Zmienna pogoda – życie

Najpierw w sprawie autora. Kolejny z przyjaciół przejął ster oddziału ZLP. Po Stanisławie Nyczaju (Kielce), Andrzeju Grabowskim (Kraków), teraz EUGENIUSZ SZULBORSKI, decyzją vox populi członków dosiadł hetmańskiego konia literackiego w Białymstoku. Cieszyć się, gratulować. Oczywiście. Ale czy też nie współczuć? „Wyznaczono mi rolę cudotwórcy" – pisze nowy (od listopada 2010) prezes białostockiego O/ZLP w „Huśtawce", czyli biuletynie tegoż oddziału.


Nb. ów biuletyn to powrót do dobrej tradycji ZLP: kiedyś i Zarząd Główny, zarządy oddziałów właśnie w biuletynach informowały o tym, co się dzieje w tych gremiach. Potem, na fali wyrzucania wszystkiego, co było „przed", zaniechano edycji biuletynów literackich. Liczono, że media je zastąpią? Naiwność – dzisiejsze media żyją z „niusów" o politycznych wygłupach oraz plotkarskiego magla o celebrytach. Np. o zgonach przyjaciół: Jana Koprowskiego, Łucji Danielewskiej, Karoliny Tarkiewicz-Suchanowskiej, Stanisława Goli, a ostatnio Zbigniewa Jerzyny dowiedziałem się dopiero z prywatnych listów lub niektórych czasopism literackich. Oto efekt obcej tradycji, jaką dawno zdefiniowało przysłowie o Murzynie, co zrobił swoje...
No, ale ktoś musi przyjąć na siebie ów „hetmański" zaszczyt, który w praktyce oznacza rolę Syzyfa. Jednak mimo skrzeczącej rzeczywistości trzeba życzyć Eugeniuszowi, by udźwignął rolę „cudotwórcy", zwłaszcza że do struktur tego oddziału wybrano też osoby zaprawione w społecznej służbie dla życia literackiego.
O tym, że Szulborski jest twórczo płodny i pracowity, wiadomo od lat. Już tylko ponad 40 jego wydanych książek poetyckich o tym świadczy. Właśnie wydał kolejny tom – Zmienną pogodę, zawierający 60 utworów. To wiersze o zmiennej pogodzie życia – tego osobistego, przede wszystkim wewnętrznego oraz naszej współczesności. Rzecz jasna, nie są to obrazki tego, co się w nas i obok nas dzieje. Obie te rzeczywistości poeta drąży i wyraża przez refleksję. Różną refleksję – filozoficzną, egzystencjalną, nawet metafizyczną.
Pisałem przy innej okazji o wierszach Szulborskiego, że nie byłby sobą, gdy nie wyraził w poezji, co nie tylko jego boli w ojczyźnie. W tym zbiorku także tego nie pomija: „Szerokie jest koryto rzeki/nazywanej Polską/i tyle w nim śniętych ryb", „Sztandary łopocą/w cuchnącym powietrzu". Kłuje aż do sarkazmu wobec bełkotu telewizyjnego, czyli kultury masowej: „Spoglądam na ekran. Garnitury/leżą na nicości jak ulał". No właśnie – na nicości. Tyle, że ta nicość jest konkretna, materialna, a jej wpływ szkodliwy.
Niestety, jak pisze poeta: „świat mętnieje". W takim świecie wszelka pogoda musi być zmienna, więc i życie jest zmienne. Powie ktoś, że przez to ciekawe. Może – w sensie spędzania czasu. Jednak czasu „spędzać" nie trzeba ani go popędzać, on jest niezależny w... uciekaniu. A mętny świat to jak mętna woda. Człowiekowi trudno się w niej umyć, trudno nawet ukryć. Człowiek to przecież dwa światy w jednej osobie. W jakiej mętności ukryje to, co czuje? Próbuje ukryć zło w zmiennej pogodzie – w absurdach. Wprawdzie absurd jest widzialny gołym okiem, ale to również pancerz to zło chroniący.
Co więc pozostaje poecie? Drążenie istoty czegoś niesprawdzalnego. Bo to, w czym tkwi, dopóki żyje, a tkwić musi chcąc nie chcąc, określi myślą z bezsennej nocy: „świat dranie knocą". Skutek taki, jak po przestrogach poetów wszelkich epok: bezradność. Czy ktoś kiedyś serio potraktował mądrości mistrzów poezji, a tym bardziej wcielił je w życie? Przecież „Mędrkowie rozleźli się po rzeczywistości". Nie mędrcy, lecz mędrkowie! To oni

Mówią, że wszystko
należy brać na rozum
i biorą bezrozumnie

Pół biedy, gdyby sami brali. Ale skłaniają do tego innych – a tych refleksyjnych, czujących i de facto najbardziej krzywdzonych wręcz do tego zmuszają. Dlaczego to im się udaje? Bo nie tylko się rozmnożyli do siły żywiołu. Stworzyli też takie systemy, których mogą trzymać się mocno jak doświadczony jeździec w siodle. Taki jeździec ma wzbudzać respekt, a nawet podziw tych, przeciwko którym szarżuje. Czyni to skutecznie, bo ich przekonał, czy raczej oczarował blichtrem i banalną obiecanką gruszek na wierzbie.
Co w tej sytuacji z poetą? „Poetę można skazać na brak czytelników/na powolne zacieranie osobowości/ i unicestwianie wierszy". Nie tylko można, ale to się czyni. Niejeden zaoponuje, że czego jak czego, ale osobowości zatrzeć nie można. Nawet gdyby tak było, że jedni drugim jej nie zatrą, to tego dokona czas. Przemijanie.
Zastanawianie się nad czasem i jego wpływem na ludzki los to dość częsty motyw tego tomu. Długo by cytować, ale dla przykładu: „Jesteśmy zdziwieni uporem/mijającego się z czasem". No, poeto, temu uporowi bym się nie dziwił – przynajmniej w tym względzie nie tracimy instynktu samozachowawczego, choć wiemy, że „to jest umieranie" (Grochowiak). Myślenie o tym jest filozofią, która „zaplątana w boskie myślenie/podejmuje nową próbę nazywania czasu". Ale takie próby są odwieczne, czyli... ciągle aktualne, zwłaszcza że na żadne z podstawowych pytań nie są w stanie dać ostatecznych odpowiedzi.
Trzeba zatem odwołać się do świata pozaludzkiego, mistycznego. Z nadzieją, jako że ona umiera ostatnia... Stąd nawet w konfesjonale powtarza się sen odnoszący się do ciała. A dusza? „Moja dusza czasami drzemie". Może dlatego, że w niej nadal czeka „kawałek kartki / nie zapisanej jeszcze wierszami / przeznaczonymi dla Pana". Kto, jak nie poeta, zobaczy i utrwali współczesne barbarzyństwo, wobec którego „Matka Opatrzności stała się Matką Płaczących"? A do płaczu – jak skazańców pod lufy – zmuszają ludzie małej wiary. Wiara zatem – wciąż podpora. Szulborski mówi zdecydowanie: „Wiara nie ma granic. / Wystarczy ufność, / a już jest". Kocham liryzm i szukam go w każdym dostępnym mi tomiku. Czy w związku z tym, że Szulborski jest przeniknięty w swej poezji bólem współczesności, odszedł już od liryki miłosnej – tej uczuciowej, zwanej kiedyś miłowaniem, ukochaniem? Ależ nie, choć nie ma tu młodzieńczych westchnień i krew nie gra jak w muzyce cygańskich skrzypiec. Lecz nie brak wyznań, poczynając od Listu otwierającego tę książkę. Są to jednak pejzaże miłości dojrzałej, co nie znaczy – stabilnej, jednolitej, pomnikowej. Miłość nigdy nie jest zastygłym kształtem:

Piszesz: „Chciałabym być gdziekolwiek,
yle tylko z tobą".
Na skalach pamięci świeżą krwią pisane:
– Zawsze ci otworzę, gdy przyjdziesz nad ranem. (...)
Wracając skądkolwiek, byle tylko do mnie,
ile przywieziesz mi twarzy?

Wiersze w Zmiennej pogodzie nie są – jak mogłoby się wydawać – mroczne czy przygnębiające, nie ma w nich postmodernistycznego nihilizmu. Ale nie ma też hurraoptymizmu. Nierzadko bolą – jak każde mądre piękno. I jest w nich prawda wzięta z rzeczywistej, zmiennej aury współczesnego świata. Jest również zaduma – oczywista dla każdego, kto zachował wrażliwość i nie ucieka od refleksji, nawet gdy kocha i pisze o miłości czule. Jak w tym poruszającym wierszu bez tytułu z mottem z Plutarcha: „Kiedy zgasi się świece, wszystkie kobiety pięknieją":

Otwierasz oczy i spostrzegasz swoją kobietę.
Krząta się w słonecznym poranku twego lenistwa.
Myśli twoje oplatają jej sylwetkę
i przypinają kwiatuszki dawnych wzlotów
oraz teraźniejszości pełnej niepokoju.

Jak to będzie, kiedy ból
stanie się boleścią całego być,
a nie tylko pojedynczego jest?
Jak to będzie? Kiedyś.

Ten utwór, jak większość tego zbioru, to jeden z najnowszych wierszy Szulborskiego (2010). Wysoka półka – dojrzałość. Gratulacje!

Eugeniusz Szulborski: Zmienna pogoda. Projekt okładki: Wojtek Wolański. Kraków 2011, str. 68.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież