Janusz Orlikowski - W tajemnicy wiary

Podkusiło mnie, aby zobaczyć co na temat tajemnicy wiary mówi najpopularniejsza dziś forma informacji, czyli Internet. Otworzyłem więc pierwszą napotkaną stronę i czytam; „ <Oto wielka tajemnica wiary>. Co nią jest? Ano to, co przed chwila wydarzyło się na ołtarzu. Chleb zamienił się w Ciało Chrystusa, a wino w Jego Krew." I nie byłoby w tym nic zaskakującego gdy autor dalej pisze, że znajdujemy się wtedy jakbyśmy byli ponad dwa tysiące lat wcześniej. A zatem kiedy to Jezus, jak zaświadczają zgodnie wszystkie cztery ewangelie, w Wieczerniku mówi do swych apostołów wziąwszy chleb: „Bierzcie, to jest Ciało moje". „Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie dał im, i pili z niego wszyscy. I rzekł do nich: <To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana. Zaprawdę, powiadam wam: Odtąd nie będę już pił z owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić go będę nowy w królestwie Bożym>". Nic co mogłoby mnie zaskoczyć, poza jednym: gdy myszką laptopa nasunąłem na słowo Ciało, które było podkreślone. Otrzymałem informację, że jeżeli chcę schudnąć siedem kilogramów w ciągu tygodnia to powinienem... Pomyślałem jednak, ze to być może jedna z tych szmatławych stron, których pełno i powędrowałem do składu redakcji. Tam oprócz osób świeckich byli też księża.
Zdarzenie groteskowe by rzec można. Uśmiechnąć się i przejść nad tym do porządku dziennego. W końcu strona też musi na siebie zarabiać, a reklama to przecież podstawowa forma utrzymania jej przy życiu. Z której to ja planety jestem, jeżeli zwracam uwagę na tak nieistotne zdarzenia. Otóż chodzi o to, że żadne zdarzenia nie są nieistotne. Słowo to jest działanie. A gdy mówimy o sprawach wiary czy też jej braku, nabiera znaczenia priorytetowego. Właśnie z uwagi na działanie. Gdyby słowo nie było działaniem, cóż znaczyłaby liturgia? Gdyby nie słowo jaki sens miałaby poezja? Celowo zestawiam tu te dwa pojęcia, gdyż ich znaczenia będą się tu pojawiać.
W Piesku przydrożnym Czesław Miłosz pisze zestawiając dwa słowa Teologia, poezja: „To, co najgłębsze i najgłębiej we własnym życiu doświadczone, przemijalność ludzi, choroba, śmierć, marność opinii i poglądów, nie może być wyrażone w języku teologii, która od wielu stuleci zaokrągla odpowiedzi w gładkie kule, łatwe do toczenia, ale jakby nieprzenikalne. Poezja dwudziestego wieku, w tym co w niej najbardziej istotne, jest zbieraniem danych o rzeczach ostatecznych w kondycji ludzkiej, i wypracowuje po temu swój język, który teologia może wykorzystać albo nie." I to jest zgodne z tym co zapisał św. Paweł, gdy mówi o zasadach korzystania z darów charyzmatycznych po hymnie o miłości: „Starajcie się posiąść miłość, troszczcie się o dary duchowe, szczególnie zaś o dar proroctwa. (…). (…) Prorocy niech przemawiają po dwóch albo trzech, a inni nich to roztrząsają! Gdy zaś komuś innemu z siedzących dane będzie objawienie, pierwszy niech zamilknie! Możecie bowiem w ten sposób prorokować wszyscy, jeden po drugim, aby wszyscy byli pouczeni i podniesieni na duchu. A dary proroków niechaj zależą od proroków.(...) Czyż od was wyszło słowo Boże? Albo czy tylko do was przyszło? Jeżeli komuś się wydaje, że jest prorokiem albo że posiada duchowe dary, niech zrozumie, że to, co wam piszę, jest nakazem Pańskim. A gdyby ktoś tego nie uznał, sam nie będzie uznany." Mamy więc tu do czynienia z jednej strony ze słowem Bożym, które działa, stwarza i się objawia oraz zbawia, a z drugiej ludzkim, którego właściwości zdają się być podobne. Tylko jakim słowem człowieka? „Czyż od was wyszło słowo Boże? Albo czy tylko do was przyszło?", to podstawowe rozróżnienie. Czy to co ma zostać powiedziane wynika z naszego wnętrza, z naszego „ja", czy też jest wynikiem  zewnętrznego działania? Piórem poety kieruje daimonion. Tylko wtedy możemy mówić o znakomitym wierszu i tylko wtedy mają sens słowa zapisane przez Miłosza. On może nawet nie zdobyć się na to, by się do tego przyznać, to zupełnie inna sprawa, tym niemniej należy przypomnieć, że w odległej przeszłości ludzkość nie oddzielała misterium od poezji. Nie było wyobrażenia o tym, że słowo jest dziedziną odrębną od rzeczywistości pełnej, tej realizującej się w Bogu. Nie było podziału na słowo jako obrzęd a słowo jako sztuka piękna – poezja.
To zauważenie pozwala nam dziś widzieć poezję może nie jako partnera do towarzystwa w dyskusji na temat spraw ostatecznych, ale czegoś, co zawsze zaprzątało sobie tym głowę. Przypominam sobie takie zdarzenie z odległej dość przeszłości, z połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Stałem przy drodze starając się zatrzymać jakiś pojazd, by wrócić do domu. Nie pamiętam gdzie, lecz było to w Dobrodzieniu, po przeciwnej stronie stoi drewniany kościołek pod wezwaniem św. Walentego, gdy wysiadłem. Kierowca skręcał w lewo, na Opole, ja prosto na ulicę Szemrowicką. Wracałem chyba z Częstochowy, z jakiegoś spotkania literackiego. Pamiętam tę chwilę, kiedy wysiadałem zadowolony z przeprowadzonej dyskusji a w zasadzie, z monologu bo to ja mówiłem natomiast kierowca, który okazał się być księdzem tylko słuchał i uśmiechał się – wtedy miałem wrażenie, że jakby szyderczo. Trochę mi było szkoda, że już muszę wysiąść i więcej już nie będę mógł mu nic powiedzieć. Moja wypowiedź oczywiście dotyczyła spraw wiary, a dokładniej mojego idee fixe o znaczeniu poezji i mojej wiary w nią. Dziś myślę, że uśmiech księdza nie był szyderczy, a tylko moje „ja" tak to odbierało. Myślę również, że był to zwykły uśmiech człowieka zainteresowanego  i że jemu było także szkoda nagle urwanego mojego monologu. Żywe radio niepostrzeżenie przestało nadawać i się nie dowie do końca na czym może uznanie wiary w poezję polegać. Nie nawracał mnie, bo pewnie nie dałem mu dojść do głosu. A może by i nie chciał widząc moją żarliwość. Jedno jest pewne: dziś to spotkanie wyglądałoby inaczej.

nie wierzę że wierzę
i nie mogę stwierdzić odwrotnie

wierzę że nie wierzę

ateizm?

ktoś kiedyś skradł mi rozum
i nie pytał czy mogę
życie przestało być logiczne
jakby kiedyś było

przypadek?
on nic nie wyjaśnia
słowo pozbawione krwi
i kości na których by ciało
zawisło bez pytania o prawdę

ktoś kiedyś skradł mi rozum
ale go nie odebrał

czytam księgi
i doświadczam dni
jakby można dalej od siebie
mam ku temu powody

ten ptak który to opowiada
wesoła małpa w zoo
ten człowiek który klęczy i ufa


To Wyznanie w którym „ktoś skradł mi rozum", lecz nie tak jak u Szestowa – co jest wynikiem rozpaczy, „ale go nie odebrał" pozwala na przyjrzenie się tajemnicy wiary w chrześcijaństwie. I tylko w nim, gdyż w innych wielkich religiach świata ona nie występuje. W judaizmie, z którego chrześcijaństwo wyrosło nie mamy do czynienia z postacią Jezusa Chrystusa w takim znaczeniu, gdyż Bóg jest tam jednoosobowy i zawarł On z ludem Izraela wieczyste przymierze, obiecując ochronę i pomoc w zamian za podporządkowanie się jego nakazom. Chrystus judaisty jest stworzeniem, a nie wcieleniem Wszechwiedzącego, zatem jego kult uznawany jest za bałwochwalstwo. Podstawą zbawienia jest przestrzeganie przykazań bożych. W Islamie, który ma wspólne korzenie z judaizmem i chrześcijaństwem, jest nią pięć zasad: wyznanie wiary w jednego Boga, pięciokrotna modlitwa w ciągu doby, post w miesiącu ramadan, jałomużna na rzecz ubogich i pielgrzymka do Mekki choćby raz w życiu. Zarówno w islamie jak i judaizmie prawo państwowe jest ściśle związane z nakazami religii, ale to już rzecz inna tak jak i to, że w tej pierwszej również występuje postać Chrystusa, bowiem przed ostatnim prorokiem Mahometem Allah zesłał wielu innych proroków, między innymi Adama, Abrahama i Jezusa właśnie. Ten ostatni nie ma jednak znaczenia w sensie chrześcijańskim.
Skoro już podjąłem sprawę tych dwóch religii warto i o buddyzmie, gdzie osiągnięcie stanu nirwany nie prowadzi już do kolejnego wcielenia. Budda, książę Siddhartha którego matce przed jego narodzinami objaśniono jej sen dotyczący białego słonia z lotosem w trąbie (zwierzę weszło do jej boku, a ona utraciła chęć do uciech ciała) w ten sposób, że będzie on władcą lub nauczycielem świata, opuszcza dom i żonę pomimo zabiegów ojca, który nie chciał by był on „nauczycielem świata" i odgradza go od świata zamykając w pałacu, i otacza wszelkimi dobrami. Siddhartha  poznaje jednak cierpienie świata, a konsekwencją jest jego nauka, która do nirwany ma prowadzić. Naukę tę sam Budda (czyli Przebudzony) określa według podań, bowiem podobnie jak Sokrates  książę nie zapisywał, tak: „Dwa są krańce, których unikać musi wędrowiec. Jakie dwa? Służenie pożądaniom i rozkoszy, która się z pożądań wyłania; to jest życie nędzne i podłe, wiodące do powtórnych narodzin, haniebne, pozbawione wszelkiej wartości. I oddawanie się cierpieniom i udręczeniu, co jest bolesne, a przy tym też haniebne i pozbawione wszelkiej wartości. Droga środkowa, którą kroczy przebudzony, daleka jest od obu tych krańców." Sednem takiego rozumowania jest to, co przecież charakterystyczne jest i dla chrześcijaństwa, że cierpienie  powstaje z pragnienia. Czesław Miłosz w Abecadle pod hasłem Buddyzm zapisuje tak: „ Moja sympatia do nauk Buddy jest oczywista, skoro to właśnie, co mnie nęka całe życie, cierpienie istot żywych, jest w centrum wszechobejmującego współczucia księcia Sidharty. Buddyzm jest  dobroczynny, przynosząc sakralność wielu ludziom niezdolnym pogodzić się ze sprzecznościami religii biblijnych, czyli z Bogiem osobowym. Buddyzm, ani teistyczny, ani ateistyczny, po prostu nie wypowiada się o początku świata i pierwszej przyczynie, a tym samym nie musi zmagać się z pytaniem, w jaki sposób Stwórca może być równocześnie dobry i zły."
Według religii chrześcijańskiej Bóg jest tylko dobrem. To, że odbierany bywa przez człowieka ( i to z pewnością poeta miał na myśli) jako dobry a zarazem zły stanowi wynik  ludzkiej percepcji. To nasze wyobrażenie o nim, a nie On sam w swej istocie powiedziałby prawdziwy chrześcijanin. Jak to? A wszelkie nieszczęścia tego świata, wojny, ludzkie cierpienia, choroby, gwałt i przemoc, które widzimy każdego dnia, dowiadujemy się z mediów bądź jesteśmy świadkami lub uczestnikami?  To nie pochodzi od Boga, a od człowieka właśnie, jest wynikiem jego „ja"  będzie kontynuował ów człowiek tej wiary. A ciężka, nieuleczalna choroba małego dziecka które niewiele przeżyło? Będzie on obstawał przy swoim rozumieniu, ale nie dlatego że tak mówi Pismo (chociaż to również) lecz z uwagi na szczególny sposób pojmowania, który polega na tym że nie ma prostej relacji między Bogiem a człowiekiem. Człowiek nie jest partnerem do dyskusji z Bogiem, gdyż jest Jego stworzeniem. A skoro tak jest całkowicie od niego zależny w tym sensie, że mądrość człowieka i poczucie jego sprawiedliwości nijak się mają do mądrości Najwyższego i Sprawiedliwego. Tym sposobem człowiek nie może odpowiedzieć na ostatnie tu postawione pytanie, gdyż brak mu „zmysłu udziału", jakby to powiedziała Szymborska, w wiedzy Wszechwiedzącego. Trzeba przyznać, że ten rodzaj rozumowania jest klarowny.
Zatem w życiu nie należy kierować się rozumem a jedynie ślepą wiarą? Nic bardziej mylnego. Do takich wniosków doszedł wspomniany wcześniej Szestow, co było aktem rozpaczy i nic nie rozwiązało. „ktoś kiedyś skradł mi rozum/ ale go nie odebrał", czyli myśląc o świecie, a w szczególności zwłaszcza o sytuacjach takich jak nieuleczalna choroba małego dziecka można powiedzieć „przypadek?/ on nic nie wyjaśnia/ słowo pozbawione krwi/ i kości na których by ciało/ zawisło bez pytania o prawdę". Ateista bowiem określi „te sytuacje" jako właśnie przypadek, gdyż nie może znaleźć przyczyny a tym samym zamyka sobie drogę do prawdy. Nie może on uznać, że jest to poza zasięgiem jego ego. Odczuwanie metafizyczne ma to do siebie, że nie zatrzaskuje drzwi i poprzez pokorę pozwala dążyć.
A więc według religii chrześcijańskiej Bóg jest sprawiedliwością i na Sądzie Ostatecznym   rozstrzygnie kto był dobry, kto zły. Ale przecież jest też Wszechwiedzący a z tego wynika, że już teraz wie kto będzie zbawiony, kto nie? I tak jest w istocie. Jego wszechwiedza jest wszechobecna i jedni są już zbawieni, inni nie. Po co więc się trudzić? A skąd wiesz po której jesteś stronie?  Czy wśród zbawionych, czy potępionych? Ale przecież i tak nic nie mogę uczynić? Tak, lecz  gdy będziesz kradł, zabijał to czy stawiasz się po stronie dobra, czy też skazujesz na wieczne potępienie? W tajemnicy wiary po wieczerzy w Wieczerniku, gdzie to jest Ciało moje, to jest Krew moja, następuje u chrześcijan odkupienie grzechów poprzez śmierć Chrystusa na krzyżu, lecz nie oznacza to, że wszyscy zostaną zbawieni chociaż nasze współczucie dla bliźnich by na to wskazywało. A zatem ci co kradną i zabijają będą potępieni? Nic z tych rzeczy. Może okazać się zupełnie inaczej. Przecież teraz to ty osądzasz, a przecież jesteś tylko stworzeniem a nie Stworzycielem. Tajemnica odkupienia jest więc dla człowieka nie do ogarnięcia.
Tym niemniej można posłużyć się tu takim przykładem. Poeta i jego wiersze, które napisał czyli stworzył. Poezja jest dziedziną ducha, zatem przykład będzie w pewien sposób  dobry, w niej prowadzi daimonion. Niech więc te wiersze będą osobami, w końcu personifikacja  jest  z krainy poezji. Każdy jest indywidualnością, niepowtarzalną jednostką składającą się z duszy, czyli treści oraz ciała, liter zbudowanych w poszczególne frazy. Każdemu z nich z osobna wydaje się, że jest utworem dobrym i godnym tego, aby go czytać przez pokolenia i poprzez to zyskuje każdy nieśmiertelność. Kto im to mówi? Ich „ja". Rozumują one jak człowiek który nie zauważa, że jest stworzeniem. Dopiero poeta decyduje, wbrew temu co myśli każdy z wierszy z osobna , który pozostanie w jego krainie poezji a który zostanie posłany na wieczne potępienie, że  pozwolę sobie na żart.
Czy jednak w momencie tworzenia o tym wiedziałem? Nie, wtedy tworzyłem. Tu  jednak pewnie jest różnica między poetą a Stwórcą w rozumieniu religii chrześcijańskiej, dlatego  zastrzegłem, że przykład jest tylko w pewien sposób dobry. Wykluczyć przecież nie mogę, że nie wyrzuciłem kiedyś dobrego wiersza do lamusa. Jestem człowiekiem, ale moje wiersze są mi podległe, są moimi stworzeniami. Jestem ich stwórcą, a chrześcijanin by powiedział odtwórcą z czym wobec Nieznanego, Absolutu należy się zgodzić. Tu bowiem należy przypomnieć słowa  św. Pawła, które cytowałem wcześniej: „Czyż od was wyszło słowo Boże? Albo czy tylko do was przyszło? Jeżeli komuś się wydaje, że jest prorokiem albo że posiada duchowe dary, niech zrozumie, ze to, co wam piszę, jest nakazem Pańskim. A gdyby ktoś tego nie uznał, sam nie będzie uznany." Wiersze przychodzą z zewnątrz i w tym sensie nie mamy na nie wpływu, są koniecznością. Jeżeli jednak je piszę to robię to, bo tak chcę. Powie chrześcijanin Bóg stworzył świat, bo tak chciał.  Oczywiście w żaden inny sposób nie ma tu porównania, a tylko co do samego zamysłu  tworzenia.
Przyznam podoba mi się myślenie chrześcijańskie co do Sądu Ostatecznego. Tu bowiem  spostrzeżenie, które jest mi bliskie: „dobroć pojawiła się/ i jest bezbronna". Bezbronna jednak wobec czego? Z pewnością nie wobec samej siebie i to czy będziemy ją pojmować na sposób  wiary, czy też nie. I co to znaczy „czy też nie"? Bezbronna wobec człowieka, który poprzez niedoskonałość własnego umysłu, poprzez działanie „ja" jest również zły.  To zło powoduje, że skarcone jest dobro jak małe dziecko, które wysypało piasek z piaskownicy. Ono nic nie może uczynić. Jeżeli podejmie walkę będzie to „gwałt niech się gwałtem odciska", co jest niezgodne z jego istotą, gdyż wtedy zamienia się w zło. Bóg przecież nie walczy z człowiekiem, to jest niemożliwe  gdyż on jest Wszechmocny i gdyby tak było, nie byłoby zła. A przecież ono jest, dotykalne, obecne. Chyba, że przyjmiemy wszystkie działania ludzkie za dobre. I czy czasem nie do tego zmierza przez swoje współczucie dla bliźnich współczesne chrześcijaństwo? Jeżeli jednak tak, to nie ma Sądu Ostatecznego, gdyż Bóg nie ma czego sądzić, nie ma tajemnicy odkupienia a tylko samo odkupienie, które w Chrystusie się dokonało ponad dwa tysiące lat temu i wciąż się dokonuje, bowiem Bóg jest wiecznie trwającą aktualnością, a takie myślenie tylko pozornie sprzyja człowiekowi. Nie powoduje bowiem chęci bycia dobrym. Wszyscy będziemy w Raju – mówi.  Chrześcijaństwo w pierwotnym znaczeniu, to z piekłem i niebem, ma to do siebie, że  „ dobroć pojawiła się/ i jest bezbronna" dając dyskretny urok dobru. Jeżeli ktoś ten urok dostrzeże będzie radosny.
 Nie ma racji Paweł Lisicki, który w eseju Urok bezsilnego dobra w książce Doskonałość i nędza broniąc pierwotnego chrześcijaństwa pisze: „ A przecież (…) można bronić prawomocnego użycia siły. Jeżeli wspólnota ma nie tylko trwać, ale żyć dobrze, to jedną z najistotniejszych kwestii jest sprawa siły. Rezygnacja z siły, przekonanie, że jest ona w sobie czymś niemoralnym, nie da się pogodzić z przekonaniem, iż celem ładu społecznego jest zapewnienie wspólnocie wolności, bezpieczeństwa, pokoju czy sprawiedliwości. Czy można być sprawiedliwym, rezygnując z postępowania sprawiedliwego? Takie odrzucenie siły, przekonanie, ze sama moc argumentu wystarczy, jest często szkodliwe." A dalej swą postawę Lisicki argumentuje tak: „ Przymus jest ostatecznością, bo ze wszystkich argumentów odwołuje się do najniższych z ludzkich uczuć, do strachu. Jest dowodem braku wiary w racjonalność i dojrzałość umysłu ludzkiego, który sam z siebie nie zawsze potrafi dotrzeć do dobra. Niekiedy jednak, właśnie dlatego, że nie żyjemy w społeczności aniołów, lecz grzeszników, jego zastosowanie staje się czymś koniecznym. Wymierzenie sprawiedliwości złoczyńcy jest aktem dobrym moralnie. Przebaczenie, rezygnacja z użycia przymusu, mają sens tylko wtedy, gdy złoczyńca uznał swą winę, uznał zło i – gdyby to tylko leżało w jego mocy – gotów byłby zmienić swe działanie w przeszłości. Przebaczenie komuś, kto nie che uznać swej winy, i nie dowodzi tego, nie ma w sobie nic z chrześcijańskiej miłości, która nie jest ani słabością, ani pasywnością. Pozostawienie złoczyńcy w zatwardziałości oznacza, że zamyka mu się drogę do skruchy, a zatem – do zbawienia." I jak się to ma do tytułu eseju, że powtórzę Urok bezsilnego dobra tego doprawdy nie wiem. Od wymierzania sprawiedliwości w danej społeczności jest państwo. Póki co i dzięki Bogu nie żyjemy w państwie wyznaniowym. To by miało zastosowanie w judaizmie czy islamie, gdzie „ dobro i siła nie są (…) dwoma pojęciami wykluczającymi się w sferze publicznej" cytując dalej autora. Nie tu jednak tkwi błąd  w rozumowaniu. Skoro Bóg jako istota Wszechmocna i Wszechwiedząca, jedynie On może na Sądzie Ostatecznym  stwierdzić dobro i zło, ba, zbawić w naszym rozumieniu grzeszników, bowiem tego nie wiemy i poczynić też odwrotnie, o czym przecież sam autor na kartach Doskonałości i nędzy pisze, to skąd te zakusy? Przejawia się tu przecież sąd człowieka nad człowiekiem i użycie siły wobec bliźniego jest przejawem pragnienia, ba pożądania by był on w naszym rozumieniu dobrym.  To nic innego panie Lisicki jak własne „ ja" mówiło panu te słowa. Czyżby pan nie wierzył w to , co wcześniej sam napisał? A może uważa się pan już za proroka? A o tym  św. Paweł  pisze: „  Gdy zaś komuś innemu z siedzących dane będzie objawienie, pierwszy niech zmilknie!" Argument siły w żadnym przypadku nie jest rozwiązaniem. I niech się pan nie martwi, że „Pozostawienie złoczyńcy w zatwardziałości oznacza, że zamyka mu się drogę do skruchy, a zatem – do zbawienia" , bowiem chyba nie jest to w pana gestii. Jedyne co można czynić i jest to działaniem, to siła argumentów.   Wiecznie powtarzająca się jak mantra dobroć poprzez siłę własnego przykładu. I faktyczna radość z tych odkryć tajemnicy wiary, które się samemu poczyniło i dzielenie się tym z zatwardziałym. Rozwiązanie tajemnicy, tego starożytnego gordyjskiego węzła nie jest jego przecięciem. Aleksander Wielki nie był dobrym władcą.
Chrześcijaństwo jako religia najbardziej wysublimowana w sensie jej mądrości ma jednak takie zakusy. Sama postawa krzyża w pozycji pionowej na którym ciało Chrystusa  mówi o dynamice umierającego, o sile. Tak, nie jest to siła o której tu zjawiły się rozważania, tym niemniej dla niewtajemniczonych może być tak postrzegana.  Zupełnie inaczej umierał Sokrates,  chociaż  to nie Bóg wcielony i nie prorok jednak jego przywołanie w tym miejscu  niczego przecież nie narusza. Śmierć za swoje „wiem, że nic nie wiem" pomimo, że mógł tego uniknąć stwarza pewne podobieństwa. Podobnie Budda umierał w pozycji leżącej. Buddyzm, który nie wyklucza przynależności do innych religii jest w tym względzie stonowany, jest potencjalny. Przez chrześcijaństwo traktowany jako ucieczkę od rzeczywistości, że jest podszyty nihilizmem, pesymistyczny w swej wymowie. Stąd słowa kardynała Ratzingera, stróża czystości katolicyzmu, który porównał zachodnią fascynację buddyzmem do „duchowej masturbacji". Elzenberg natomiast  pisze o nim tak: „ Nie ma religii, która by była pesymistyczna w swoim ostatnim słowie o świecie, w swoim amen. Są tylko religie pesymistyczne w stosunku do empirii, przeciwstawiające ją, jak złą, temu, co stanowi czysty rdzeń świata. Złem jest samsara – łańcuch wcieleń – ale kto kroczy ku nirwanie – stanowi wyzwolenia – doznaje radości jak najbardziej pozytywnej; buddyści wielokrotnie opiewali tę radość."
W tajemnicy wiary wszystko rozstrzygnie się na Sądzie Ostatecznym i w tym rozumieniu buddyści może będą w niebie, a może nie.
To była kolejna po wczoraj i przedwczoraj noc, gdy sala szpitalna nie była naturalnych rozmiarów. Po przebudzeniu z krótkiego snu i zawsze wtedy po przesunięciu się żółtej ściany sprzed oczu do miejsca gdzie być powinna, w swej nienaturalności zjawił się obraz kilkunastu twarzy. Jedna obok drugiej, pucułowate,  rysowane grubą czarną kreską, podobne do siebie prawie jak dwie krople wody stanowiły, swego rodzaju, bo monotonny w swym zewnętrznym przekazie, kolaż. Twarze przypominające w swych rysach postaci Buddy jakie znamy z ich figur, tyle że nie złotawe, a właśnie czarne, narysowane grubą kreską. Były milczące, ale nie obojętne. Jakby mówiły o zasadności swej tu obecności, ale bez argumentacji. Po prostu trwały wiedząc, ze tu być powinny. I pewnie czekałbym co będzie dalej, gdyby nie cierpienie spowodowane przebytą skomplikowaną operacją usunięcia guza, które nakazywało mi poprzez zamykanie i otwieranie oczu (bo tylko to mogłem czynić) usunięcie tego zdarzenia, co w końcu mi się udało. A po czasie pojawiały się inne i znowu walka, ale to już inna historia. I ta ostatnia postać (ostatnie zdarzenie), jak szarobiała figurka wielkości połowy dorosłego człowieka leżąca na boku z głową wspartą na dłoni, po mojej prawej stronie tam gdzie była szpitalna szafka, której to postaci nie chciałem usunąć. Niech trwa, pomyślałem. Piszę o tym ostatnim zdarzeniu szerzej w eseju o znaczącym tytule Mój daimonion, a tu wspominam tylko dlatego, aby opacznie nie posądził mnie czytelnik o wyznawanie buddyzmu. Lecz dlaczego w ogóle o tym tu piszę? Przecież pod wpływem morfiny różne mogą dziać się wizje. Czy to ma coś wspólnego z religią, z tajemnicą wiary? Sadzę, że cokolwiek jest, było, będzie ma. Skoro jesteśmy stworzeniami, a wszystko to co jest, jest darem, jako dar cokolwiek się zdarza należy uważać.
W tajemnicy wiary pozostaje nam tu jeszcze jedna rzecz do rozstrzygnięcia. Po opisie Sądu Ostatecznego, który sygnuje tu akt pokory, niejako wydawać by się mogło moje przyjęcie, że Bóg jest dobry. I w znaczeniu działań człowieka równocześnie ta dobroć jest bezbronna. Nic z tych rzeczy. Na jakiej bowiem podstawie, skoro jest on Wszechmocny i Nieznany, i to są przyjęte pewniki? Na podstawie tajemnicy wiary, by odpowiedział chrześcijanin. Jak inaczej może On sądzić? - dopowie. Otóż to, nasze człowiecze myślenie o dobroci jest podyktowane Rozumem, które przejęliśmy od Greków, a dalej wiek oświecenia. Mówimy dobry i każdy poczyna pojmować to na swój indywidualny sposób, który może nijak się mieć do stanu faktycznego. Jest więc dobry i zły? To tym bardziej stworzeń myślenie. Mamy więc całkowicie porzucić rozum tak jak to widział Lew Szestow? Czy jednak jest lepiej posługiwać się mądrością? Na pierwsze z postawionych pytań odpowiedź brzmi oczywiście nie. Na drugie tak, lecz czy mądrością jest mówienie o Bogu dobry skoro to nasze a nie Jego słowa? Chyba, że przemawia przez nas Bóg, a tego nie wiemy. O naszej  myślą stworzonej wizji dobroci, do jej treści możemy posłużyć się słowami Simone Weil: „Bóg nie jest wszechmocny, ponieważ jest Stwórcą. Akt stworzenia jest abdykacją. Ale jest On wszechmocny  w tym sensie, że jego abdykacja jest dobrowolna: zna jej skutki i chce ich". Tak więc my jako stworzenia, jako skutki nic na temat Dobra jako istoty boskiej powiedzieć nie możemy. Jeżeli więc przyjmiemy abdykację Boga, wtedy tak. To jednak wynik rozumu. Z naszego punktu widzenia  winno pozostawić się tę kwestię w milczeniu. W czystej rozumu rozpaczy nic powiedzieć nie można. Czy jednak tylko rozpacz powoduje nasze działania? Gdyby tak było utknęlibyśmy w bezwarunkowej dezintegracji, w nihilizmie w czystej postaci. A jednak działamy i wtedy najlepiej  jeśli nie założymy że Bóg jest dobry i nie – że jest zły. Możemy tylko mówić, że Coś Jest.  To Coś, które wiedzie do Prawdy i jest wobec nas jako stworzeń zewnętrzne, co powoduje dzianie się faktycznej Rzeczywistości. Wtedy rano, gdy wschodzi słońce, a rozum nie jest jeszcze tak aktywny, stanąć na balkonie i widzieć jak stworzenie stworzenie. A potem:

czytam księgi
i doświadczam dni
jakby można dalej od siebie
mam ku temu powody

ten ptak który to opowiada
wesoła małpa w zoo
ten człowiek który klęczy i ufa

                                       
                                              Janusz Orlikowski     

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora