• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ewa Klajman-Gomolińska - PRZENOSZENIE PRZEPUKLINY SŁONECZNEJ NA PRZYCHODNIĘ

    Sabina wyszła tak wczesnym rankiem, że niebu mgła zamykała jeszcze nabrzmiałe powieki do snu. Czas biologiczny nie był wcale niebu w smak. Grona chmur zwisały wilgotnym smakiem w odbicia przyklejonej trawy. Dla dodania sobie energii, Sabina podskoczyła nieznacznie, ale już z garba odezwały się dźwięki jak z dziecięcego tornistra, jakby tam były kredki, które mogą podmiot Sabiny upodmiotowić bardziej przez kolorowe podkreślanie, jakby był cyrkiel, który poszerzy bramy świata dostępne Sabinie, jakby była linijka, która odmierzy grzechy i żale – taki mikrotornister dziecięcej naiwności, dźwięk, który daje nadzieję wszystkim wstępującym do życia. Ale to tylko garb, fizyczna niedoskonałość, ohyda natury, kłoda, która tamuje upływ normalnego życia, koszmar jak z Kinga – niemający końca. Dziś znowu był ten dzień, w którym Sabina miała nadzieję, że pójście do lekarza coś zmieni, że internista odwróci bieg wydarzeń, że może gdyby..., że może gdyby Kaligula, czyli Bucik nie przebywał od najmłodszych lat na polu bitwy i nie był wychowywany wśród trupów jak wśród zabawek to może nie byłby takim potworem jako władca? Jeśli zaś gdybanie jest wpisane w naturę bohatera albo narratora, który za nim stoi jak kostucha za czteroletnim chomikiem, to czemu mamy nie założyć takiego toku rozumowania. Skoro cesarz Klaudiusz miał 54 lata aż, kiedy odniósł pierwsze i jedyne zwycięstwo militarne, to dlaczego Sabina, z której także wszyscy się wyśmiewają i nikt nie wierzy, że może przestać się garbić, ma nie spróbować, czyli nie popełnić następnej koniugacji, nie przywdziać kolejnych orzeczeń, nie odwinąć dywanu, z którego zamiast Kleopatry wypadną czasowniki podkreślające determinację bohaterki. Bohaterki, która zaistniała, bo narrator miał ochotę włączyć komputer i popchnąć ją dalej ku literackiemu życiu. Bo narrator w niedzielne popołudnie pomyślał sobie, że jako autor, który przywdział szaty narratora, ma prawo niczym cesarz August, cesarz Tyberiusz, cesarz Kaligula, cesarz Klaudiusz i cesarz Neron dać prawem łaski ustanowionym w rzekomym istnieniu przestrzeni i czasu świata przedstawionego, pięć minut dla Sabiny? Dlaczego nie? Spróbować pobawić się literacką marionetką na chwilę albo uśmiercić ją, gdy nie spełni oczekiwań narratora albo gdy go znudzi albo gdy autor uzna, że opowiadanie będzie miało wyższy ciężar gatunkowy schizofrenicznie rozkaże narratorowi dokonać mordu na bohaterze. I wtedy narrator płacząc i zieleniejąc, uśmierci swego kartkowego druha, zdążywszy już go uprzednio polubić i później, gdy monitor komputera zgaśnie, przygarbiony narrator już tylko jako autor nieszczęśliwy osunie się pod stół z nieszczęśliwością swoją, z żałobą po bohaterze – lokatorze swojego mózgu. Ale tymczasem Sabina idzie, idzie do przychodni z nadzieją na wyleczenie pleców z garba i myśli, że powinna zanieść coś lekarce, bo wszyscy mówią, że jak nie posmarujesz to nie pojedziesz. Sabina kupuje w kiosku szampon dla lekarki o zapachu czarnej rzepy. Myśli, że czarna rzepa pasuje do lekarki, że lekarka wygląda na taką, do której wołali w szkole „ Czarna Rzepa". Sabina jako bohaterka infantylna, czyli taka, której narrator nie obdarzył za bardzo wszelakimi wyższościami, nie wie, że 200 ml szamponu w plastykowej butelce z kiosku za 1zł 95gr to obciach najwyższego lotu na prezent – łapówkę dla medyka. Sabina wchodzi do przychodni i czyta ostrzeżenie „ UWAGA! KRADNĄ WÓZKI!". Rozgląda się niepewnie i histerycznym kołem zatacza kurze wokół siebie, sprawdzając tym samym swoją sytuację. Ale tu dziewczynie się przejaśnia, że ona nie ma wózka tylko garb, a jest napisane, że wózki kradną a nie garby i Sabinka ma swój garb na plecach i nikt go jej nie zabierze i to ostrzeżenie wcale nie było do niej. Skoro ostrzeżenie nie tyczy się tego, kto go czyta, to, po co je obwieszczać? Dziewczyna przeciska się wąskim korytarzem, na którym stoją trzy wielkie sztuczne palmy, a za nimi wisi plakat instruujący Sabinę, jak ma oszczędzać swoje pieniążki, żeby spędzić karnawał w Rio albo wyjechać z partnerem na Wyspy Kanaryjskie. Brak funduszy i partnera powodują, że dziewczyna siada jeszcze mocniej przygnieciona swoją dolą przed gabinetem lekarskim i dopiero po mocnej minucie z hakiem zaczyna się przyglądać mężczyźnie oczekującymi na swoją kolej, obok.
    -    Niech pan zdejmie chociaż szalik, czapkę i rękawiczki. Tak się do lekarza nie wchodzi – zaczyna rozmowę Sabina.
    -    A ja tak wejdę, bo zmieniły mnie doświadczenia życiowe, zmądrzałem, wiele przemyślałem – mężczyzna w granatowej, kusej kurteczce nawet mówiąc nie wynurzał twarzy z szalika
    -    Aaa...no tak – Sabina nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Potrząchała nieco garbem, bo zawsze tak robi, gdy myśli, czyli bardzo rzadko lub w ogóle i zaczęła z sąsiedniej beczki – A w pracy też pan w czapce z kuklem takim wielkim działa? W rękawicach jednopalczastych kombinuje?


    -    Z zawodu, proszę pani szanownej, to ja jestem organistą, ale pracy jeszcze nie zacząłem, bo koledzy mi powiedzieli, że badania lekarskie do roboty trzeba mieć, no i po to tu jestem.
    -    Organista! Super! Podziwiam, z całego serca, podziwiam. Ja tylko umiem grać na flecie, ale jak zgaszone światło...
    -    Flet? Chyba też może być...przyjdzie pani do kościoła, to się proboszcza zapytamy...
    -    Ale ja bym się w kościele nigdy nie odważyła...jeszcze przy księdzu...mowy nie ma.
    -    Ksiądz swoje robi na mszy i się na panią patrzeć nie będzie...
    -    Ale jak to tak w kościele, takie rzeczy wyprawiać, no, co pan – Sabina płonęła purpurą
    -    Gra to jest gra, proszę pani, gra jest wszędzie, a w kościele przede wszystkim. Księża też grają, jedni oficjalnie, a drudzy jak nikt nie widzi.
    Rozmowę przerwała lekarka stająca we framudze gabinetu:
    -    Proszę bardzo, pan Zenon Parcik teraz, zapraszam.
    Sabina popatrzyła na krągły tyłeczek swego rozmówcy, na wymięty dżins jego spodni, na rozwiązane sznurowadła lewego buta, na kraciastą chustkę do nosa wystającą z jednej kieszeni, a wymiętą paczkę papierosów z drugiej i westchnęła sama do siebie:
    -    Niebiosa, czemuż kusicie mnie, biedną garbuskę, takim Parcikiem Zenonem, takim mężczyzną piękniutkim, taką lalką?
    Dziewczyna może i dłużej biadoliłaby do nieba, ale drzwi gabinetu rozwarły się gwałtownie i lekarka na wpół rozebrana gnała z opętaniem w okularach i oczach do rejestracji:
    -    Na policję dzwonić! Na policję! Zgwałcić mnie chciał!
    Zanim Sabina ochłonęła, by zrozumieć i zrozumiała, by ochłonąć policja wyprowadzała z gabinetu Parcika w lekko przekrzywionej czapce na głowie, który na widok Sabiny zawołał:
    -    Niewinny jestem, sama zaczęła, kazała mi się z mety rozbierać! Że bez tego zaświadczenia nie da...
    -    Skończ tę błazenadę, zboczeńcu jeden – przerwał policjant i w tymże momencie lekarka poprosiła Sabinę do siebie.
    -    Pani! 25 lat pracuję w tej przychodni, ale coś takiego to mi pierwszy raz się przytrafia.
    „ Szczęściara" – pomyślała Sabina, ale powiedziała tylko
         -     Wyglądał bardzo sympatycznie...
    Pani doktor obcięła pacjentkę polodowcowym wzrokiem i krótko rzuciła:
    -    Słucham, co panią do mnie sprowadza?
    -    Bo, pani doktor, bo ja mam takiego garba...na plecach...od urodzenia...
    -    Ale pani z tym już przychodziła wiele razy – przerwała jej lekarka – rozmawiałyśmy już o tym.
    -    Ale ja mam takiego garba, garba na plecach – powtarzała płaczliwym głosem dziewczyna...
    -    Nie, no, nie będziemy o tym rozmawiać, jeśli z tym znów pani przyszła, to ja już pani podziękuję.
    -    A ja mam dla pani doktor prezent, żeby się pani doktor mną lepiej zajęła i łaskawszym okiem na mojego garba spojrzała – Sabina z triumfem w oku stawia na biurku lekarki szampon do włosów „ Czarna Rzepa".
    -    Nie rozumiem, zupełnie nie rozumiem, proszę to zabrać i wyjść natychmiast z gabinetu. No ja mam na dzisiaj już dosyć, naprawdę mam dosyć!
    -    Dajesz ten tłusty łeb do mycia i ani słowa dalej! Tłuste strąki pod kran, ale to już!
    Sabina w okamgnieniu zdecydowała nie obdzyndzalać się z lekarką. Garba wyleczyć jej nie chce, do tego prezentu przyjąć też nie chce, 1zł 95gr poszło z ogarami w las, trzeba siłą zdominować. Schwycona lekarka za kark, próbuje się wyswobodzić, ale rozpuszczający się knebel w ustach złożony z chusteczek higienicznych powoduje zakrztuszanie i stąd skupienie kobiety leży po tej stronie. Dowleczona do umywalki, bez namowy pochyla się nad nią, a Sabina puszcza ciepłą wodę i zamaszystymi ruchami zmacza głowę lekarki.
    -    Pani doktor, teraz szamponik z czarnej rzepy, żeby włoski nie były takie smalczykowate – Sabina biorąc szampon z biurka, ciągnie lekarkę za włosy, ale bez ofiar nie ma zwycięstwa. Wylewa pół butli na medyczny łeb, po czym z pianą jak z grzywą końską pokazuje lekarce jej odbicie w lustrze.
    -    Widzi, a widzi, co ma na głowie? Szamponik od Sabinki z czarnej rzepusi. Sabinka dała pani doktor szamponik, żeby pani doktor o Sabince pamiętała, nigdy nie zapomniała i garbuska wyleczyła...
    Szło już coraz lepiej i całkiem niepotrzebnie rejestratorka wsadziła łeb do gabinetu z pytaniem, czemu to niby takie hałasy dobiegają z gabinetu. Może i dobiegały, ale na pewno
    nie przez Sabinę, tylko przez lekarkę, bo łba pod kran nie chciała podstawić. Garbus był w najprawdziwszym oszołomieniu, gdy okazało się, że za szamponik nie dość, że nie będzie garb leczony, to jeszcze policję z pogotowiem wzywają. W życiu tak już jest, że nie wiadomo, co komu pisane. Może narrator tym razem nie ulitował się nad kalectwem swej bohaterki. Może chce do końca utrzymać garbatą postać, aby była ona charakterystyczna i naznaczona. Może planuje połączyć węzłem małżeńskim Sabinę z Zenonem, a może tylko planuje krótki romans na oddziale psychiatrycznym, gdzie niewątpliwie się znajdą oboje po zajściu w przychodni. A może z tego związku nic nie będzie, bo los Sabiny zapisany jest w gwiazdach jako nieszczęśliwy, a Zenon obdarzył naszą bohaterkę takim szacunkiem już w przychodni, że czcić ją będzie jak królową jedynie? Narrator przeciągnął się po papierze i zrobił grzbiet, następnie wszedł w osobę autora i przekąsił swoje ulubione płatki kukurydziane.
    -    Losy te rozstrzygniemy już w następnym rozdziale – powiedział autor, nie dbając o to, że Zenon nadal skuty kajdankami, a Sabinka tkwi w swym przerażeniu. Jeszcze tylko narrator próbuje troszkę na litość wziąć autora i wyłuszczyć trochę podmiotów, przydawek, dopełnień...
    -    Nie, jeszcze pranie muszę zrobić! - definitywnie zamyka sprawę i komputer autor, porzucając na ciemny ekran i drukarkę bez papieru swe fikcyjne, niedoskonałe dzieci, które mają płacić cenę za jego spaprane życie.

    Również tego autora