Elżbieta Stankiewicz – Daleszyńska - CIENIE W CZAPCE MONOMACHA I KAPELUSZU BORSALINO

PANI EGUCKA mieszkała – pomieszkiwała w różnych domostwach : w przytulnym DOMU – SZKOLE, w którym według Stasi od św. ZYTY były DUCHY których nie było ; w zrujnowanym starym dworku na ECE pełnym zdziczałych kotów ; w pałacu panów von HOFF, gdzie w tajemniczych tunelach ścian grasowały nocami szczury ; w akademikach, w których w latach pięćdziesiątych panował taki rygor moralny, że studenci przebywający żeńskim jego skrzydle, pozostawiali u portiera legitymację i mogli tam przebywać jedynie godzinę, i to tylko oczywiście za dnia ! Jednak najdziwniejszym domem okazał się być ten apartamentowiec na Sołaczu, który śmiało można było nazwać DOMEM – REZONATOREM: ten dom, to było prawdziwe urządzenie służące do wzmacniania dźwięku – niczym dno fortepianu, albo pudło skrzypiec. PANI EGUCKA podejrzewała nawet, że to SZALONY KNIAŻ – no, ten ISTNY w KAPELUSZU BORSALINO, za sprawą jakichś dostępnych mu piekielnych mocy prześladuje i tutaj PANIĄ EGUCKĄ i każdy najmniejszy nawet wiaterek na dworze, przetwarza za pomocą tego REZONATORA w prawdziwą kakofonię dźwięków ! A cóż to się tu dawało słyszeć, kiedy na dworze szalała prawdziwa wichura !!! Piekło !
Ileż to razy PANI EGUCKA musiała sobie powtarzać :
- To tylko wiatr… wiatr i deszcz… ta śpiewająca deszczem schodowa klatka z przeszklonym dachem… wsłuchując się w te jęki z zaświatów ?! SZALONY KNIAŹ mógł sobie po tym domostwie, ze swoją zgrają potępieńców grasować, na PANI EGUCKIEJ to wrażenie nie robiło – zrobiło…

Zresztą: miewała już swoje przeprawy z wichurami – ZUPEŁNIE ? NIEZUPEŁNIE jak Farys; nieraz czyniły prawdziwe zamieszanie w jej życiu, wprowadzały ją w pomieszanie… ale to właśnie moc poetyckich fraz Farysa utwierdziła ją – jeszcze wówczas dziewczynkę z cienkimi warkoczykami w jej pedagogicznym liceum – że warto dokonywać prób zapanowania nad rozwichrzonym światem poprzez stałe zmniejszanie jego ENTROPII, której nagłym wzrostem na świecie w 1939 roku, tak bardzo przejmował się w OWIE jej ojciec; no, bo czymże jest wichura w dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu, jak nie owej ENTROPII wzrastaniem ! Wzrostem entropii również naszego UKŁADU, bo i my takim układem być możemy, jeśli poddamy go obserwacji, np. w czasie miotających nami emocji ! – tłumaczyła dość zawile swemu poloniście PANI EGUCKA, twierdząc, że Adam Mickiewicz był zbyt wielki, aby opisywać jakąś banalną – choćby nawet największą – denerwowała się – ale: BANALNĄ wichurę !
- Huragan na pustyni ?! Bzdura ! KICZ ! – wykrzykiwała PANI EGUCKA przed nosem polonisty – siedziała w pierwszej ławce, tuż przed katedrą profesorską – bez respektu dla jego pięknie skrojonego klasycznie nosa, w którym się kochała cała żeńska cześć szkoły, ale nie PANI EGUCKA, no bo czyż można się zakochać w NOSIE – ubolewała. 

- Panie profesorze – wyrzucił z siebie gwałtownie siedzący za PANIĄ EGUCKĄ jej klasowy kolega – Patrzałek, ten któremu zawsze śmierdziały przepocone skarpetki. – Ta ICZÓWNA bredzi… jakiś KICZ ?  Powinno być chyba : BICZ, a w ogóle – gdzie tu jest WALKA KLAS ? Hę ? GDZIE – pytam.

Klasycznie skrojony nos profesorski z obrzydzenia do owego skarpetkowego smrodku przesunął się wraz z krzesłem bliżej tablicy, byle jak najdalej od owego Patrzałka i zwrócony w stronę rozwartego okna skąd napływało świeże powietrze, wciągał je z lubością.
- Proszę kontynuować swoją wypowiedź – ICZÓWNA – usłyszała PANI EGUCKA łaskawie.
Tym razem PANI EGUCKA się zwróciła w stronę Patrzałka :
- Patrzałek ! Błagam cię, przeczytaj choćby W PUSTYNI I PUSZCZY, to zrozumiesz, co to PUSTYNIA ! WALKA KLAS na pustyni !!! Na PUS – TY – NI – wyskandowała PANI EGUCKA, wykopując śmierdzącą stopę Patrzałka, bo wsunęła się pod jej ławkę.
- Ale: AD REM – rzuciła ze swobodą dziadka ICZA herbu Mogiła a nawet TRZY – walka Farysa, to walka każdego z nas, kiedy tak trzeba nam przebrnąć poprzez własną pustynię w jaką wpędza nas LOS, gdy się staje HURAGANEM – poprzez własną pustynię ! – ekscytowała się PANI EGUCKA. – I żeby tylko przejść ! – rzuciła wyzywająco. – Żeby nie zginąć, to trzeba taką pustynię samemu pokonać – tę, która w nas tkwi i nas pustoszy… próbuje pustoszyć – dodała już spokojniej. – NADINTERPRETACJA ? Skąd ! I niech tam sobie HURAGAN Z AFRYKAŃSKICH PIERWSZY WICHRZYCIELI PRZECHADZA SIĘ SAMOTNIE WŚRÓD ŻWIRU TOPIELI ! Tylko to mu pozostało, nam trzeba zawsze wołać: - PĘDŹ LATAWCZE BIAŁONOGI LASY Z DROGI, GÓRY Z DROGI ! Zawsze się przecież znajdzie jakiś rumak – TRZECIE OKO mi to podpowiada – który nas uratuje ! I o to ratowanie nam przecież chodzi – ratowanie własnej osobowości ! Zawsze czytając coś idę w swoją stronę, ta sama książka, a każda czyta ją inaczej ! Dla Patrzałka będzie to jego WALKA KLAS, dla mnie zwycięstwo nad samą sobą. Jeden DO LASA, drugi DO SASA… - dodała enigmatycznie.
- Więc  jest ta WALKA KLAS czy nie ? – dopytywał z chytrą miną Patrzałek.
- To zależy WYŁĄCZNIE od ciebie – parsknęła śmiechem PANI EGUCKA.
- OOooo ! – wykrzyknęła radośnie, bo polonista pochylił swój klasycznie skrojony nos nad dziennikiem i przedwojennym PARKEREM – wypisz wymaluj: ojcowskim – wykaligrafował pod jej nazwiskiem w dzienniku lekcyjnym ocenę BARDZO DOBRĄ.
- Jak każden widzi swoje, to i o swoje walczy – to jest ta moja WALKA KLAS – zawistnie wysyczał Patrzałek, stając za plecami kaligrafującego profesora – przedwojenna szkoła ! Któż dziś potrafi kaligrafować – i się przyglądając tej, kolejnej zresztą, najlepszej ocenie PANI EGUCKIEJ, ale zabrzmiał dzwonek na przerwę i Patrzałek łapczywie się wgryzł w ogromną pajdę chleba z tak pachnącym cebulką smalcem, że PANI EGUCKIEJ naraz z głodu się zakręciło w głowie: GALARETA wydzielał w domu żywność i PANI EGUCKA bardzo rzadko znajdowała kawałek chleba na drugie śniadanie w torbie.   
- Właśnie jestem na pustyni – powiedziała półgłosem do siebie – a na pustyni nie ma pożywienia… no, czasami MANNA spada z nieba ! – wykrzyknęła radośnie, bo koleżanka podała jej paczuszkę opakowaną białym pergaminem : jak to jedynaczka, córka poznańskiego ordynatora w jednym ze szpitali, jedzenia miała w bród, ale i trochę wyobraźni, by pojąć co czują ludzie przedzierający się poprzez tę swoją pustynię.

Tak… - z dumą rozmyślała PANI EGUCKA odstawiając niedopitą filiżankę z czekoladą na nocny stoliczek – to ten wiersz, te jego słowa uratowały jej wyprawę na Kronsztad, wtedy – w tym Sankt Petersburskim Leningradzie. Krążyły słuchy, że na Kronsztad INOSTRANCOM NIELZJA, ale w OBSZCZEŻYTIE pomieszkiwali także Estończycy – wyglądający przecież z polska, z europejska – tacy ŚWIATŁOWŁOSI, toteż sanktpetersbursko – leningradcy profesorowie machnęli ręką i pozwolili się Polakom dołączyć do wycieczki Estończyków. Oczywiście, kto tam z Polaków zechce.     
PANI EGUCKA natychmiast zechciała – Kronsztad ! Pomnik Piotra I zobaczy ! Wielkiego ! Zobaczy te jego fortyfikacje, a także miejsce, gdzie w 1917 roku władze w swoje ręce ujęli marynarze – zaprowadzili tam taki ład moralny, że aż wyrzucili z Kronsztadu wszystkie prostytutki i wszystkich złodziei ! Nie było mowy o tym, by nagie paginy i takież fiuty panoszyły się na każdym kroku, o każdej porze nie tylko nocy, ale i dnia (!) – oczywiście !   w Telewizorni – do obrzydliwości ! Jak teraz ! Deprawując najmłodszych.
Tak – nie było mowy o tym, by te nagie paginy i fiuty panoszyły się na każdym kroku i nadawały sens wyuzdanemu życiu, jakby nie było jasnym jak słońce, że każdy Człowiek w swej wrodzonej – a przez Sumienie dyktowanej WSTYDLIWOŚCI, swe przyrodzenie zakrywa. GRZECH – rzecz LUDZKA – BEZWSTYD – diabelska. Jakież to ciekawe, że to właśnie marynarzom, którzy ponoć w każdym porcie figlują, te nagie paginy obrzydły.

PANI EGUCKA ponownie upiła łyk trochę zbyt słodkiej czekolady i powróciła do swej podróży na Kronsztad : tak, była jej ciekawa, tej morskiej podróży poprzez burzliwe wody Zatoki Fińskiej, które – jak czytała – napastowały dziewiętnastowiecznych podróżników, nieomalże o każdej porze roku, a przecież podróżnikami bywali ludzie w podróżach zaprawieni, ba, nawet młodzi kawalergardzi z pułku Mikołaja I, jak ów osławiony d’ Antes – nieszczęśnik, który w pojedynku stał się zabójcą Aleksandra Siergiejewicza Puszkina ! Jego przybrany ojciec, holenderski poseł i minister Jakob wan Heeckeren, jego przyjaciel hrabia Bray… - wszyscy oni się przeprawiali przez Fińską Zatokę na Kronsztad, a nawet, jak hrabia Bray – Heeckerena, odprowadzali wyjeżdżających.
PANI EGUCKA zapamiętała te opisy, szalonych pogodą podróży, z czytywanych listów: hrabiego Brayana do matki i d’ Antesa do przybranego ojca.
Hrabia Brayan pisał wyraźnie, że odwiózł na Kronsztad Heeckerena, bo ten się udawał do Baden – Baden i że w drodze powrotnej rozszalała się taka straszliwa burza, że wszyscy musieli wykonywać pracę zwyczajnych marynarzy, choć nie byli do tego przygotowani ! To dopiero ! Może PANI EGUCKA też będzie musiała sprostać takiej pracy.
A jak zareaguje jej organizm ? D’ Antes w swym liście do przybranego ojca dopytywał przecież, czy choroba morska nie sprawiała mu zbyt dużych cierpień, informując jednocześnie, że ów hrabia Bray, gdy pogoda na środku zatoki – w czasie tej powrotnej podróży stała się jeszcze gorsza i bardziej – jak to określił – MALOWNICZA, nie wiedział do jakiego świętego się ma zwrócić i zaraz nam przypomniał nie tylko ten obiad który zjadł wcześniej na pokładzie, ale również to wszystko, co pochłonął w ciągu ostatnich ośmiu dni,   a towarzyszyły temu okrzyki w wielu językach i jęki w wielu tonacjach.
PANI EGUCKA z tą swoją wyćwiczoną na wzorach chemii organicznej pamięcią, odtwarzała teraz – ku przestrodze ? – ten fragment listu z pamięci; tym bardziej, że bardzo ją rozśmieszył : łatwo się śmiać, gdy morskie choroby się nas nie imają !

Choć tamte szaleństwa pogody przypadały na maj – osiemnasty 1835 roku – a teraz był październik – dwudziesty 1990, to teraz też ta potworna wichura całą noc miotała Sanktpetersburskim Leningradem, a mroźny, na wskroś przenikający wiatr graniczył z huraganem – nie, nie AFRYKAŃSKIM, raczej z ARKTYCZNYCH pierwszych wichrzycieli, sypiąc ludziom w oczy nie pustynnym żwirem, a bijąc po oczach lodową śnieżycą.

LIGOWSKI PROSPEKT wyludniony, ukazywał rzędy domów – pałacy w opłakanym stanie : opustoszałe, z powybijanymi szybami, tłukły pustymi ramami okien i steranymi naderwanymi rynnami.
PANI EGUCKA spoczywała – jak teraz tu, w Poznaniu – w ciepłym łóżku OBSZCZEŻYTIA, wstrząsana nie dreszczami, z zimna, ale potwornymi kurczami żołądka i choć na ból wytrzymała – mało to razów spadło na nią z rąk GALARETY – czuła, że tym razem ten ból ją pokona i pokrzyżuje jej zamysł udania się na Kronsztad : nigdy już zapewne nie zobaczy pomnika kronsztackiego Wielkiego Piotra – PITRA, jak mawiali Leningradczycy – nie przepłynie Fińskiej Zatoki ! – rozpaczała.

- Wszystkiemu winien ten brud i te kuchenne zapachy przyprawiające o mdłości co wrażliwsze żołądki – poskarżyła się sama sobie PANI EGUCKA, próbując jednocześnie podnieść się z łóżka, ale była tak słaba, że zatoczywszy się ponownie na nim przysiadła.

- Może to te komary leningradzkie zaraziły mnie jakąś arktyczną febrą, no bo chyba nie dżumą ani cholerą – rozważała, bo nowy skurcz szarpnął jej wnętrznościami.
- Za chwilę chyba zginę – czytałam ! taką powieść o ludziach ginących na cholerę – całkiem zdrowy, gdy naraz ! jeden SKURCZ, odwodnienie, tarzanie się w odruchach wymiotnych, człowiek szarzeje jak popiół… i GINIE. Mam zapewne taką odmianę cholerycznej CHOLERY – zapewniała samą siebie PANI EGUCKA spoglądając z  przerażeniem na ogromnego komara, który ni stąd ni z owąd wbił się w jej nogę : nie krążył jak przyzwoity polski komar całymi minutami nad swoją ofiarą, ostrzegając brzęczeniem, że JEST, że zaraz delikwenta ugryzie, że wyzywa go na pojedynek do walki – albo on, albo jego ofiara… Ten Sanktpetersbursko – leningradzki komar bez pardonu zwalał się z góry na upatrzony fragment ludzkiego ciała i nim ofiara zdołała się obronić, może nawet go unicestwić, nażarty i opity ludzką krwią zaszywał się w kąt pokoju. Zbyt późno PANI EGUCKA zrozumiała dlaczego okna Sanktpetersburskich Leningradczyków przesłaniała – miast firanek – gęsta gaza opatrunkowa, toteż przez jej rozwarte na oścież okienko OBSZCZEŻYTIA, te łaknące krwi wampiry powłaziły… taaak ! To jest TO !
Naraz PANI EGUCKA się zbuntowała – sama przeciw sobie.
Jak to ! Ona – PANI EGUCKA, która całe życie wierzyła, że hasło które sobie wymyśliła       ( PIĘĆ PLUS JEDEN JEST TRZYNAŚCIE, więcej pechów nie będzie ! gdzie to JEDEN, to była oczywiście śmierć ojca ) chroni ją od wszelkiego zła, nie odbędzie podróży na Kronsztad tylko dlatego, że ugryzł – Stasia by powiedziała : UŻARŁ – ją jakiś szalony komar – może wcielenie jakiegoś żarłocznego cara nasłanego na nią przez ten fantom w kapeluszu borsalino co to się stale koło niej kręcił, tylko dlatego zapewne, że potomkinią wielkiej księżnej twerskiej – JULIANY – jest ?! Mało to komarów, no trochę mniej żarłocznych, ale ! komarów, pożerało ją na bagnistym terenie Wirenki w parku pana von Hoff, gdy swoje walki staczała z ową krową – NIEMRĄ, do której musiała przemawiać po niemiecku, bo tylko ten język to krówsko znało ? WYKLUCZONE !!!
Zebrawszy siły,  PANI EGUCKA się śpiesznie ubrała… jeszcze palto, fedora ?? Tak – wrzuciła na nią jedwabną chustkę i energicznie podwiązała ją pod brodą: ruszyła na spotkanie z huraganem.
Tuż za rogiem Ligowskiego wiatr zerwał jej z głowy i szal, i kapelusz, ale PANI EGUCKA go odzyskała, gdyż z refleksem przydepnęła go stopą.
Kapelusz schowała do torby, chusteczkę mocno okręciła wokół głowy – tak jak robiły to tutejsze babuszki – w  samą porę, bo wiatr który na moment złagodniał w swej sile, powrócił z taką gwałtownością, że PANI EGUCKA z najwyższym trudem przedarła się przez jego, napierające na nią, zwały.
Dotarła do nadjeżdżającego autobusu linii 44 i zdołała jeszcze, opadając na poły omdlała na siedzenie, zażartować dla kurażu : 
- KREW JEGO DAWNE BOHATERY A IMIĘ JEGO CZTERDZIEŚCI I CZTERY.
Pojechała aż za Newę, na przystań gdzie była zbiórka uczestników tej – może już stojącej pod znakiem zapytania – wycieczki, skąd wodolotem mieli się udać na Kronsztad.
Podszedł do niej Fredek, który już tu przybył i czekał na polską grupę, informując – nieomal uniżenie – PANIĄ EGUCKĄ, że na przystani podano do wiadomości, iż pogoda jest sztormowa i wszystkie rejsy na Kronsztad odwołano.
PANI EGUCKA wraz z całą polską grupą – wszyscy skuleni, przytrzymujący rękoma odzież by się nie stała igraszką wichury – sunęła teraz ulicą poprzez Sankt Petersbursko – leningradzki ranek, przy akompaniamencie tłukących się szyb i spadających na ulicę blach opierzenia.
Ukryli się za zakrętem kolejnej ulicy, osłaniani od wiatru murem jakiegoś domostwa, by się naradzić : co dalej.
Trzynaścioro uczestników postanowiło wracać do OBSZCZEŻYTIA, na szczęście dwanaścioro – nie TRZYNAŚCIORO, tego by PANI EGUCKA nie zniosła, zważywszy jej złe relacje z trzynastką – wraz z PANIĄ EGUCKĄ postanowiło z wycieczki nie rezygnować i dotrzeć na Kronsztad innym środkiem lokomocji ; należało się przedrzeć poprzez wichurę do metra i metrem dojechać do Bałtyckiego Dworca, by stamtąd – godzinę pociągiem elektrycznym  - nad Zatokę Fińską.
Tak zrobiwszy, po wzburzonych wodach Zatoki Fińskiej popłynęli statkiem na Kronsztad.

- Ani śladu cholerycznej CHOLERY – zdumiała się PANI EGUCKA, bowiem owe udręczające ją sensacje żołądkowe natychmiast ustąpiły, gdy tylko PANI EGUCKA się znalazła na pokładzie statku. Może były natury psychicznej, bo gdy zachwycił ją żywioł napędzanych wichurą wód zatoki, zapomniała o dolegliwościach – skurcze ustąpiły – odwrotnie niż u tego nieszczęśnika, hrabiego Bray.
Stała na pokładzie i rzucała słowa swego ulubionego wiersza na wiatr – tego, którego ją uczyła Gertruda – Żanna – NA IZUS. 

BIELEJET PARUS ADINOKI
W TUMANIE MORJA GOŁUBOM
CZTO ISZCZET ON W KRAJU DALOKIM
CZTO KINUŁ ON W KRAJU RADNOM
IGRAJET WIETER MACZTA GNIOTSA…

W tym miejscu wichura wyrwała z jej pamięci kolejny akapit wiersza, bo silnie pchnąwszy, przyparła do poręczy pokładu, ale PANI EGUCKA otrząsnąwszy się z tej nagłej na nią napaści, rzuciła wyzywająco :            

UWY ON ŚCZASTIJA NIE ISZCZET
I NIE OD ŚCZASTIJA BIEZIT…

Znowu wicher ukradł jej kolejny werset, więc szybko zakończyła :

A ON MJATIEŻNYJ PROSIT BURY
KAK BUDTO W BURJACH JEST PAKOJ !

Płynęła zatem statkiem i choć wody były burzliwe, bo huragan się stale wzmagał i wielu pasażerów zaczęło doznawać – jak ów hrabia BRAY – żołądkowych sensacji, to PANI EGUCKA miała się coraz lepiej – nieomal świetnie, powróciła pełnia sił ! Była stworzona do morskich podróży, w ramionach rozkołysanych wód, czuła się jak dziecko w ramionach piastunki.

Wiatr nad Zatoką Fińską się wyciszył ; na pokładzie było prawie przyjemnie choć oczywiście – bardzo zimno, ale tu przecież nie ta szerokość geograficzna co w Nicei : nie, tu się nie leżało pod słonecznym parasolem na rufie, leniwie się wpatrując w rozbryzganą koronkę białej piany morskiej jaką pozostawiał za sobą transatlantyk ODESSA, ową bielą jeszcze bardziej unaoczniając błękit ? turkus ? szmaragd ? – południowego, choć niby to z nazwy CZARNEGO morza.
To wody Zatoki Fińskiej były CZARNE, ale tą niezwykłą czernią jakiejś przepastności, która wciąga w niebyt.
Wody Zatoki były CZARNE, jak czarny CIEŃ na rufie… CIEŃ ?! Jaki tam CIEŃ – toż to człowiek w KAPELUSZU BORSALINO wciśniętym po oczy… po uszy… Patrzył na PANIĄ EGUCKĄ tak nienawistnie, że gdyby wzrok mógł zabijać, PANI EGUCKA leżałaby martwa na podłodzie, jak te SIEDEM TRUPÓW W WANNIE z powieści czytywanych przez Stasię. Tylko, że ten OSOBNIK ? może jednak : tylko CIEŃ, nie miał żadnych szans w walce z PANIĄ EGUCKĄ… ta jej ŻMUDZKA SZLACHTA ! ICZE herbu MOGIŁA ! Już tam oni wiedzieli, jak mu się do skóry dobrać. – zaśmiała się PANI EGUCKA, ocierając bryzgi fal z twarzy.

CIEŃ gdzieś się naraz rozpłynął, zapewne zdziwiony, że PANI EGUCKA taka odważna na tym pokładzie, że nie ucieka.
- Stchórzył – ustaliła PANI EGUCKA – zatem wie, że jestem SILNA… CHRONIONA… nie wie, że jestem wyposażona w TRZECIE OKO – rzuciła na wiatr.

Dotarła z całą grupą pasażerów szczęśliwie na KRONSZTAD. Nic takiego się nie działo, normalne zwiedzanie, dość spokojne, bo wichura rzuciła jej, wraz ze swym ostatnim porywem w twarz garść szczerozłotych liści, takich samych, jak jesienne liście w parku pana von HOFF : pełno tu było tych zazłoconych liści, zasypały cały KRONSZTAD – jego fosy pozostałość po dawnej fortyfikacji.
Wichura, jak ów CIEŃ ukryła się gdzieś na upatrzone z góry pozycje w tym FORCIE, zresztą PANIĄ EGUCKĄ też skryło wnętrze jakiejś budowli – dawnego monasteru, pięknego malowidłami ściennymi, a nawet IKONAMI, ale teraz przerobionego na jakiś magazyn wojskowego sprzętu.

Tego wnętrza pilnowała – jak zwykle – jakaś BABUSZKA (ależ te BABUSZKI były tu pracowite ! ) mile się do PANI EGUCKIEJ, takiej białej i ŚWIATŁOWŁOSEJ uśmiechając :
- Siewodnia mnogo Estończyków – rzuciła, bo uznała, że PANI EGUCKA to Estonka – profesorskie fortele się udały.

PANI EGUCKA pożegnała wpatrzonego w wody Zatoki spiżowego Piotra pierwszego WIELKIEGO – rozumiała to jego zapatrzenie – też kochała od dziecka wodę, bo nawet kiedy Gertruda – Żanna pojechała ze swymi dziećmi w czasie letnich wakacji, nad swą głębią straszne, polodowcowe jezioro w Lusowie – w OWIE wód nie było, ot nędzy stawek, w którym latem się pławiło bydło – nieomal natychmiast nauczyła się pływać, grasując po tych wodach ku przerażeniu Kseni, która wody i fryzjera, bała się jak ten ISTNY święconej.

Tak, to ciekawe, że tak ten żywioł Piotra Pierwszego pociągał : gdybyż, otchłani morskich nie kochał, nawet jego wielkomocarstwowa polityka poszłaby w innym kierunku, a tak… PORTY budował – a budując je pracował na równi z portowymi robotnikami, bez żadnej tam taryfy ulgowej, w strasznych warunkach – widocznie, jak palenickie chłopaki, też się urodził z młotkiem w carskiej dłoni, choć tam tę swoją głowę CZAPKĄ MONOMACHA wywyższył, zwieńczoną KRZYŻEM wspartym na rubinie wielkości kurzego jaja chyba ! rok to ci był 1682, a już w 1703 roku SANKT PETERSBURG budować rozpoczął : na bagnach, na moczarach, by już w 1721 roku posiąść na południowym wybrzeżu Bałtyku wszystkie szwedzkie posiadłości.

- ZAWDY człowiek umiera od tego, co tam najwięcej ukochał – mawiała Stasia kiedy zmarł stary Ignaszczak, kopnięty w stajni w skroń, przez swego ukochanego siwka, no i proszę ! Piotr Pierwszy także : zmarł dzięki przygodzie z WODĄ – rozważała PANI EGUCKA już w drodze powrotnej na promie.
- Jak to było ? – zapytała samą siebie. – Było pewnie tak zimno jak dziś, bo to też była Sankt – petersburska jesień. Car spacerował brzegiem Newy, kiedy zauważył, że na Newie tonie łódź pełna żołnierzy !
Bez namysłu się rzucił w odmęty lodowatej rzeki, by ich ratować. Ten bohaterski zryw był początkiem końca tego niezwykłego, choć nie zawsze godziwego życia ! – zważywszy, że wydał na tortury własnego syna, a nawet przy tych torturach asystował : carewicza Aleksego – wzdrygnęła się z przerażenia PANI EGUCKA. Jak łatwo przelewali carowie krew, nawet, a może ZWŁASZCZA ! swojej rodziny.
Wicher ucichł ; spokojny chłodny jesienny wieczór powitał PANIĄ EGUCKĄ znowu w Sanktpetersburskim – Leningradzie. Uczestnicy wycieczki zadowoleni wracali do OBSZCZEŻYTIA, nareszcie do syta najedzeni : na KRONTADZIE, gdzie w wojskowych kantynach nie obowiązywał żaden PREPUSK, można się było najeść do syta – AD LIBITUM – PANI EGUCKA, z wysokiej osadzonej w srebrnym ażurowym koszyczku o wschodniej ornamentyce szklanicy, wypiła cierpki czarny czaj, nawet lepszy niż jej ulubiona angielska herbata z BŁĘKITNYM SŁONIEM, no i w drodze powrotnej nie dostrzegła na pokładzie – ulubionego miejsca jej morskich podróży – żadnego CIENIA w KAPELUSZU BORSALINO… ach, ten jego żołądek – zaśmiała się PANI EGUCKA nieco zjadliwie – zapewne wypadł za burtę ! Gdyby był człowiekiem, to kapitan na pewno dałby sygnał:
- CZŁOWIEK ZA BURTĄ ! – a PANI EGUCKA, niczym PIOTR PIERWSZY, rzuciłaby się w odmęty fal Fińskiej Zatoki, ale… widocznie CZŁOWIEKIEM nie był : zatem – KIM ? 



Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież