Andrzej Lewandowski - Poezja matematyki i matematyka poezji

Choć  złożenie w wieku 64 lat pierwszego rymu w przekładzie sonetu Petrarki, było jednym z najbardziej niespodziewanych wydarzeń w moim obfitującym w zaskakujące zwroty życiu, to jednak poświęcenie następnych 10 lat przekładom poezji, uważam za w pełni logiczne zwieńczenie mojej drogi życiowej.
W latach moich studiów  społeczność akademicka UMK stanowiła niewielką, ale bardzo  zintegrowaną rodzinę, w której  student miał możność spotykania się z wybitnymi uczonymi różnych specjalności, nie tylko na sali wykładowej, ale także na koncercie, w teatrze, na wernisażu, w kawiarni a nawet (jak w przypadku wybitnego fizyka i wielkiego miłośnika tenisa profesora Jerzego Rayskiego) na imprezie sportowej.
Wielkim przeżyciem dla 16-latka z głębokiej prowincji, było obserwowanie z bliska i słuchanie tak wybitnych ludzi jak niezwykły filozof Henryk Elzenberg, logik Tadeusz Czeżowski, znawca Mickiewicza Konrad Górski, wybitny fizyk i skrzypek zarazem Aleksander Jabłoński, staroświecko, a uroczo szarmancki astronom Władysław Dziewulski, jego uczennica Wilhelmina Iwanowska, chemik i złotousty mówca Antoni Basiński czy uczeń samego Wyspiańskiego malarz Tymon Niesiołowski.
Moje studia matematyczne zdominowane były przez niezwykłą osobowość profesora Jerzego Łosia (który n.b. sam nigdy matematyki nie studiował!). Bardzo odpowiadało mi jego traktowanie matematyki, głównie jako pewnego sposobu myślenia, dającego szczególny rodzaj dyscypliny intelektualnej przydatny w wielu, nawet bardzo odległych od matematyki dziedzinach (w poezji również!). Innym ważnym dla mnie darem wyniesionym z kilkuletniego kontaktu z profesorem Łosiem było umiłowanie dla pięknej polszczyzny. Wykłady Profesora były pod tym względem nadzwyczajne. Dodam tu, że najpiękniejszą w życiu polszczyznę usłyszałem półwieku temu z ust mieszkającego od dawna w Stanach Zjednoczonych wybitnego  logika Alfreda Tarskiego. Treści  wykładu „O algebrach cylindrycznych" nie pamiętam, ale wciąż żywą jest w mojej pamięci godzina rozkoszy, jaką było obcowanie ze wspaniałą polszczyzną Profesora. Myślę, że wieloletnia przyjaźń Czesława Miłosza z Alfredem Tarskim w dalekim Berkeley miała ogromne znaczenie dla poety.
Inną osobowością, która wywarła na mnie wielki wpływ był profesor Leon Jeśmanowicz, imponujący erudycją, wszechstronnością  zainteresowań, zdolnościami plastycznymi (fenomenalny karykaturzysta) oraz niewykorzystanym, niestety, talentem literackim. Kiedy w 1980 roku zapytany w trakcie wywiadu dla dziennika  „Nowości", kogo uważa za swojego następcę, Profesor wskazał na mnie, byłem tym niezmiernie zaskoczony.     Poczułem wówczas także ciężar pewnego rodzaju zobowiązania. Mam nadzieję, że w ostatnich latach  - niestety już po śmierci Profesora – spełniłem jakąś drobną cząstkę nadziei jakie we mnie pokładał.
Mnie również interesowało prawie wszystko. Od 4-tego roku życia pochłaniałem książki z najróżniejszych dziedzin. Jako 14-latek uczestniczyłem w koordynowanych przez prof. Mergentalera amatorskich obserwacjach aktywności słonecznej. Na studiach byłem współzałożycielem UDKF (Uniwersytecki Dyskusyjny Klub Filmowy). Uprawiałem sport, grałem w szachy na poziomie  wyczynowym, przez 50 lat wędrowałem po górach, 10 lat zajmowałem się ornitologią, łącząc te dwie ostatnie pasje z zamiłowaniem do fotografii. Byłem namiętnym melomanem, bywalcem koncertów symfonicznych i kameralnych w Toruniu a także w Bydgoszczy oraz kolekcjonerem płyt, których zgromadziłem ponad 2 tysiące. Nie opuszczałem żadnej wystawy plastycznej.
W latach 90-tych odbyłem – wyłącznie w celach poznawczych – kilkanaście podróży po Europie. Zafascynowany kulturą śródziemnomorską, szczególnie upodobałem sobie Italię, którą odwiedzałem wielokrotnie.
Niestety, burzliwe wydarzenia lat 1980-81 spowodowały „pęknięcie najsłabszego ogniwa",  czyli prawie całkowitą utratę wzroku, przepowiadaną mi od dawna przez lekarzy, gdyż od urodzenia cierpiałem  na ciężką  a nieuleczalną chorobę oczu, ograniczającą mi przez całe  życie  moje  możliwości. Korzystając  z mojej dobrej pamięci, kontynuowałem jeszcze przez parę lat pracę zawodową, przerywaną  kolejnymi  operacjami, które pozwoliły mi  odzyskać parę procent  widzenia.
W 1992 roku definitywnie rozstałem się z matematyką i poświęciłem się  popularyzacji kultury, zwłaszcza wśród osób niepełnosprawnych, szczególnie zaś  niewidomych. Nieoczekiwanie stałem się na kilkanaście lat  jednoosobową, niewymagającą żadnych zewnętrznych środków finansowych, instytucją kulturalną. Odbyłem ponad 300 spotkań mających  głównie charakter prelekcji ilustrowanych przezroczami i muzyką. Stopniowo zacząłem praktykować także „sztukę żywego słowa" recytując poezję „od Homera po  ks. Twardowskiego". Ponieważ pociągało mnie  budowanie  dużych  form (debiutowałem poematem K. I. Gałczyńskiego  „Niobe") porwałem się  w końcu na  przedstawienie moim słuchaczom pełnego tekstu „Pana Tadeusza".
Zinterpretowanie tak wspaniałego i bogatego dzieła wydało mi się wówczas najwspanialszą przygodą intelektualną mojego życia. Wbrew pozorom, pamięciowe opanowanie tak ogromnego tekstu nie było dla mnie żadnym problemem. Być może ta łatwość też idzie w parze z matematyką. Wielki Euler nie tylko znał na pamięć „Eneidę", ale potrafił nawet wymieniać numery poszczególnych wersów. Profesor Jeśmanowicz znał na pamięć Eugeniusza Oniegina w oryginale (ja także znam, we własnym przekładzie).
W 2006 roku moja praca została uhonorowana nagrodą POLCUL Niezależnej Fundacji Popierania Kultury Polskiej im. Jerzego Bonieckiego.

               Do zajęcia się przekładem poezji skłoniły mnie irytacja i ciekawość. Próbując przygotować program poetycki oparty na wierszach miłosnych Francesco Petrarki, stwierdziłem, że jest to właściwie niemożliwe z powodu niskiego poziomu polskich przekładów. XIX-to wieczny przekład pióra Felicjana Faleńskiego wydał mi straszliwie grafomański, a posługiwanie się przez tłumacza przekładem francuskim, zamiast oryginału dało niezamierzone efekty humorystyczne. Przekład Jalu Kurka, w którym autor posługiwał się zapewne przekładem filologicznym, był co prawda bliski Petrarce w warstwie treściowej, ale raził prostackością w sferze artystycznej, a w dodatku zastępował klasyczną formę sonetu opartego na czterech lub pięciu rymach, uproszczoną 7-rymową formą daleką od wyrafinowanej struktury oryginału  Postanowiłem spróbować czy nie da się tego zrobić lepiej i z większym szacunkiem dla autora, nie wiedząc że zaczyna się najbardziej fascynująca przygoda intelektualna mojego życia. Szybko zrozumiałem, dlaczego przekłady poezji są na ogół tak słabe.
Jest to praca równie katorżnicza jak niewdzięczna. Nie przynosi ona żadnych korzyści, zwłaszcza materialnych i żadnych splendorów czy uznania. Jest właściwie anonimowa, nie zauważana przez czytelników, nie dostrzegana przez krytyków. A wymaga bardzo wielu umiejętności i pewnych wrodzonych predyspozycji, ogromnej wiedzy, franciszkańskiej pokory i benedyktyńskiej cierpliwości. Wbrew pozorom, jakaś szczególnie głęboka znajomość języka obcego nie odgrywa w pracy tłumacza poezji pierwszoplanowej roli. O wiele ważniejsza jest dobra znajomość języka ojczystego, bo w nim odbywa się proces twórczy.
Przekład wiersza jest właściwie autonomicznym utworem, który powinien być porównywalny z oryginałem głównie pod względem wartości artystycznej. Wybitny rosyjski poeta Wasyl Żukowski napisał, że: "W prozie tłumacz jest niewolnikiem autora, w poezji – jego rywalem". Tę autonomiczność zapewne dobrze rozumiał Puszkin, skoro swój przekład ballady Mickiewicza „Czaty" zatytułował „Wojewoda" i opublikował wyłącznie pod własnym  nazwiskiem. W mojej pracy tłumacza poezji miałem pod wieloma względami ułatwione zadanie. Ogromnie przydała się wspomniana wcześniej dyscyplina intelektualna jaką daje matematyka. Poza tym wiele jest poezji w matematyce i matematyki w poezji. Klasyczny sonet czy słynna strofa onieginowska Puszkina mają prawdziwie matematyczną konstrukcję. Niezbędny jest słuch poetycki, bardzo bliski słuchowi muzycznemu. Oddziedziczyłem go chyba po ojcu, niezłym skrzypku amatorze i rozwinąłem częstym słuchaniem muzyki i czynnym obcowaniem  z poezją w formie „żywego słowa". To ostatnie dało mi również niezłą znajomość warsztatu poetyckiego oraz wyczucie stylu. Nieoczekiwanie bardzo przydały się też doświadczenia z wieloletniego zajmowania się kompozycją szachową (zwaną często poezją szachów). Miałem w tej dziedzinie spore osiągnięcia i znaczącą pozycję  na arenie międzynarodowej. Istotną rolę odegrały również ogólna erudycja i dobra znajomość literatury.
To, że nie byłem poetą, nie tylko nie stanowiło przeszkody, ale było wręcz zaletą. Poeci bardzo rzadko bywają dobrymi tłumaczami, nie tylko dlatego, że pracę translatorską traktują często jako przysłowiową „chałturę". Główny problem tkwi w trudności z wyzwoleniem się z gorsetu własnej poetyki. Nawet przekłady samego Tuwima rozpoznaje się od razu, gdyż zawsze pozostaje w nich sobą. Amatorowi o wiele łatwiej jest wcielić się w innego twórcę, przywdziać  cudzy kostium.
Przez pierwsze lata pracowałem wyłącznie dla własnej satysfakcji, prezentując co najwyżej swoje przekłady słuchaczom moich prelekcji. Nie odczuwałem szczególnej potrzeby druku i dopiero po 4-ch latach mając już spory dorobek literacki w przysłowiowej szufladzie, odważyłem się opublikować moje przekłady z Petrarki. Bardzo przychylna recenzja zamieszczona w „Nowych Książkach" przez italianistę prof. Cezarego Bronowskiego zachęciła mnie do dalszych publikacji. Od tego czasu, dzięki życzliwości toruńskich sponsorów, publikuję każdego roku przynajmniej jedną książkę w autorskiej serii przekładów arcydzieł poezji. Nakładem toruńskiego Wydawnictwa Aksjomat,  ukazało się dotychczas 9 tomów moich przekładów.
Od dłuższego czasu koncentruję się wyłącznie na bardzo bliskiej mi poezji rosyjskiej. Jest ona niezwykle trudna do tłumaczenia ze względu na ruchomy akcent w języku rosyjskim. Ponieważ przyjąłem w swojej pracy zasadę zachowywania formy oryginału, wersyfikację, układ rymów itd., często muszę rezygnować z pewnych utworów, które są nieprzekładalne w sensie przyjętych przeze mnie kryteriów. Dotyczy to szczególnie liryki.
Oprócz wspomnianych 9 książek, opublikowałem sporo przekładów w miesięczniku literackim AKANT. Wymienię tu 9 sonetów Dantego, poemat A. K. Tołstoja  „Grzesznica" oraz liryki F. Tiutczewa.
Za największe swoje osiągnięcie uważam przekład „Eugeniusza Oniegina" Aleksandra Puszkina, który był moim aktem sprzeciwu wobec dokonanego ponad pół wieku temu i ciągle wznawianego przekładu pióra Adama  Ważyka, który uważam za brutalny gwałt na puszkinowskim arcydziele.
Własnych wierszy nigdy nie pisałem i pisać nie zamierzam. Pytany o to odpowiadam zwykle anegdotą o Julianie Tuwimie, który w przystępie  alkoholowej szczerości miał tak zwierzyć się Ludwikowi H. Morstinowi: „Ja Panie hrabio to mam taki talent, że mógłbym pisać jak Mickiewicz i Słowacki razem wzięci.  Jest tylko jeden problem, ja nie mam nic do powiedzenia…"

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora