Łukasz Prus - Modus vivendi (2)

– Dla mnie w ogóle mogliby nie żyć! Co tu do współczucia! Sumienia to oni nie mają, te marne psy – mówiła z werwą Magda. – Po nocach to kradną, później się pewnie upijają i cały dzień śpią. Bandziory. Wstydzi się taki wyjść na światło! Wstydzi się ludziom w oczy spojrzeć!
    Hubert potakująco kiwał głową. Ucisk na gardle stawał się coraz mocniejszy. Magda spostrzegła, że zaniemówił.
 – Oj, przepraszam, że tak ci opowiadam. Musiałam się komuś wyżalić, wiesz… Stało się i już, jakoś to będzie! Jutro jadę do domu na jakiś czas. To co zjesz?
    Hubert wskazał palcem na zapiekankę serową.
– Tylko, wiesz, jeszcze za krótko tutaj pracuję…
 – Spokojnie, zapłacę za siebie – wykrztusił wreszcie. – I może sok pomarańczowy – próbował wysilić się na uśmiech, ale mięśnie twarzy nawet nie drgnęły. Czuł się, jakby ciało stopniowo odmawiało mu posłuszeństwa.  
    Magda postawiła przed nim szklankę, po czym przeszła do kuchni, żeby wstawić potrawę do pieca.
    Hubert wypił połowę soku i zwiesił głowę na rękach. Czuł, że jego skronie zaczęły boleśnie pulsować. Efekt kawy, spokojnie – tłumaczył to sobie.
    Zawiesił oko na zdjęciu przedstawiającym Marylin Monroe u szczytu kariery. Jego uwagę przykuły usta aktorki. Mocno wyszminkowane i idealnej formy. Chciałby pocałować takie usta, oprzeć się o nie spokojnie i zasnąć.
    Z odrętwienia wyrwał go pisk opon. Przed wejściem zatrzymał się jakiś samochód. Prawie równocześnie z trzepnięciem drzwiami do kawiarni weszło dwóch identycznie ubranych facetów. W długie, skurzane kurtki i dżinsy. Nie wyróżniali się niczym szczególnym.
    Magda usłyszała, że ktoś wszedł i zjawiła się za ladą. Wtedy jeden z nich został przy drzwiach, a drugi usiadł przy barze obok Huberta.
 – Dwie wódki poproszę – powiedział mocnym basem.
    Magda postawiła prze nim dwa kieliszki i wprawioną ręką napełniła je po brzegi. Facet daj jej znać, że to wszystko i dziewczyna wróciła do kuchni.
 – Stawiasz, gnoju? – niespodziewanie zwrócił się do Huberta.
 – Słucham?
    Przysnął do niego kieliszek.
 – Pijesz, czy jesteś frajer?
    Chwycił go Hubert i już podnosił do ust, gdy nieznajomy gość powiedział:
 – Twoje zdrowie, złodzieju. Wypij, zapłać i wychodzimy – po czym wypił swoją wódkę i podszedł do tego przy drzwiach.
    Hubert zaczął tak się trząść, że nie mógł utrzymać kieliszka. Pochylił się nad nim i pomału wlał zawartość do ust. Następnie wyprostował się i odrzucając głowę do tyłu przełknął gorzki, piekący płyn. Znów zebrało mu się na wymioty.
 – Idziemy – pośpieszył go facet w skórzanej kurtce.
    Wypił resztę soku, zostawił na ladzie dwadzieścia złotych i chwiejąc się na boki wyszedł pomiędzy policjantami.   
    Siedząc na tylnych siedzeniach bordowego peugeota, w myślach dziękował Bogu, że Magda nie widziała, jak skutego kajdankami pakują go do samochodu.


6

    Wysiedli przy komisariacie na Traugutta. Policjanci wyciągnęli go z auta i powlekli gdzieś długimi, ciemnymi korytarzami. Nikogo nie widział po drodze. Słyszał, że prowadzący go rozmawiają między sobą, ale był tak skołowany, że nie rozumiał sylab i słów. Tylko korytarze, długie, ciemne. Drewniane drzwi po obu bokach. Na lewo, na górę po schodach. Nogi jakby same szły, bez udziału jego woli. Czuł, że już jej nie ma, że przejęli ją ci dwaj.
    Weszli do małego pokoiku. Był niewiele większy niż jego własny. W środku stół i trzy krzesła. Po jednej stronie siedziała biała już staruszka, na której skroni zauważył zaschłą strugę krwi.  Obok niej mężczyzna w cienkim, długim płaszczu, spod którego przebijała biała koszula spięta pod szyją bordowym krawatem. Za nimi na ścianą drewniana ramka, a w niej orzeł w koronie. Posadzili go na trzecim krześle i odsunęli się pod ścianę.
 – To on, panie prokuratorze.
 – Dziękuję, panowie.
 – Nazywasz się Hubert Kołek? – zapytał mężczyzna, którego policjanci nazwali prokuratorem.
 – Tak.
 – Dobrze. Ja nazywam się Marszałek i jestem prokuratorem. Wiesz, dlaczego tu jesteś?
 – Nie.
 – Panowie – prokurator skinął na policjantów.
    Usiedli na stole po obu stronach wystraszonego i skulonego Huberta i zaczęli opowiadać.
    Około osiemnastej trzydzieści na plantach, tuż przy dworcu czterech nieznanych sprawców napadło na dwie wracające z poczty kobiety i ukradło im torebki używając do tego ostrych narzędzi, prawdopodobnie noży. W skradzionej torebce tej pani, która siedzi naprzeciwko niego znajdował się portfel. W portfelu dopiero co pobrana na poczcie emerytura, dokumenty i tak dalej. Wskutek napadu jedna z kobiet, która w tej chwili przebywa w szpitalu, doznała urazu głowy i zapadła w śpiączkę. Straszne gówno. Tym gorzej dla niego, bo jej syn…
 – Nadal nie wiesz, dlaczego tutaj jesteś? – prokurator przerwał pytaniem.
    Hubert spojrzał na poranione do krwi opuszki palców.
 – Nie. Nic nie zrobiłem.
 – Mamy inne zdanie. Pan prokurator zapewne również – policjanci mówili jeden przez drugiego. – Ale zapytamy jeszcze poszkodowaną.
 – Dziękuję, panowie – wtrącił prokurator. – Co robiłeś dzisiaj pomiędzy osiemnastą a dziewiętnastą? – zapytał Huberta.
    Chłopak milczał przyglądając się swoim palcom. Po chwili nie podnosząc wzroku powiedział:
 – Pomiędzy osiemnastą a dziewiętnastą byłem w swoim pokoju na Zamłyniu. Grałem na gitarze i do krwi poraniłem palce – powiedział pokazując wszystkim dłoń.
 – Czy ktoś może to potwierdzić? – pytał dalej prokurator.
 – Oczywiście, że nie, bo pomiędzy osiemnastą a dziewiętnastą okradałeś dwie starsze kobiety! Wiesz co się z tobą stanie w więzieniu?! – wybuchł jeden z policjantów. Ten, który pił wódkę w „Retrospekcji".
 – Panowie, spokojnie – niezmiennym tonem mówił prokurator. – Więc jak? Może to ktoś potwierdzić?
 – Nie.
    Ten sam policjant zaczął się śmiać. Drugi przebił się przez rechot:
 – Musimy teraz zapytać poszkodowaną.
 – Ja wiem, co musimy, a czego nie – znów przerwał prokurator i zwracając się do siwej kobiety powiedział: – Poznaje go mama, to on?
    Staruszka nie odpowiadała przez dłuższą chwilę. Przyglądała się chłopakowi. Na przemian to zdejmowała, to zakładała okulary. Policjanci kazali mu w tym czasie wstawać, siadać, obracać się na wszystkie strony. Nie rozpoznała go.
– Dobra, panowie, dawajcie tego drugiego – powiedział prokurator.
    Policjanci wyszli i po chwili wrócili prowadząc jakiegoś chłopaka. Hubert go nie znał. Nie był to ani młody Marchewka, ani żaden z jego kumpli. Pierwszy raz w życiu go widział.
 – Niech mama się przyjrzy im obu i powie, który to zrobił.
     Staruszka przyglądała im się prze kilka minut.
 – Synku, ja nie wiem – rozpłakała się kobieta.
 – Dobra, panowie, zamieniamy ubrania.
 – Zdejmować kurtki – jeden z policjantów zwrócił się do chłopaków.
    Zrobili, co kazał.
 – Zakładać.
    Hubert założył kurtkę tamtego, oddając mu swoją.
 – A teraz mama poznaje?
 – Teraz tak – powiedziała kobieta.
    Hubert zamknął oczy. Ziemia znów zaczęła spadać w dół. Wszystko jakby spadało, stół, krzesła, policjanci, prokurator. Bał się spojrzeć na tę kobietę. Wyszedłby teraz z ciała i przez te mury i kraty, które minął i poszedł prosto do Magdy. Przeprosiłby ją, błagał o litość za zbrodnie wszystkich złodziei świata. A ona by mu wybaczyła.
    Opanował chaos myśli i skupił się na ciemności, którą widział. Wyostrzył słuch i czekał. I usłyszał wciąż przyjemny głos prokuratora:
 – Niech mama pokaże, który.
 – To ten – usłyszał płaczliwy głos kobiety.
Skrzyp krzesła, kroki, głębokie oddechy.
 – Idziemy – powiedział jeden z policjantów.
Nie otwierając oczu, poczuł, że ziemia podrywa się do góry, rozpędza, nie zatrzymuje. Stół, krzesła, stara baba, prokurator w okularach i krawacie, wszystko unosi ręka ubranego w skórzaną kurtkę policjanta, który rozpina mu kajdanki.


7

     
 – Dziękuję, chętnie się przejdę. – Podziękował za uprzejmość policjantów i wyszedł z komisariatu na opustoszałą ulicę. Od czasu do czasu przemykały nimi pojedyncze samochody.
    Okna „Retrospekcji" były już ciemne, drzwi zamknięte. Magda pewnie siedzi w autobusie, który wiezie ją do podradomskiej wsi. Ból głowy nie pozwalał mu na szukanie odpowiedzi na pytanie, co sobie pomyślała, kiedy zniknął.
    Zaczynała się odwilż. Przez kałuże i płynące chodnikami strumienie dotarł na śpiące Zamłynie. Minął sypiące się kamienice i rozświetlającą mrok bazylikę. Kilka kroków dalej zobaczył wciśnięty pomiędzy betonowe bloki drewniak. Jakby chciały go zmiażdżyć – pomyślał zamykając za sobą furtkę.
    Zaraz za nią zauważył, że spod drzwi przyrosłej do bocznej ściany szopy przebijają promienie tlącego się wewnątrz światła. Nie wiedząc dlaczego, uśmiechnął się na ten widok. Dobrze jest mieć w domu światło.
    Zamiast prosto do obdrapanego pokoiku skierował się do szopy. Wnętrze oświetlała zwisająca na drucie żarówka. Dokładnie pod nią na kilku ułożonych na sobie skrzynkach siedział Krystian. Zapatrzony był w rodzący się obraz, nie zauważył wchodzącego brata. Ten bez słowa usiadł na wypełnionym szmatami worku i oparł się o szorstkie deski. Obserwował przez chwilę kolejne, prowadzone w skupieniu pociągnięcia, precyzyjne ruchy pędzla po cienkim płótnie. Wytrwały był Krystian i pracowity. Zdarzało się, że całą noc siedział na tych skrzynkach i wydobywał z siebie nieznane kształty, twarze i sytuacje. Podziwiał Hubert swojego brata, kiedy ten po takiej nocy z uśmiechem i radością na twarzy wychodził z szopy.
    Krystian uniósł pędzel na wysokość czoła i oddychał głęboko.
 – Gdzieś się szlajał? – zapytał. Jednak zauważył wejście Huberta.
 – Nigdzie. Co malujesz? – Hubert skinął na niewyraźny jeszcze zarys obrazu.
 – „Kwiaciarki" – powiedział dumnie, przesadnie akcentując każdą sylabę, nie odrywając przy tym oczu od płótna.
    Hubert skierował na nie wzrok i dopiero zasugerowany tytułem dostrzegł kontury dwóch staruszek. Zapowiadały się na niskie, zgarbione, ubrane w długie spódnice. Przed nimi stały wózki z różnobarwnymi kwiatami. I zobaczył sytuację, o której opowiadał policjant. Dwie kobiety leżące na pokrytym błotem i śniegiem bruku pomiędzy ławkami. Jedna leżała bez ruchu twarzą do ziemi. Druga z zakrwawioną głową usiłowała ją podnieść i wołała o pomoc. Rozpłakał się i poczuł, że chce wyjść na zewnątrz.
 – Okradłem dziś człowieka – powiedział.
    Krystian odłożył pędzel i odwrócił się od obrazu.
 – Co?
 – Okradłem człowieka, a drugiego na coś skazałem, nie wiem, na co – i opowiedział bratu godzinę po godzinie dzisiejszy dzień. Od porannego rozczarowania i złości, przez przypływ szaleństwa, adrenaliny i chorej satysfakcji, które towarzyszyły kradzieży, po strach, żal i wymieszanie wszystkiego w sali przesłuchania.
 – Nie wiem, kto to był – mówił o nieznajomych chłopaku.
    Krystian bezwładnie zwiesił głowę i opuścił poplamione farbą dłonie.
 – I co z tym zrobisz? – zapytał. – Człowieku, coś ty ze sobą zrobił? Widziałeś dzisiaj ojca, skurwysyna, pijaka, widziałeś go? Wcale cię nie okradł! Masz!
    Wstał i z tylnej kieszeni spodni wyciągnął złożony papier. Podał go Hubertowi. Ten rozłożył kartkę. Złożone na pół pocztowe polecenie wypłaty, w środku jego dowód.
 – Z godzinę temu był ksiądz – ciągnął Krystian. – Znalazł to dziś w salce kaesemu. Wczoraj musiałeś to zgubić. Coś zrobił ze sobą?
 – A ojciec?
 – Ojciec?
 – Za co się urżnął?
    Znowu to wirowanie, drżenie, to szaleństwo. Poczuł, że zapada się w ten worek, na którym siedzi, ze spada weń głową w dół. Zobaczył jak szopa z Krystianem i jego obrazem zostaje ponad nim, a on spada i spada, nie wiedząc dokąd.
 – Coś zrobił ze sobą?! – powtórzył Krystian.
    Otrząsnął się i w jednym punkcie skupił rozsypujący się świat. To jego brat. Stoi nad nim i macha rękoma. Wkłada je do kieszeni brudnych dżinsów. Coś mówi. Słowa za słowem. Znów nie rozumie, nie słyszy.
 – Coś ty ze sobą zrobił?! – z dochodzących go dźwięków zdołał wydobyć zdanie.
    Wstał z worka. Popatrzył najpierw na brata, później na jego niedokończony obraz i na gołą, zwisającą na drucie żarówkę.
 – Muszę gdzieś pójść – powiedział, wychodząc z pracowni przyszłego artysty.