Rafał Berger - O tych, którzy odeszli

U Macieja, na półce z książkami stoją zdjęcia jego rodziców, siostry Tamary, a obok fotografie Jakuba i Szymona Kaczelnika, którego Maciej nazywał Munią. Osoby z tych zdjęć, co dzień, przed zapadnięciem nocy, spoglądają na Macieja.
Żydowska rodzina Kaczelników była blisko z Konopackimi. Ojciec rodziny był farmaceutą. Byli dobrymi sąsiadami. Konopaccy i Kaczelnicy często pożyczali sobie różne produkty, wymieniali się różnymi rzeczami. Mniejszości religijne w Wilnie lgnęły do siebie. W przypadku domu, w którym mieszkali Konopaccy, możemy mówić o domu wieloreligijnym (katolicy, muzułmanie, karaimi, żydzi, ewangelicy).
Munia był rówieśnikiem, przyjacielem i powiernikiem największych tajemnic Macieja. Kaczelnicy mieli także drugiego, młodszego syna Jakuba (ur.1936 r.), nazywanego przez wszystkich „Jakubczykiem".
Munia to była dobra strona Macieja. O ile Maciej to „łobuziak", biegający po obcych sadach w celu nielegalnego zaboru kilku jabłek do konsumpcji, o tyle Munia, był wyjątkowo stateczny, przykład grzecznego chłopca. Bardzo się wzajemnie lubili, płakali, gdy jeden drugiego miał opuścić, zabierany wieczorem przez rodziców, po wspólnej zabawie, pomimo tego, że mieszkali naprzeciwko siebie.
W czasie, gdy Wilno zajęli „pierwsi bolszewicy", Maciej z Munią, ulegając bolszewickiej propagandzie stanęli na balkonie i kreśląc rękami w powietrzu granice, parcelowali duży przydomowy ogród należący do właściciela budynku, kelnera Kowalskiego. Dzielili sprawiedliwie, po kawałku dla każdego z sąsiadów. To jedno z nielicznych wspomnień, związanych z Munią, które wywołuje u Macieja uśmiech, obok tych, związanych z ich wspólnymi zabawami.
Wkrótce nastąpiła okupacja niemiecka (1941 r.) i Kaczelnicy zostali aresztowani. Nagle i bez uprzedzenia dosłownie „wyciągnięto" ich z domu. Maciej był tego świadkiem. W momencie wyprowadzania ich z mieszkania, pani Kaczelnik wcisnęła Maciejowi klucz od ich mieszkania. Rodzinę osadzono na terenie byłych koszar wojskowych, a później trafili do getta. Maciej starał się ich odwiedzać. Wspomina, jak Konopaccy dostali wiadomość, że Kaczelnicy proszą, aby dostarczyć im jakiś tłuszcz, to wtedy Maciej, przy granicy getta, ostatni raz widział swojego kochanego przyjaciela. Kaczelnicy zostali straceni w Ponarach pod Wilnem -obecnie dzielnica Wilna, miejscu kaźni Żydów wileńskich (70 000 osób), a także Polaków (20 000 osób, głównie inteligencji i żołnierzy AK), a także Romów i Rosjan[1].
Kilka tygodni później Maciej, wziął klucz, który dała mu pani Kaczelnik i skierował się w kierunku mieszkania sąsiadów, nie wiedząc, że zastanie tam z pozoru niewinny obraz, który będzie powracał bolesnym wspomnieniem przez całe życie. Obchodził mieszkanie przypominając sobie miejsce wspólnych zabaw, gdy w pewnym momencie wszedł do kuchni i zobaczył na stole niedojedzoną kaszkę, którą jadł mały Jakubczyk. W jak dużym pośpiechu nastąpiło te tragiczne w skutkach wydarzenie, że nie pozwolono nawet małemu dziecku dojeść do końca swojego posiłku. Przed oczami stanął mu obraz zapłakanego Jakubczyka na rękach przerażonej matki wyprowadzanej z mieszkania wraz z mężem i drugim synem. Maciej wybiegł z mieszkania i więcej już tam nie wchodził. Niedojedzona kaszka, wspomnienie, które łamie Maciejowi głos, a słuchaczowi tych wspomnień trudno przełknąć ślinę.
Nie pamiętam dłuższej rozmowy z Maciejem, w której nie wspominałby Kaczelników. Nienaturalne, tragiczne odejście pięknych, „Bożych ludzi"[2], z którym nigdy się nie pogodził.
29 października 1999 roku czytając „Nasz Dziennik" nr 257, Maciej ze zdumieniem zauważył, że w tekście Ryszarda Mackiewicza „Palmiry-Ponary, pamięć i zapomnienie" jako ilustrację zamieszczono zdjęcie małego uśmiechniętego chłopca, z wiaderkiem i pluszowym misiem, podpisane: „Jedno z wileńskich dzieci żydowskich, które zginęło w Ponarach". Maciej rozpoznał w nim Jakubczyka!  Od razu napisał list do redakcji, która zamieściła go w całości w dniu 15 listopada 1999 r. Przytoczę jego fragment:
„Niech odtąd nie będzie to dziecko anonimowe, niech przynajmniej z imienia i nazwiska ożyje w ludzkiej pamięci, zwłaszcza jego krewnych, gdzieś w Izraelu, gdzie „Nasz Dziennik" jest cytowany. A krewni ci wyemigrowali z Wilna do Palestyny w 1936 roku. To Jakub Kaczelnik. Jakubczyk jak go nazywaliśmy, urodził się w 1936 roku (…) Pojawieniem się na świecie Jakubczyk opromienił życie rodziców i braciszka Muni, mego rówieśnika i towarzysza zabaw z tamtych szczęśliwych lat (…) Za sprawą „Naszego Dziennika" ożyły wspomnienia i te najlepsze i te z takim nie do wysłowienia tragicznym finałem. W istocie, język takich słów nie zna. Spoglądając na zdjęcie tego żydowskiego dziecka, w ogóle próbując uzmysłowić sobie niepojętą grozę holokaustu, jako przecież wynaturzenia się naszej cywilizacji, nie sposób również i jego nie odnieść do wykładni Jana Pawła II w encyklice „Dives in Miseriocordia" (1980) przypisującej zjawisku postępującej desakralizacji wszelkie wynaturzenia i tłumaczącej dzisiejsze lęki egzystencjalne niekoniecznie tylko środowisk chrześcijańskich. Takie musi być wiec tło następujących słów Papieża: Jest to niepokój związany z samym sensem istnienia człowieka i całej ludzkości – niepokój sięgający jakichś decydujących rozstrzygnięć, które zdają się stać przed rodzajem ludzkim".

Jakub Kaczelnik z matką i babką ( z tyłu). Wilno 1939 r.

Zapytałem kiedyś Macieja jak to się stało, że w pewnym momencie, w trakcie swoich „zmagań" z tatarskością zaczął poznawać, a nawet przyjaźnić się (jak w przypadku poetki Anny Kajtoch[3]), tak wieloma wybitnymi i znanymi postaciami, z życia publicznego, ludzmi nauki, kultury, hierarchami Kościoła. Nie chcąc nikogo pominąć, wymienię tylko niektórych „ludzi pióra": Tytus Karpowicz, Jan Dobraczyński, Jarosław Iwaszkiewcz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Tadeusz Nowak, czy Jerzy Harasymowicz (również zaprzyjaźniony z Maciejem), który jawnie mówił i pisał o swoich tatarskich korzeniach.
Odpowiedział, że zależało mu na podbudowaniu wspólnoty tatarskiej autorytetami, luminarzami poezji i prozy polskiej.
Kazimiera Iłłakowiczówna przyznała, że przydomek „Iłła" nadała sobie trochę na wyrost. W liście z roku 1976 pisała do Macieja:
„Pana list napełnił mnie głębokim zawstydzeniem (…) To całe moje pochodzenie od Tatarów jest wymysłem moich bardzo młodych lat, kiedy koniecznie chciałam się odróżniać czymś osobliwym. Cierpiałam nad pospolitością swego imienia, a pociągało mnie nazwisko, które moim zdaniem miało jakiś podźwięk muzułmański. W którejś nowelce Sienkiewicza istnieje księżniczka Iłła. Przyswoiłam sobie to imię, zachowałam je w czasach uniwersyteckich i dość ogólnie zaczęto nazywać mnie Iłłą również w literaturze. Uważałam się za Iłłe Kazimierę, co teraz u końca mych lat wydaje mi się nadzwyczaj bzdurne".
Maciej także osobiście odwiedzał pisarkę w Poznaniu. Bardzo przychylnie odnosiła się do polskich Tatarów, do jego pasji i zainteresowań. Ceniła sobie pierwiastki tatarskie w polskiej kulturze. Z bardziej przyziemnych wspomnień związanych z pisarką, szczególnie utkwił mu moment, kiedy jadła rosół i dość niezręcznie „radziła" sobie z kawałkiem kurzego mięsa. Powiedziała wtedy „Panie Macieju, gdyby uprzedził mnie pan o swojej wizycie zaoszczędziłabym panu tego prozaicznego widoku". Maciej zawsze podkreśla, że była to kobieta z wielką klasą.
Po jednym z wywiadów, jakiego udzielił Jan Dobraczyński („ Najpierw była tradycja rodzinna. Z linii matki wywodzę się z tatarskiej rodziny. Bracia cioteczni mojej matki okazywali wiele charakterystycznych cech tatarskich, upodabniających ich do mego ukochanego bohatera z lat chłopięcych, do Selima Mirzy z wczesnych nowel Sienkiewicza"), Maciej napisał do niego, aby uwiarygodnić informację, że po kądzieli ma pochodzenie tatarskie. Dobraczyński odpisał:
„Moja Babka wywodziła się z rodziny Abłamowiczów [4]. Abłamowicze, jak się zdaje, od pokoleń byli chrześcijanami. Ich gniazdem rodzinnym była Niedźwiadka, koło Nowogródka. Związani byli blisko z Domeykami. Po powstaniu 1863 rodzina wywędrowała do Krakowa. Bracia cioteczki mojej Matki odznaczali się wielką odwagą. Włodzimierz Abłamowicz był słynnym dowódcą pociągu pancernego „Piłsudczyk" (,,,) Sprawy tatarskie bardzo mnie interesują" (1976).
Z kolei wnuk naszego pisarza Henryka Sienkiewicza, Juliusz pisał do Macieja:
„W 1740 roku mój przodek Michał Sieńkiewicz vel Sienkiewicz (…) rzucił mahometanizm, przyjął chrzest i na sejmie w 1775 roku uzyskał nobilitację przyjęty do herbu „łabędź". Od tej pory nazwisko naszej rodziny brzmi pleno titulo – Sienkiewicze (z wymiennym „ń" na „n") herbu „Oszyk-Łabędź" i pod takim hasłem notuje nas Stanisław Dziadulewicz w swoim „Herbarzu rodzin tatarskich w Polsce". Początkowo herb nasz miał proste godło łabędź przebity trzema strzałami (…) Wprowadzenie do godła herbu „Łabędź"  strzał tatarskich miało zaznaczyć tatarskie pochodzenie rodziny…"(1977).
Jarosław Iwaszkiewicz w swoim liście ( a była to jedynie znajomość listowna) ze Stawiska 17 sierpnia 1977 roku napisał do Macieja:
„Ciotka moja (…) uparcie twierdziła, że mamy tatarską krew w żyłach. A (…) twierdził, ze jesteśmy Ormianami. Niestety nigdy tą sprawą nie interesowałem się bliżej i mam się za Polaka. Żadnych tatarskich kontaktów w moim życiu nie miałem- czego oczywiście żałuję". 
Jednak pod dedykacją podarowanej przez pisarza Maciejowi książki „Zarudzie", autor napisał-„może też Tatar?"
Ada Wińcza wybitna znawczyni kultury i świata zwierząt Afryki Wschodniej, autorka takich książek jak: "Wspaniali Masajowie", "Safari hatari", "Opowieści z sawanny i buszu" , pisała do Macieja w jednym z listów, z Kenii:
„Rodzina nasza wywodziła się z Tatarów. W herbie mamy półksiężyc i trzy strzały. Koledzy i koleżanki w szkole i na uniwersytecie nazywali mnie „Tatarczątkiem", bo mam tatarskie oczy, włosy i kości policzkowe. Widocznie bardzo silna, jest domieszka tej krwi, jeśli po paru setkach lat polsko-litewskiego pochodzenia [pojawia] się raptem, tatarski osobnik z tatarskimi fizycznymi cechami w twarzy. Jako dziecko oskrobywałam mech z nagrobków, na których widać było resztki wyrytych arabskich napisów, na cmentarzyku wśród pól, w okolicach Sokółki" (1977).
Badaniami Macieja Konopackiego żywo interesował się zaprzyjaźniony z nim Tytus Karpowicz. W roku 1965 pisał do Macieja:
„Drogi Przyjacielu! …Niech Pan pisze więcej o tym, głębiej i szerzej!! Mnie brak   opisu charakteru polskiego Tatara. O ile się zmienił w stosunku do orientalnego; duch, ciało; jaki typ w ogóle można nazwać Tatarem „klasycznym"- czy istnieje takowy? Niech Pan się prędzej z tym ruszy, bo pasja ogarnia mnie, i ja sam się zabiorę do studiowania i prób w tym ciekawym temacie".
I tak przez całe swoje życie tkwi Maciej  „w tym ciekawym temacie".


(poniższy tekst jest fragmentem przygotowywanej książki zatytułowanej „Maciej Konopacki – udręczenie tatarskością"- część rozdziału „Ludzie- o tych, którzy odeszli")




Przypisy
[1]. Nad Ponarami, gdzie zginęło ok. 100 000 ludzi była zasunięta zasłona milczenia, podobnie jak w przypadku Katynia (ze względu na udział w prześladowaniach kolaboracyjnych oddziałów litewskich).   Przez lata o pamięć o Panarach walczyła zaprzyjaźniona z Maciejem Helena Pasierbska, pedagog, żołnierz Armii Krajowej, więzień Łukiszek w Wilnie, publicysta i dziennikarz (członek SDP). Znana przede wszystkim jako autorka publikacji dokumentujących martyrologię Ponar (w jednej z nich umieściła zdjęcie Muni): „Ponary – największe miejsce kaźni koło Wilna (1941-1944), Warszawa, 1993" ; „Ponary i inne miejsca męczeństwa Polaków z Wileńszczyzny w latach 1941-1944", Łowicz 2005, Założycielka i prezes (do śmierci-marzec 2010) Stowarzyszenia „Rodzina Ponarska", por. http://mariuszromangdy.blogspot.com/2009/11/ponary-wilenska-golgota.html; stan na dzień 24.09.2012

[2]. Ogromne wrażenie zrobiła na nas (na Macieju i mnie) książka, album, Moniki Bułaj (niezależna fotograficzka, pisarka i autorka filmów dokumentalnych), zatytułowany „Boży ludzie. Podróż po kresy Europy" (Olszanica 2011), przedstawiająca mniejszości etniczne i religijne, stąd użyłem tego określenia będącego tytułem książki.

[3]..Kilkudziesięcioletnia znajomość i przyjaźń z Anną i Jackiem Kajtochami. Anna Kajtoch nazywała Macieja „Bratem z plemienia" a on ją „Siostrą…". Anna Kajtoch poświęciła Maciejowi wiersz zatytułowany „Ponad" (2008), wspomina także o Macieju w książce „Tamten brzeg", Kraków 1993, s.207-208

[4].Nazwisko Abłamowicz występuje w „Herbarzu rodzin tatarskich w Polsce" Dziadulewicza: „Przodkiem jej był jeden z licznych Abłamów , zapisanych w lustracji 1631-go roku jako trudniących się w Mińsku furmaństwem. Pochodzenia zapewne nogajskiego, z jeńców wojennych. Podobnie jak wszyscy tatarzy z tej klasy, rodzina omawiana dopiero od roku 1831-go może korzystać z praw przysługujących wszystkim muślinom litewskim, których wyznanie stało się dowodem szlachectwa" (Wilno 1929, s 33[5]).

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież