podejrzanych ulepszaczy, zewnętrznie nieraz nawet apetyczne, ale niemające żadnych walorów smakowych czy odżywczych.
Przez długie, długie lata byłam durną idealistką marnującą kupę czasu na lektury dzieł znajomków w przekonaniu, że chcąc znaleźć dla siebie nikomu nieznaną perłę, muszę się najpierw ogłupić i upaskudzić przewalaniem stert zapisanego papieru. Na dodatek uważałam też (z czego przez lata śmiał się do rozpuku znajomy krytyk), że mogę pomóc w pisarskim rozwoju tym, którzy prosili na przykład o poprawienie ich utworów, wybór najlepszych do druku itp. Krytyk mówił wtedy mniej więcej tak: Nawet jeśli pomogłaś komuś wydać książkę o wiele lepszą, niż mógłby to zrobić bez twojej pomocy, cała robota mimo to była bez sensu, bo głupi czy niezdolny i tak niczego się nie nauczy, a przez ciebie tylko dojdzie szybciej do wniosku, że już wszystko umie! Wkrótce bez twojej pomocy zacznie jak opętany wydawać kolejne książki na miarę swych rzeczywistych możliwości i udowodni jednak, jaki jest beznadziejny. Po co więc było czas tracić? W moim domu natomiast dewizą było przysłowie: Lepiej z mądrym stracić, niż z głupim zyskać (inna wersja: Lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć). Choć ani jeden członek rodziny nie był krytykiem literackim, zdrowy rozsądek kazał im się śmiać z mojego ofiarnego ulepszania niezdolnych znajomych. Do końca życia zapamiętam choćby taką celną uwagę: Nawet jeśli niektórzy wiedzieli, że za prace redakcyjne wypada zapłacić, musisz liczyć się z dalszą stratą czasu już bez honorarium, ponieważ owi nadambitni partacze zaczną ci wciskać swe kolejne książki do czytania, bo będą uważali, że skoro poświęciłaś im tyle uwagi już na starcie, tym bardziej będziesz olśniona tym, co jako doświadczeni w swym mniemaniu spece literaccy wyprodukowali samodzielnie! Wszystko to potwierdzało się przez długie lata co do joty.
Dziś czytanie prawdziwych mistrzów ma dla mnie oprócz wartości dzieł także bardziej konkretne, wręcz przyziemne walory. Przede wszystkim nie jestem przez nich terroryzowana, molestowana i nagabywana. Poza tym MAM WYBÓR. Nikomu nie starczyłoby życia na przeczytanie całego najcenniejszego nawet dorobku literackiego ludzkości, wybór indywidualny jest więc konieczno-ścią. Za wyborem idzie to, co najbardziej lubię – SELEKCJA! Nie mam żadnego obowiązku zachwycać się wszystkim i nikt z wielkich tego ode mnie nie wymaga. Tymczasem pewien gdański grafoman sam zadał telefonicznie pytanie, czy w ogóle jest możliwe, bym chciała zasugerować, że JEGO twórczości nie cenię? Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą, orzekł, że „pieprzę bzdury", z czego mogę wysnuć tylko jeden wniosek: podziwianie grafomana jest widać OBOWIĄZKIEM, jeśli ktoś nie chciałby za „pieprzącego bzdury" uchodzić. Grafoman ŻĄDA z reguły większego aplauzu niż wszyscy geniusze pióra razem wzięci!
Dość dawno już nabyłam książkę bardzo lubianego przeze mnie noblisty Saramago, z zamiarem przeczytania jej dopiero na emeryturze. Jeśli nawet nie dożyję, nie sądzę, by noblista miał mi za złe. Gdy jednak pewnej wiosny otrzymałam znienacka książkę lokalnego Bździńskiego i powiedziałam, że postaram się ją przeczytać w czasie lipcowego urlopu, Bździński raczył nie bez ironii filozoficznie zauważyć: Ludzie lubią wszystko odkładać na później, nic więc dziwnego, że niejeden nie zdąży! Święta racja, nie znamy dnia ani godziny, istnieje więc ryzyko, że zejdę z tego świata dzieła Bździńskiego nie zaznawszy, co być może zaowocuje ogniem piekielnym. Wielu światowych mistrzów nie przeczytałam, ale mnie niczym nie straszą. Są od Bździńskiego przyjaźniejsi, a to również niemały atut.
Jak więc uchronić się przed rozkazami, roszczeniami i pretensjami piszących znajomych? Kłamać i opętańczo kadzić? Nie czytać ich wcale? Obrazić ich śmiertelnie preferowaniem pisarzy sławniejszych i wybitniejszych? Lawirować dyplomatycznie? Ukrywać się? Uciekać? Atakować w ramach obrony? Przytakiwać bezmyślnie? Przytakiwać ironicznie? Możliwości jest wiele, lecz tylko jedna strategia owocna: Na dzieło znajomego reaguję tak, jak ja chcę, a nie tak, jak chciałby znajomy! Chcę to obrażam, chcę to pocieszam, chcę to podziwiam, chcę to wyśmiewam. Jak chcę to przeczytam, jak nie chcę to wyrzucę! Nigdy nie daj się czytelniku wytresować przez znajomych piszących. Jeśli nie potrafisz z nich zrezygnować – tresuj ich sam, by wywalczyć sobie więcej czasu na czytanie nie po znajomości!

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora