Janusz Orlikowski - Pożądanie i miłość

Uczucie to miłość pomniejszona o władzę napisałem kiedyś zniechęcony co do samego słowa „miłość" i pełen nadziei, że jest to zapis najbardziej z trafnych. Ale już na pierwszy rzut oka widać, że szlachetne intencje tego „odkrycia" nijak się mają do obszaru znaczeniowego jakie niesie słowo – uczucie. Bo oprócz konotacji etycznie pozytywnych jest tam cała gama odniesień negatywnych, takich jak: zawiść, zazdrość, złość, przygnębienie, rozżalenie, frustracja, cierpienie i przede wszystkim nienawiść. Czy jednak, gdy wszystkim im odejmiemy słówko „władza" nie okaże się, że  wszystkie one znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Że jednak moje wrażenie co do słuszności takiego sformułowania nie było całkiem chybione, a tylko ( a może aż?) powodowany buntem sformułowałem myśl słuszną, tyle że w sposób przewrotny, nieco paradoksalny, by rzec można. Wiersz Czujność z tomu Geometria światła z 1994 roku otwierają słowa: „jestem membraną uczuć lub przewrotną figurą/ miejsca i zdarzenia". Zatem „godząc się" na zbieg dwóch sylab – miłość, można napisać: miłość to uczucie pomniejszone o władzę. Ale czy każde uczucie, gdy odejmie mu się pierwiastek władzy jest miłością? A co z tymi negatywnymi, które wymieniłem wcześniej? I dlaczego mają zniknąć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki?
Otóż jeżeli przez miłość będziemy rozumieli spotkanie dwóch odrębnych i różnych od siebie „ja", bo przecież każda jednostka ludzka jest indywidualnością, to w rezultacie otrzymamy to, co gdy czytamy wprost wiersz Wisławy Szymborskiej Miłość szczęśliwa będący pozorną afirmacją jej przeciwieństwa.

Miłość szczęśliwa. Czy to jest konieczne?
Takt i rozsądek każą milczeć o niej
jak o skandalu z wysokich sfer Życia.

Tak że i my na początek zamilknijmy o niej i zastanówmy się nad tym, czego w utworze nie ma. Brak tu próby odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak trudno we współczesnym świecie o prawdziwą miłość i dlaczego, gdy być może gdzieś spotykamy przypadkiem takich dwóch szczęśliwców, zamiast zamilknąć i przyjąć ze szczerym uśmiechem, reagujemy tak jak obrazują to pierwsze wersy poetki? „Miłość szczęśliwa. Czy to jest normalne,/ czy to poważne,/ czy to pożyteczne - „ i jeszcze: „co świat ma z dwojga ludzi,/ którzy nie widzą świata?" brzmi wręcz pretensją. Oni są inni niż my, którzy przecież też kochamy. Tylko czy aby, skoro oni są inni. Na słowo „miłość", czy też gdzieś zauważony jej obraz reaguje od razu nasze „ja", które nie kocha, lecz kocha samą możliwość kochania, jak pisał św. Augustyn. U jej podstaw nie leży tajemna moc, coś co jest człowiekowi darowane, czyli jest darem przychodzącym z zewnątrz, autentyczna tajemnica miłości, lecz myśl o tym, że owa możliwość kochania istnieje. Ego kieruje naszymi poczynaniami, to wewnętrzne „ja", które w istocie jest słabe, próżne i pożądliwe. Ono to, gdy spotyka drugie ego, tak różne bo indywidualne, natrafia  również na słabość, próżność i pożądanie, lecz nacechowane własną niepowtarzalnością. W rezultacie, w imię – a jakże miłości, dochodzi do gry, czyli walki o wzajemne wpływy na zadanym polu. Dalej to relacje pan – niewolnik, gdzie każdemu jest niewygodnie i w skrytości ducha czuje się nieszczęśliwy. Przykładów w literaturze, aż nadto. Władza „ja", która towarzyszy człowiekowi w, by tak to nazwać, procesie zakochiwania się, czyli zdobywaniu kobiety, czy mężczyzny jest w istocie kochaniem takiej ewentualności kochania,  która odpowiada naszemu ego, stąd wspomniana na wstępie gama odniesień negatywnych takich jak  zazdrość, złość, przygnębienie, rozżalenie, cierpienie i nienawiść. Miłość tak pojęta i nienawiść właśnie to dwa końce kija tego samego uczucia, gdzie kijem jest pyszne „ja", nasze myśli płoche. Stąd napisałem, że owa gama odniesień negatywnych niknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy odejmiemy od niej problem władzy.
Tylko wtedy, jak pisze Szymborska o szczęśliwej, nie ważne czy wyimaginowanej czy faktycznie widzianej kiedyś, parze:

Trudno nawet przewidzieć, do czego by doszło,
gdyby ich przykład dał się naśladować.
Na co by liczyć mogły religie, poezje,
o czym by pamiętano, czego zaniechano,
kto by chciał zostać w kręgu.

Wyobraziła sobie wtedy poetka, że para ta nie tylko widziana jest jako szczęśliwa, lecz tak jest w istocie. Ich „ja", dla każdego z osobna, autentycznie przestało mieć dla nich znaczenie, bowiem odsunęli je od siebie, nie cierpią ze swojego powodu. I „gdyby ich przykład dał się naśladować" cierpienie i wszystkie inne negatywne uczucia nie byłyby człowiekowi znane. Co wtedy? Raj? A tam, czy potrzebna byłby jakakolwiek religia, czy istniałaby poezja? Jak wyglądałoby życie? Co do mnie potrafię to sobie wyobrazić i chętnie zrezygnuję z pisania wierszy. Podobnie, sądzę, poetka bo po wersie „kto by chciał pozostać w kręgu" nie postawiła znaku zapytania. No ale, póki co na to się nie zanosi. Mamy nasz świat, którego istnienie jakże dramatycznie brzmi w kontekście tytułowej Miłości szczęśliwej w następnych wersach: „Wspaniałe dziatki rodzą się bez jej pomocy./ Przenigdy nie zdołałaby zaludnić ziemi,/ zdarza się przecież rzadko." Zatem ten świat jest dzięki cierpieniu i poprzez nie toczą się jego tryby. Jest niedoskonały z uwagi na ludzką ułomność, która tkwi w człowieczym ego. Pełna więc współczucia, a może nawet i czułości dla nam wspólnej kondycji pisze w zakończeniu: „Niech ludzie nie znający miłości szczęśliwej/ twierdzą, że nigdzie nie ma miłości szczęśliwej.// Z tą wiarą lżej im będzie i żyć, i umierać."
To proste wydawałoby się rozwiązanie ma wbrew pozorom dużo wspólnego z sensem powziętych w tym eseju rozważań. Bo cóż ono oznacza? Mam zakorzenić w sobie tę radę, czyli poniekąd wyzbyć się marzeń, a może i uważanych za szczęśliwe wspomnień, wyzbyć się myśli o miłości szczęśliwej. Czas przyszły i przeszły mają nie mieć dla mnie znaczenia. A zatem to co jest i to co było owocem mojego „ja" winno przestać istnieć. Jak tego dokonać? Na to już nie znajdujemy w wierszu odpowiedzi. Dlatego też Noblistka pisze: „Z tą wiarą lżej im będzie i żyć, i umierać."
Pamiętam jak sporo lat wstecz czytałem pierwszy raz ten wiersz. Był jak olśnienie. Jakby czas w tym czasie nie istniał. Wydawał się być odpowiedzią na wszystkie frapujące mnie problemy. Te chwile spędzone z tym utworem były „chwilami pewności" jakby to powiedział Marian Stala. W niedoskonałym bycie zakorzeniła się pewna szczęśliwa pewność. Jakieś przeświadczenie, że to właśnie to; nie rządziły mną żadne uczucia. Takich jak najwięcej w tym co nazywamy miłością, w drodze do tej szczęśliwej. I tu należy przypomnieć znakomity liryk Zbigniewa Herberta Różowe ucho, który świetnie ilustruje chwilę miłości szczęśliwej. Autor nie przedstawia stanu „zakochania" będącego, jak opisywałem wcześniej, wynikiem działania naszego ego, które rodzi cierpienie i wiele innych „nieprzyzwoitych" uczuć. W pierwszej części wiersza opisuje kobietę, którą bardzo dobrze zna wraz z jej, że się tak brzydko wyrażę, częściami intymnymi (metaforyczny brzuch). Nie one jednak są tu istotne, a tytułowe różowe ucho. To ono staje się przedmiotem pożądania? Nie, nic z tych rzeczy. Tu nie ma zupełnie o tym mowy. „śmieszny płatek skóry/ muszla z żyjącą krwią/ w środku" staje się przedmiotem bezinteresownej kontemplacji, a po czasie, który nie był czasem, przychodzi myśl, powinność każdego poety: „dobrze byłoby napisać/ wiersz o różowym uchu",

ale nie taki żeby powiedzieli
też sobie temat wybrał
pozuje na oryginała

żeby nawet nikt się nie uśmiechnął
żeby zrozumieli że ogłaszam
tajemnicę

I nie ogłaszając ogłasza. Nie wyczuwamy w tym wierszu żadnego pożądania, nawet w tym czego poeta nie napisał, a przecież w zakończeniu utworu mamy: „ale nocą kiedy leżeliśmy razem/ delikatnie próbowałem/ egzotyczny smak/ różowego ucha". Utwór jakby składał się z czystej pneumy w jego warstwie znaczeniowej. A kto w to nie wierzy niech sobie tę część z krwi i kości dopisze czyniąc zadość swojemu ego, poddając się cierpieniu. Bo przecież: „miłość nie zaprzecza  myśli/ myśl potrafi zaprzeczyć" - zdarzyło mi się kiedyś napisać. Przy czym zamiast słówka „miłość" było wtedy „uczucie", czyli pochodzi z czasów, o których pisałem na samym wstępie. Tak zatem – w dojściu do fizycznego kontaktu, mamy prawo podejrzewać, nie było nuty pożądania. A jeśli nawet rzeczywistość była inna to „Nie moja wina, że jesteśmy tak ulepieni, w połowie z bezinteresownej kontemplacji, i w połowie z apetytu" jak czytamy w wierszu Czesława Miłosza Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanką whisky na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis. Nie o nim jednak będzie tu mowa, a napisanym przez poetę znacznie wcześniej.
Chodzi o liryk Miłość.

Miłość to znaczy popatrzeć na siebie,
Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy,
Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu.

Czy znaczy to, że należy spojrzeć na siebie z boku i przeanalizować swoje postępowanie? Nic z tych rzeczy, to tylko kolokwialny szatan podpowiada nam taki sposób myślenia. Nawet głęboka analiza samego siebie czyniona jest, w większym bądź mniejszym stopniu, przez nasze „ja" i pomimo najszczerszych chęci zawsze naznaczona jest albo dobrym mniemaniem o sobie, albo zbyt okrutnym poczuciem winy w zależności od indywidualnych cech charakterologicznych danego człowieka. To nie wiedzie do prawdy, a tylko ją jeszcze bardziej zaciemnia uciechę czyniąc złu. A zatem jak? „Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy" podpowiada nam Noblista. Obce rzeczy nie naznaczone są czasem, nic o nim nie wiedzą. Nie mają wspomnień i marzeń, tylko są; jakby wydobyte z niego poza obręb jego działania, chociaż mu podlegają. Drzewo rośnie, rodzą się liście, opadają, ponownie się pojawiają, a w konsekwencji ono obumiera. Krzesło jest, aż do czasu gdy wskutek starości przestaje spełniać swe funkcje. Ptak się rodzi i umiera bez świadomości w ludzkim tego słowa znaczeniu, itd., itp. To nas w istocie nie obchodzi, nie jest przedmiotem naszego pożądania. Możemy tylko co najwyżej drzewu, krzesłu i ptakowi współczuć, że taka jest kolej rzeczy, ale to i tak jest tak jakbyśmy współczuli samym sobie. Nic nas z nimi nie łączy poza wspólną dolą śmierci, a to już jest wystarczający powód by patrzeć na siebie jak na rzecz obcą. Od obcych się trzeba tego „nauczyć". Stąd poetów wiersze takie jak Rozmowa z kamieniem i Cebula Wisławy Szymborskiej, Kamyk, czy Stołek Zbigniewa Herberta i wiele paru innych będące próbą przeniknięcia obcego. Nie czas i miejsce by o tym tu szerzej pisać.
Pożądamy, pragniemy tego co jest i jest jednostkowe, i nie obce. Zatem  „(...)popatrzeć na siebie,/ Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy" znaczy wyzbyć się pragnień i pożądań, spojrzeć na siebie jakby z zewnątrz, stamtąd gdzie nie istnieje czas, który nas niszczy i zniewala. Będąc tym sposobem „jedną z rzeczy wielu" stajemy wobec drugiej osoby, a tym samym i świata, i możemy za poetą dokonać odkrycia:

A kto tak patrzy, choć sam o tym nie wie,
Ze zmartwień różnych swoje serce leczy,
Ptak mu i drzewo mówią: przyjacielu.

Skąd jednak mogę nabrać przekonania, że moje patrzenie jest już właśnie tym skoro „A kto tak patrzy, choć sam o tym nie wie"? To sprzeczność. Tak, lecz pozorna. Odpowiedzią wszak są dwa następne wersy. Doświadczenie, pewien stan ducha, który temu służy i jest rezultatem.
Czesław Miłosz przez całe swoje długie życie starał się, aby jego poezja przekroczyła tę granicę jaka dzieli nas od czystej pneumy. Stąd dzieje się ona wciąż na progu między tym co materialne, cielesne, co jest wynikiem naszego ego, cierpienia i buntu prowadzącego do nihilizmu, a tym co jest rzeczą samą w sobie, istnieniem zewnętrznym, które pozwalałoby bezinteresownie opisać świat. Bo tylko tak możliwa jest miłość szczęśliwa, ta poza kochaniem samej możliwości kochania i „Wtedy i siebie i rzeczy chce użyć,/  Żeby stanęły w wypełnienia łunie". Pomny jednak tego, że zadanie nie jest tak proste jak daje się o tym napisać kończy wiersz, podobnie jak Szymborska, stwierdzeniem i radą:

To nic, że czasem nie wie, czemu służyć:
Nie ten najlepiej służy, kto rozumie

I kolejne rodzi się pytanie. Co to oznacza „(...) że czasem nie wie, czemu służyć"? Przecież skoro bym mógł osiągnąć ten stan, w którym „Ptak (…) i drzewo mówią: przyjacielu" to przecież droga wydaje się prosta. Nic bardziej błędnego. Daimonion, którym kierujemy się gdy nasze pożądanie, nasze pragnienie wydają nam się już obce mogą obcymi nie być, bowiem tak nam się wydaje. To, że ptak i drzewo może być też sprytnym zamysłem przebiegłego Zła, które w ten okrężny sposób stara się nami zawładnąć jest możliwe. Stąd rodzą się wątpliwości, które są domeną myśli, a więc i pragnień, i pożądań. Stąd: „Nie ten najlepiej służy, kto rozumie".
Świat poza rozumowy, tylko on jest całkowicie wolny od dręczących nas pytań i tych natury osobistej, dotyczących miłości szczęśliwej. Ten nie rozumny diament, który w nas funkcjonuje poza czasem i poprzez który mamy możliwość kontaktu z naszym daimonionem, ale tylko za jego przyczyną. On to, daimonion, odczuwany jako działanie z zewnątrz jest drogowskazem nie tylko poetów. Czym jednak ten nie rozumny diament jest?
To potencjał dzięki któremu dopuszczamy w ogóle przeczucie takie, że coś dziać się może poza sferą naszego rozumu i poza naszym „ja". Jakieś przeświadczenie o tym, że świat zewnętrzny który codziennie oglądamy nie jest tylko takim jaki go widzimy. Gdyby bowiem tak było nie powstałby choćby wiersz Różowe ucho Herberta omawiany wcześniej. Bo przecież patrząc racjonalnie, nie dopuszczając do głosu nie rozumnego diamentu, to cóż my tam mamy? Facet patrzy na różowe ucho kobiety i to go podnieca? No, tak też być może. Ja tam wolę co inne i dłońmi pokazuje krągłości. Mam nadzieję, że mi to Zbigniew Herbert jak i wszyscy lubiący poezję wybaczą, ten prostacki wybryk. Widać jest to też we mnie. A jednak ten, który wie co wie, gdy przeczyta w ciszy ten wiersz może go, pisząc kolokwialnie, nie rozumieć, lecz podejrzewa, że pewnie coś tam – jest. A może jestem zbyt łaskawy. Nie mnie jednak osądzać. To rzecz, która w miłości szczęśliwej nie może mieć miejsca.
Czy jednak, uparcie mówi mi moje „ja", jeśli nie pragnę, nie pożądam to kocham? I skąd ona może wiedzieć, że tak jest? Możemy więc równie dobrze zapytać: a jeżeli pragniesz, jak pragniesz, czy cierpisz? Szczera odpowiedź z pewnością zabrzmi – tak. I jeżeli nawet dwa pragnienia na   swej płaszczyźnie się spotkają cierpienie dotknie obydwoje, gdyż każdy człowiek jest indywidualnością w swoim „ja". Cała dobra literatura o miłości na tym stoi. Dopiero gdy „(...) popatrzeć na siebie,/ Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy" pozwoli by cierpieniu wynikającemu ze złego pojmowania miłości zapobiec. Czy to nie uwłacza naszej cielesności? A nie daj Boże, pomimo że napisałem  kiedyś w wierszu Spełnianie II z tomu Nierozumny diament z 1993 roku: „tchnienie/ przenika nas bardziej/ niż dotyk". Bo nie oznacza to, że rzecz jest pozbawiona cielesności, to erotyk dedykowany żonie. Na potwierdzenie przytaczam go w całości:

bez drgnienia wrażliwości skóry
gniazdem warg nad Twoim ciałem
wędruję

śpią ptaki utrudzonych myśli

tchnienie
przenika nas bardziej
niż dotyk

Bardziej bowiem nie znaczy bez niego.
Tchnienie to w znaczeniu przenośnym tyle co: tchnienie wiosny, tchnienie wiatru, czy też czyjaś postać tchnie wdziękiem, a także i przede wszystkim – tchnienie Nieznanego. Ono w tym znaczeniu zawsze pochodzi z zewnątrz i tylko tam mamy możliwość jego napotkania.
Czy jednak „(...) popatrzeć na siebie,/ Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy" nie kłóci się ze stanem mojej świadomości, która pozwala mi w miarę nabytych umiejętności funkcjonować w  otaczającym mnie świecie? W – w ten sposób postawionym pytaniu – tak. Pytanie bowiem powinno brzmieć: czy nie ma sprzeczności pomiędzy spojrzeniem jak na obce nam rzeczy a światem mnie nie – otaczającym a którego jestem częścią? Różnica, co widać gołym okiem, jest zasadnicza i wtedy odpowiedź zabrzmi – nie. Skoro jestem pewną częścią, choćby bardzo niewielką, mikroskopijną by rzec można ale jednak, to tym samym jestem dla siebie tak samo obcy jak rosnące za oknem drzewo, czy przelatujący ptak, które wtedy faktycznie mówią do mnie przyjacielu. Obcy, czyli pozbawiony pożądania, wyzbyty z potrzeb poza trzema koniecznościami wynikającymi z fizjologii: jedzeniem i piciem, spaniem i chodzeniem do toalety w celu wypróżnienia. Drzewo też aby żyć zakorzenione jest w ziemi skąd ciągnie soki, ptak, każde zwierzę tak samo jak człowiek.
Ale przecież obserwując świat zwierząt bez trudu da się zauważyć, że oparty jest on na walce, na posiadaniu władzy, na przykład samce walczące o wpływy u samicy? Tak, lecz dla nich jest to ich, by tak powiedzieć, świat wewnętrzny,  można stwierdzić tak samo jak nasz, z naszymi „ja". Nie  jest on obcy w powziętym tu znaczeniu. Będąc częścią świata jako całości nie oznacza przeniknięcia do wnętrza jego struktury, bo wtedy jest to ingerencja w osobność, w obcość i wtedy  nie możemy powiedzieć „Nie ten najlepiej służy, kto rozumie".

          
     

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora