Janusz Gryz - Cyganek

Nadmorskie letnisko, wczesne popołudnie słonecznego czerwcowego dnia. Wąska asfaltowa ulica napełniona niegłośnymi rozmowami, brzękiem talerzy, szczękaniem sztućców jedzących w restauracyjnych ogródkach. Młode kelnerki, trzymając w rękach ogromne półmiski, na których wśród stosu frytek i surówek leżą smażone ryby, nawołują głośno zamawiających. Dawne rybackie chałupy rozbudowane w brzydkie piętrowe wille z pokojem dla wczasowiczów. Cyklopowe fasady tych domów ozdobione powtykanymi tu i tam muszlami, błyszczącymi odłamkami szkła, odciosami marmuru, otoczakami straszą w klującym w oczy bezguściem. Pstrokacizna straganów z pamiątkami, z zabawkami, otwarte drzwi sklepów z widocznymi w głębi, w jasnym, przejrzystym cieniu szafami chłodniczymi. Przed wejściem stojaki z okularami przeciwsłonecznymi, masywne plastikowe konie, tygrysy, lwy, miniaturowe luksusowe kabriolety kołyszące się za dwa, za pięć złotych. Prawie nadzy, opaleni, obwieszeni nadmuchanymi kołami, materacami, orkami plażowicze leniwie drepczą pomiędzy pomalowanymi na brązowo drewnianymi płotkami, niewysokimi cyprysami iglaków. Zaglądają sennie w talerze jedzących, spoglądają na ich pokryte kroplami potu nachylone twarze. Dzieci w większości nie chcą jeść, grymaszą, wiercą się na ławkach, dokazują  beztrosko, a niektóre biegają między stolikami, pokrzykując bawią się w berka. Bursztynowowłosa czterolatka śpi złożywszy główkę obok tabletu na podsuniętym frotowym ręczniku, ze spoconej rączki wysunęła się różowa arielka.

Zaloguj się, aby zobaczyć.