Jan Burakowski - Przedwrześniowe rarytasy

Bułka z masłem – zwrot ten pojawiał się często w rozmowach starszych we wsi mojego dzieciństwa. Był synonimem dostatku, życia na wyższym poziomie (choć nie tylko, bo bułka z masłem mogła oznaczać także lekką, łatwą do wykonania pracę). Mama często rano, po powrocie od państwa Myśliwców z Zagościńca, którym dostarczała nabiał, opowiadała: Na śniadanie jedli bułki z masłem i jajka. I pili kakao.
    W naszej rodzinie bułki pojawiały się, nawet z masłem – ale bardzo rzadko. Na ogół Ojciec przywoził je z wyprawy do Wołomina lub Warszawy jako rodzaj upominku. Osełki Mama wyrabiała głównie na sprzedaż, a codziennością posiłków był razowiec własnego wypieku popijany mlekiem, a niekiedy smarowany smalcem. Nasza rodzina z 8-hektarowym gospodarstwem nie należała do biednych. Mnóstwo naszych sąsiadów żyło biedniej, dla nich synonimem dostatku była pajda chleba.  
    Przez kilka wojennych lat służył u nas Janek Białek z Międzylesia. Międzyleś miał w naszej okolicy opinię najuboższej wsi, zagłębia chłopców do krów i dziewczyn do wszystkiego. I chyba była to ocena słuszna. Z jedynej mojej wizyty w tej wsi, gdy towarzyszyłem ojcu, który pojechał tam godzić służącego (właśnie Janka), zapamiętałem lilipucie domki otoczone płotkami z chrustu i kilometry szczerego, złotego, mazowieckiego piasku z rzadka porośniętego rachitycznymi sosenkami i jałowcami.
    Jedną z bardzo wielu sympatycznych cech Janka, która zjednywała mu serce naszej Mamy, był jego doskonały apetyt. Jadł wszystko i chwalił wszystko. Nasze codzienne menu: kawa zbożowa pół na pół z mlekiem, zacierki na mleku, zalewajka zabielana łyżką śmietany, kopytka lub ziemniaki okraszone słoniną, kapusta gotowana z kawałkiem boczku – był to dla niego przejaw luksusu. W jego domu niemal na okrągło jadało się suchy chleb z kawą tylko zabieloną mlekiem i postne ziemniaki z kapustą, która rzadko widziała krople jakiegoś tłuszczu.
    Nasze posiłki były bez porównania obfitsze i smaczniejsze niż Białków z Międzylesia, ale i oni jedli przysmaki, które zadomowiły się w naszej kuchni. Trzeba tu wymienić grzyby smażone w tłuszczu, a nawet bez – rydze, kanie, a nawet maślaki. Bo jednym z nielicznych skarbów Międzylesia była obfitość grzybów w okolicznych lasach.
    Pewna młoda osóbka, lat szesnaście, od kwartału zaprzysięgła wegetarianka, gdy wysłuchała mojej opowieści o menu międzylesian, powiedziała: Oni odżywiali się bardzo zdrowo! Najpierw uznałem tę odzywkę za przejaw niebotycznej naiwności. Ale po namyśle uznałem, że coś w tym jest. Nawet pobieżna lektura haseł w encyklopedii wskazuje, że brzuchate szlachciury i fabrykanci żywiący się obficie i tłusto żyli na ogół krótko, koszeni przez apopleksje i nieżyty żołądka. Poeta Rodoć poświęcił takiemu obywatelowi, który z niestrawności wszedł do wieczności, wierszowany nagrobek. A wśród chłopstwa i robotników rolnych apopleksje raczej nie występowały. Prosty lud nie umierał z przeżarcia.