Paulina Klessa - Gorzkie jak piołun i twarde jak orzech

Te wiersze denerwują. Tak, że ma się ochotę rzucić je w kąt i z mściwą satysfakcją pozwolić, by zarosły kurzem.

Po pierwszej lekturze ma się wrażenie, że wszystko to już się u Utkina czytało. Znów przed oczami przesuwa się miarowo wahadło rytmu, hipnotyzując czytelnika i nie dając mu zebrać myśli; znów mamy podstępne przerzutnie – z każdym utworem trzeba się mocować, rozłupywać go jak orzech.  Po Mgłach znad Gwdy podmiot Utkinowskich wierszy powraca na stałe do pozy znanej z wcześniejszych tomików i wtapia się w tłum. Przemawia jego głosem, przyjmuje schematyczną wizję świata, który dzieli się na ‘nas’ – biednych, utrudzonych codziennością, wyrzekających się godności w imię pełnej miski oraz na ‘tamtych’ – bogatych, beztroskich, i okrutnych. Czasem z tej bezkształtnej, brzęczącej w swym rozgoryczeniu masy daje się słyszeć jakiś wyraźniejszy głos – wówczas wers upstrzony jest kolokwialnym słownictwem i do złudzenia przypomina urywek rozmowy zasłyszanej na ulicy.
Zamknięcie w tomiku poetyckim tłumu, jak w pudełku, jest jednak ciekawym eksperymentem. Książka Piołun i orzech to dowód, że czasem eksperymenty warto powtarzać, bo przy kolejnym podejściu można otrzymać zaskakujący efekt. Tym razem Utkin zgłębia tzw. psychologię tłumu, przedstawia czytelnikowi bardzo różne oblicza ludzkiego zbiegowiska, a czyni to niczym pasjonat opowiadający o poszczególnych okazach zamkniętych w gablocie motyli.
Mamy więc tłum naiwnie wierzący, że ‘kiedyś było lepiej’, że sam człowiek był z natury lepszy, bo umiał kochać i wierzyć. Dlatego teraz ludzie z żalem odwracają oczy od lustra ukazującego ich brzydotę i beznadzieję. Nie da się bowiem ukryć – tłum jest tworem paskudnym – kumulują się w nim małe, codzienne zbrodnie, zniechęcenie, wstydliwe kompromisy, a tłumiony przez poszczególnych ludzi krzyk wibruje pod skórą zbiorowości.
Jest tu też masa bezdennie głupia, powtarzająca stereotypy, co Utkin najlepiej prezentuje w wierszu Uczciwi. Ostatni dystych bezpośrednio nawiązuje do słynnej Modlitwy Polaka pojawiającej się w Dniu Świra Marka Koterskiego, cały utwór można z kolei uznać za wariację na temat niskiej, sąsiedzkiej zazdrości.
Pojawia się garstka tych, co szarpią się bezsilni na postronkach strachu. Wzbudzają litość aż do momentu, gdy minąwszy ich, odwrócimy się i zobaczymy, jak z przerażeniem chowają kamienie za plecy. Wówczas czytamy im w myślach: ugryźć nie potrafimy bo trzeba odwagi/ by krzyknąć co sił w płucach patrzcie król jest nagi/ (...) nasze skarlałe ego mentalność jamnika/ który po rękach liże a na nogi sika.
W opozycji do rozjuszonej gawiedzi, przemykającej gdzieś między wierszami, stoi tłum upiornie bezwolny. Powraca motyw zawieszenia w powietrzu, nieokreśloności, stopniowego, ale konsekwentnego zatapiania się w piasku. Dobijające jest to, że tłum jest tak strasznie bezbarwny. Chyba łatwiej byłoby mu, gdyby wyzwać go od łajdaków – niesprecyzowana tożsamość, bycie ni to zimnym, ni to gorącym okropnie mu ciąży.
Cofając się od Utkinowskiej gabloty osobliwości daje się zauważyć, że poszczególne przegródki zanikają, a wyodrębnione cząstki tłumu stapiają się w jedno, wciągając weń ciebie, drogi czytelniku. Nic nie pomoże, że będziesz się odsuwał od żuczka gnojarza: chcąc nie chcąc się pobrudzisz... Sięgając po tomik Piołun i orzech, chciało się zobaczyć motyla, tymczasem Utkin w pudełku swej poezji trzyma raczej kłębiące się robactwo rodem z ogrodu Rymkiewicza.
To właśnie moment, gdy rzuca się książką w kąt, a potem mierzy się ją spojrzeniem. Gdy jednak unieść wzrok i spojrzeć w zawieszone na ścianie lustro, we własnym odbiciu zobaczy się utraconą wiarę, jeszcze wczoraj kompromis dziś kompromitację, gniew, pychę, ukradkiem cerowane dziurawe sumienie.
I to jest moment, gdy podnosi się tomik z podłogi i odkłada na półkę przepraszającym gestem.

Jerzy Utkin: Piołun i orzech, Piła 2011, Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska