Łukasz Prus - Modus vivendi (1)


1

Zamłynie nocą przeraża. Rozsypane bez planu niskie i wysokie bloki, szare mury, walące się dachy starych kamienic, ciasne przejścia, trzepaki, krzywe chodniki. Tylko zimowa pora sprzyja tej okolicy. Kiedy ostry mróz wykurza spod klatek i z bram grupki pijaków i mętów, a przekleństwa i krzyki milkną, żeby z początkiem wiosny wybuchnąć na nowo, mieszkańcy parterów mogą spać spokojnie. Zima sprawia, że można wybrać się tam na spacer. Przejść pomiędzy blokami, wzdłuż zwałów śniegu i przyjrzeć się rozświetlonej wśród mroku bazylice. Tylko jej zielony, strzelający w niebo dach przypomina, że Bóg nie opuścił Zamłynia.
Minęła dziesiąta, gdy w dostawionych do budynku plebanii salkach gasły ostatnie światła. Hubert wyszedł na zewnątrz i po łydki utonął w śniegu. Było mroźno, wietrznie i ciemno, bo rzadko świecą latarnie wzdłuż Głównej. Ubrany w cienką kurtkę, bez czapki, zarzucił gitarę na ramię i pomyślał, że lepiej potruchta do domu.
– Hubert, idziesz w tamtą stronę? – zadane przez Magdę pytanie pokrzyżowało ten plan.
Odwrócił się i spojrzał na od stóp do głów opatuloną dziewczynę. Widział tylko malutki nos i oczy. I tym oczom nie potrafił odmówić.
Ruszyli wzdłuż Głównej. Magda z wdziękiem omijała zaspy i okuwające chodnik płaty lodu. Opowiadała o tym, jak pięknie, rzeczowo i konkretnie ksiądz omówił dotyczący piątego przykazania fragment kazania na górze. Hubert raz po raz chwytał ją za ramię ratując w ten sposób od upadku.
– Chyba gdzieś tutaj mieszkasz? – zapytała, kiedy mijali miejsce, gdzie bloki przechodziły w małe, wolnostojące domki.
– No ta – spojrzał w prawo i zobaczył ciemne okna swojego domu. – Tam dalej trochę – skłamał. – Ale odprowadzę cię na przystanek. Późno już!
Wstyd mu było pokazać, w czym mieszka. Ten wciśnięty pomiędzy dziesięciopiętrowe bloki drewniak. Jakby przyrosła do bocznej ściany szopa. I najgorsze – latryna pod wysokim, popękanym pniem jabłoni, która zawaliła się podczas ubiegłorocznej wichury. W domu nie było toalety. Kiedy siedział nad pałającą odorem kloaką, przez szpary w starych deskach widział przemykających ulicą ludzi. Załatwiał się wyłącznie nocą.
Odprowadził dziewczynę i zmarznięty na kość wrócił do ciemnej chałupy. Niewiele cieplej było w środku. Węgiel skończył się kilka dni temu i dopiero jutro miał go dokupić. Przeszedł przez pokój, w którym spał, z pewnością nietrzeźwy, ojciec i znalazł się w maleńkim, dwa na dwa pokoiku, który dzielił ze starszym bratem. Na szczęście nie było go w domu. Ucieszył się nawet i pomyślał, że będzie mógł spokojnie pograć.
Usiadł na łóżku, wyjął gitarę i zaczął uderzać w pojedyncze struny. Zesztywniałe z zimna palce początkowo nie chciały go słuchać. Po kilku minutach dopłynęła do nich krew i pokój wypełniła smutna melodia „Listu do M". Grał cicho, powoli, ostrożnie, żeby nie obudzić śpiącego za ścianą ojca szeptał słowa piosenki, która pozwalała mu uciszyć tęsknotę za matką. Grał ją kilka razy. Dopiero, kiedy ból nie pozwalał mu na przyciskanie strun, odłożył gitarę. Wyciągnął się na łóżku i dmuchając na pocięte do krwi palce, zasnął w ubraniu.

2

Kilka minut przed dziewiątą pani Helena wyszła z łazienki. Przygotowana do snu, w narzuconym na nocną koszulę szlafroku przeszła do jedynego w mieszkaniu pokoju. Odsunęła krzesła i na jego miejsce położyła dużą, puchowa poduszkę. Uklęknęła i opierając łokcie o blat stołu włączyła telewizor. „Maryjo, Królowo Polski…" – śpiewała zapatrzona w ekran. Wciąż klęcząc wysłuchała paulińskich rozważań, a następnie przeskakując palcami po paciorkach różańca połączyła się w modlitwie ze zgromadzonymi na Jasnej Górze pielgrzymami. Później wstała, ucałowała wiszący nad łóżkiem złoty krzyż i, jak co wieczór, zasnęła.
Przebudziła się chwilę po piątej. Tyle dziś miała do załatwienia! Lekarz, targ, kościół, za chwilę Marysia przyjdzie, kościół, lekarz – zsuwając się z łóżka wyliczała w myślach pani Helena. Zarzuciła na siebie szlafrok i znów upadła na kolana. Przy łóżku tym razem. Oparła o nie stare, zesztywniałe ciało i „Kiedy ranne wstają zorze" odśpiewała półgłosem.
Pół godziny później, kiedy była już gotowa zmierzyć się z nadchodzącym dniem, zadzwonił dzwonek.
– No chodź, chodź! – wciągnęła sąsiadkę do środka. – Broń cię Boże butów ściągać! Siadaj, siadaj, już herbatę zalewam.
Gospodyni zniknęła w kuchni. Pani Maria nie posłuchała jej zalecenia i zamiast do fotela, podeszła prosto do popeerelowskiej meblościanki. Zaczęła przyglądać się znanym już sobie na pamięć bibelotom i zdjęciom. Na samej górze oszklonych drzwiczek regału ładny starszy pan z chmurnym czołem i ciemnym wąsem w policyjnym mundurze – maż Heleny, nieboszczyk. Niżej młody mężczyzna. Syn, jedynak. Dobrze zapowiadający się prawnik. Jego twarz sprawiała wrażenie, że należy do poważnego człowieka. Krótko przystrzyżone włosy, kruczoczarne po ojcu, przebijające spod okularów przenikliwe spojrzenie. Wszystko to spięte pod szyją bordowym krawatem. Poniżej dwie młode dziewczyny, urocze, roześmiane blondynki. Wnuczki, najmłodsze pokolenie rodziny. Poza tym regał przeładowany był obrazkami i figurkami Matki Boskiej w różnych wcieleniach, innych świętych, a także pocztówkami i pamiątkami. Ściany wydawały się być przedłużeniem regału. Obrazki i obrazy, papieża i księdza Popiełuszki, Matki Boskiej, krzyże, Chrystus Miłosierny i Chrystus Frasobliwy. Całkiem już zdewociała pani Helena.
– No, prędko, prędko! – zawołała, stawiając na stole tackę ze śniadaniem. Były na niej dwie szklanki parującej herbaty i kilka kanapek z białym serem i miodem.
Sąsiadka usiadła do stołu i zabrała się do jedzenia.
– Po siódmej zara będzie! – mówiła z pełnymi ustami. – Żebyśmy do doktora się nie spóźniły!
– Później na targ, tutaj nad rzeczkę, jeszcze zajdziemy. Mam na dzisiaj mięso umówione.
– O, dobrze! To i ja od razu se włoszczyzny na niedzielę wezmę.
– Dobrze, żeś Mania przypomniała. Ja też muszę. A później, wiesz, że nasza dzisiaj kolej na strojenie ołtarza? Do kwiaciarni trzeba iść wcześniej.
Tak sobie gawędziły przy śniadaniu. W ciągu pół godziny na dworze zrobiło się całkiem jasno i wyszły, żeby załatwiać swoje sprawy w przysypanym śniegiem Radomiu.


3

Ktoś ciężko pukał do drzwi. Hubertowi nie chciało się otwierać oczu ani wstawać. Nie zważał więc na dochodzący z przedpokoju hałas i z całych sił zacisnął zropiałe powieki.
Ktoś był wytrwały. Pomimo ostrego mrozu i gęsto sypiącego śniegu, nie przestawał się dobijać. Tylko jeden człowiek mógł być tak uparty. I właśnie dlatego Hubert nie chciał otwierać.
Ale pukanie przechodziło w coraz głośniejszy łomot. Wstał i kiedy zobaczył rozszalałą za oknem zamieć, postanowił, że jednak otworzy. Wyszedł ze swojego maleńkiego pokoiku i znalazł się w pokoju rodziców. W buchającym ciepłem barłogu leżał nagi ojciec. Jego owłosiony, wystający spod ciężkiej pierzyny tyłek dopełniał obrzydliwości pomieszczenia. Hubert przeszedł czym prędzej przez brudny, zawalony pustymi butelkami dywan. Pięć kroków wystarczyło, żeby znalazł się przy drżących od silnych uderzeń drzwiach. Kiedyś ładne były te drzwi, zbite z równych dębowych desek. Jednak nie służyły im niepogoda i czas. Dziury w drewnie zabijał Hubert kawałkami cienkiej dykty, którą wyrywał ze swojej szafy.
– Żyjesz, człowieku? – zapytał zasypany śniegiem Piotrek.
– Czego? Wchodzisz?
Hubert ustąpił kuzynowi miejsca w progu i wpuścił do środka. Ten wszedł do przedpokoju i stanął nieruchomo, ze sztywno opuszczonymi rękami. Starał się nie poruszać, żeby nie zostawić po sobie śniegu.
Hubert oparł się o starą szafę i patrzył na koślawe palce swoich stóp.
– Dobra, czego? – wciąż zaspany zapytał.
– Piętnasta dochodzi, zaraz się ściemni.
– Nie mam nic do roboty, to leżę. Coś nie tak?
– Na zajęcia mógłbyś ruszyć zaspane dupsko.
– Rzuciłem to, ile razy trzeba mówić do ciebie? – odparł całkiem już rozbudzony. – Mów, po coś przylazł z samego rana?
– Masz coś dla mnie? – bezpośrednio zapytał Piotrek.
– Miało być popołudniu.
– Piętnasta! – podniósł głos i zrzucając z siebie kupę śniegu zamachał zegarkiem przed nosem Huberta. – O, przepraszam! Jak zwykle – spojrzał z politowaniem na stojącego pod szafą chłopaka. – To przynieś mi, okej? Nie będę po sto razy zapieprzał przez te zaspy.
– Przyniosę ci wieczorem. Na pocztę tylko pójdę. – Hubert zajrzał do pokoju i zobaczył błyszczące w dziennym świetle pośladki ojca. – Ojciec chyba jeszcze nie był. Chcesz fajkę?
– Daj ze dwie.
Wyciągnął z kieszeni pogniecioną paczkę i poczęstował kuzyna.
– To na razie – powiedział Piotrek wychodząc na śnieżycę.
Hubert chciał jeszcze na trochę wrócić do łóżka. Po drodze do maleńkiego pokoiku przykrył ojca pierzyną i ze stojącego przy łóżku stolika zgarnął wypitą do połowy butelkę piwa. Zimno było w domu, nie napalone, ale duszno i stęchło zarazem.
Usiadł na łóżku opierając się o ścianę. Jeszcze kilka lat temu pokrywająca ją tapeta była żółta, słoneczna prawie. Teraz te jej skrawki, które jeszcze się  nie odkleiły, pokryła szarość surowego betonu.
Wypił piwo duszkiem i poczekał, aż ciepło rozejdzie się po odrętwiałych rękach i nogach. Trochę to trwało. Kiedy poczuł, że alkohol zaczął działać, odrzucił kołdrę i przez panujący w domu chłód przeszedł do kuchni. Dotyk dłoni upewnił go, że w piecu kaflowym nie palono od kilku dni. Z plastikowego baniaka nalał trochę wody do elektrycznego czajnika. Próbując  go uruchomić, przypomniał sobie, że od tygodnia nie mają prądu.
– Chuj w to – burknął pod nosem i przelał wodę do opartej o krawędzie pordzewiałego zlewu miednicy.
Wodę mieli za darmo, z własnej studni i chyba tylko dzięki temu, że Hubert zgodził się grać na spotkaniach kaesemu, nie zamarzła tej zimy.
Obmył się zimną wodą i szykował do wyjścia, kiedy ktoś wszedł do przedpokoju.
– Jeszcze śpisz, ty bydle niemyte? – zapytał Krystian, brat Huberta, zdejmując skórzaną, za dużą kurtkę.
– Właśnie, że myte. I zaraz wychodzę – odparł przywykły do inwektyw Hubert. – Słuchaj, byłeś może na poczcie?
– Ojciec chyba był, z samego rana.
Hubert spojrzał przez próg na wystający spod pierzyny czarno–siwy kołdun.
– Jak? – zapytał.
– Normalnie. Rano jak się szykowałem, to on już wychodził.
– Ale śpi przecież.
– Co? Pijany?
– Zobacz.
Krystian wpadł do pokoju i spojrzał najpierw na miarowo poruszającą się pierzynę z czarno–siwym odwłokiem, później na stos pustych butelek po wódce i piwie oraz prawie już wykończoną paczkę „Cameli".
– Dowód masz?! – zawołał przez ramię.
Hubert pobiegł do małego pokoiku i spod sterty zabrudzonych ubrań odkopał portfel. Legitymacja studencka, skasowane bilety, cztery dwadzieścia. Dowodu ani śladu.
– Skurwysyn! – zawołał podbiegając do brata. – Skurwysyn! Zabrać mi musiał, jak spałem, złodziej!
Krystian przysiadł na małym krzesełku, które zaskrzypiało pod jego ciężarem. Spoglądał obojętnie na śpiącego pijaka, na butelki, brudny dywan. W końcu skierował wzrok na stojącego nad sobą brata.
– Trzeba było iść wczoraj, od razu – powiedział smutno.
Chodziło o pieniądze, które ich matka co miesiąc przysyłała z Włoch na nazwisko Huberta. Dzień wcześniej przyszedł listonosz, ale nie zastawszy chłopaka w domu zostawił ojcu polecenie wypłaty. Hubert miał je właśnie zrealizować, ale najwyraźniej uprzedził go ojciec.
– I co teraz? – zapytał Krystiana.
Ten nie odpowiedział. Odpalił zmiętego papierosa i opadł na krzesło.
– A ty masz jakieś pieniądze? – znów zapytał Hubert.
– Coś tam mam.
– To daj stówę.
Krystian uniósł wysoko brwi i wzrokiem, który wyrażał rozpacz i zdziwienie zarazem, spojrzał na brata.
– Tyle to ja nie mam.
Bo Krystian studiował malarstwo. Zdolny był i zapowiadał się na dobrego artystę. Za zarobione w wakacje pieniądze w przyrosłej do domu szopie urządził sobie prowizoryczną pracownię. Pobierał stypendium naukowe i kupował za nie farby, płótna, sztalugi i inne niezbędne do malowania rzeczy. Ostatnio jednak nie mógł pracować.
– Zapłaciłem przed chwilą za prąd – dodał po chwili. – Jutro mają włączyć. A może dziś jeszcze.
– A węgiel?
– Już nie starczyło.
– To daj ze dwie dychy chociaż.

4

Śnieg przestał sypać, wiatr ustał, a ciężkie chmury nieco oddaliły się od Zamłynia. Strapiony, nie wiedzący, co zrobić Hubert wyszedł i skierował się w dół Głównej. Zatrzymał się po kilku krokach i spojrzał na barak, który nazywał domem. Drewniana bryła zadaszona czarną papą, malutki komin. Stare okna, odchodząca od futryn farba. Maleńka, niemal waląca się szopa przy bocznej ścianie – pracownia Krystiana. Pozabijane dyktą drzwi, zwały śniegu na podwórku i – najgorsze. Ze wstrętem spojrzał na latrynę pod zeschłym pniem. Bieda była w tym domu. Cała rodzina utrzymywała się z tego, co przychodziło z Włoch i ze stypendium Krystiana. Ojciec, kiedy został bez żony, tak się rozpił, że przestał pracować. Czasami pomagał przy remontach i malowaniach, ale zimowa pora zupełnie pogrążyła go w nałogu i bezczynności.
Skręcił w Okulickiego, ulicę, która ożywa dopiero w godzinach popołudniowych. Emeryci ustępują wtedy chodnika młodzieży i ludziom wracającym z pracy. Jezdnię korkują jeden za drugim stojące autobusy. Trąbią wtedy kierowcy i głośno klną zza opuszczonych szyb.
Zaszedł do piekarni, żeby kupić coś do jedzenia. Nie jadł od poprzedniego poranka.
– A za ubiegły tydzień? – patrząc w otwarty zeszyt złośliwie zapytała ekspedientka, siwa baba o mocno wylakierowanych włosach.
– Jak Boga kocham, jutro oddam, albo brat – wydukał Hubert.
– Jak wy, Kołki, w Boga nie wierzycie, w kościele cię dawno nie widziałam albo i nigdy nawet, cholera cię tam wie. Płać albo nic nie dostaniesz. Szef tak nakazał – kobieta bezradnie rozłożyła ręce.
– Jak człowiek jest głodny, to we wszystko uwierzy.
Baba zza lady powiedziała, że to ostatni raz i zlitowała się nad chłopakiem. Bez konieczności spłacania długu sprzedała mu dwie wczorajsze sztuki słodkiego pieczywa.
Hubert jadł i dalej szedł Okulickiego  W pewnym momencie minął pocztę. Stanął przed wejściem przeżuwając ostatni kęs.
– Może wejść i zapytać jednak? – myślał przełykając suchą bułkę, która miała być z serem. – A, wejdę!   
Nie zdążył położyć dłoni na klamce, kiedy ktoś otworzył je z drugiej strony. Hubert poznał znajome oczy i pomyślał, że to jedyna i zapewne ostatnia ładna rzecz, jaką zobaczył tego dnia.
– Hubercik! – zawołała Magda, jak ubiegłego wieczoru opatulona, tak, że tylko oczy i nos było widać.
– Cześć, Madziu – Hubert cmoknął ją gdzieś pomiędzy nosem a prawym okiem.
– Co porabiasz? Gdzie idziesz? – pytała energicznie odwijając lazurowy szalik. Dzięki temu zobaczył w dziennym świetle jej delikatnie zarysowany podbródek i wygięte w uśmiechu usta.
– A idę – zawahał się Hubert – po gazetę idę. Do kiosku, o tutaj.
– O, to znów musisz mnie odprowadzić! Tylko na przystanek – zachichotała dziewczyna.
Zaczęli iść w stronę otoczonego kordonem ludzi przystanku. Po chwili zostawili za sobą kiosk. Hubert miała nadzieję, że Magda nie zapyta.
– Nie idziesz po gazetę? – zapytała.
– Co? – odparł nie zatrzymując się, żeby w ten sposób zyskać jeszcze kilka metrów.
– Nie idziesz do kiosku?
– A, tak. Poczekaj tutaj.
Chyba wystarczająco daleko – myślał zostawiając Magdę na środku chodnika i podchodząc do kiosku.
– Ma pan „Wyborczą" z ubiegłej środy? – zapytał szczerząc zęby w kierunku kioskarza.
– Nie! – odkrzyknął i trzasnął szybką.
Hubert odsunął się ze wstrętem od lady.
– Nie ma już! – zawołała dochodząc do czekającej na niego dziewczyny.
Zbliżyli się do przystanku i wmieszali w okupująca go grupkę ludzi.
– Słuchaj, przyjdź dzisiaj do „Retrospekcji" – chwilę milczenia przerwała Magda.
– Do kawiarni?
– Tak, muszę dziś siedzieć do zamknięcia.
Hubert przypomniał sobie, że Magda niedawno zaczęła pracę w nowo otwartym lokalu na Malczewskiego.
– Przyjdź. Może nie będzie dużo gości – przekonywała dziewczyna. – Zrobię ci coś dobrego i sobie pogadamy.
– Dobra. O której?
– Jak chcesz.
Nadjechał autobus Magdy.
– O, jest piątka! Tylko przyjdź, o której chcesz. Może mnie później odprowadzisz? – uśmiechnęła się przez ramię idąc w kierunku autobusu.
– Będę koło ósmej! – krzyknął, kiedy była już w środku.
Stał na śniegu i patrzył, jak stojącą przy drzwiach Magda uroczo przechylała głowę, a końcówki ciemnych włosów muskały jej ramię. Pomachała mu i kiedy autobus wyjechał na drogę, stracił dziewczynę z oczu.
– I co teraz? – zapytał się w duchu.
Idąc w dół ulicy usłyszał, że do tej pory trzeszczący pod butami śnieg zaczął chlupać. Ociepliło się znacznie a ciemne chmury gęstniały nad miastem. Skręcił do Starego Ogrodu i kiedy przechodził obok pokrytego bielą oczka wodnego, zaczęło mrzeć. Zimne krople drobnego deszczu spływały mu z włosów na twarz i przez kark na plecy. Wstrząśnięty chłodem przyśpieszył kroku.
Przy wyjściu z parku potrącił ramieniem o parasolkę, pod którą kryły się dwie starsze kobiety. Przestraszyły się najwyraźniej, że zrobiły mu krzywdę, bo stanęły i odwróciły białe głowy.
– Oj, przepraszam pana! – powiedziała szybko jedna.
– Nic panu nie jest? – zapytała druga.
Hubert nie przerywając marszu odwrócił się i przez chwilę stawiając kroki do tyłu, zawołał:
– Nie! To ja przepraszam panie! Nic się nie stało? – zatrzymał się jednak. – To dobrze, przepraszam jeszcze raz. Miłego dnia!
– Szczęść panu Boże – odpowiedziały jednym głosem i oddaliły się w stronę sadzawki.
Deszcz już mocno zacinał, gdy przemoczony Hubert dotarł do bramy na Malczewskiego. Spotkał w niej kilku starszych facetów. Jeden z nich opierał się łokciami o ścianę i sikał bezwstydnie. Reszta piła wódkę z brudnych słoików.
– Do Marchewek?! – warknął któryś spostrzegając wbiegającego w bramę chłopaka.
– No, do Marchewek.
– No to, kurwa, do kolejki! – krzyknął drugi zapinając rozporek.
– Jak do Marchewek, to kolejka czeka! – dodaj trzeci.
Hubert zatrzymał się i popatrzył na spotkaną żulię. Wydawało mu się, że wszyscy trzej wyglądają tak samo.
– Do młodszego Marchewki idę! – odparł skupiając wzrok na stojącym najbliżej.
– Jak do młodszego, to właź!
Wszedł na klatkę i wbiegł na pierwsze piętro. Rzeczywiście, kolejka była do Marchewek. Na piętrze, półpiętrze i wzdłuż schodów czekali ludzie w różnym wieku i o różnym wyglądzie. Bo stary Marchewka prowadził melinę. Sprzedawał wódkę własnej roboty i papierosy niewiadomego pochodzenia. Nieźle mu się powodziło.
– Jednak jesteś – powiedział w drzwiach wysoki, barczysty, na łyso ostrzyżony chłopak. – Właź, dobrze, kurwa, dobrze. Ci mówię, pieniądze same w ręce idą. Właź, chodź.
Hubert wszedł i za Marchewką udał się do małego, zaciemnionego pokoju, którego ściany prawie w całości pokrywały plakaty. Na kanapie pod oknem siedziało dwóch podobnych do Marchewki chłopaków.
– Czerpanego? – jeden z nich zapytał ciężkim, ochrypłym basem.
Na stoliku stał wielki, odkręcony słoik. Drugi z siedzących na kanapie drabów właśnie zanurzał w nim kieliszek.
– Wy się już znacie – powiedział Marchewka. – Siadaj, wszystko ci wytłumaczymy. Mało czasu zostało, zaraz trzeba wychodzić. Jesteś pewny?


5

Ksiądz znakiem krzyża pobłogosławił wiernych, a następnie intonując pieśń, zszedł z ołtarza i zniknął w zakrystii. Dwie starsze kobiety wyszły ze swoich ławek i trzymając się pod ręce podeszły do kapliczki, gdzie trwała wieczysta adoracja. Uklęknęły i wpatrzone w znajdującą się pod obrazem Chrystusa Miłosiernego czerwoną lampkę żarliwie poruszały ustami, nie wypowiadając jednak słów. Jedna modliła się za syna i wnuczki, niech im Pan Bóg błogosławi, niech im się dobrze wiedzie, bez skazy grzechu i w zdrowiu. Druga za swojego zmarłego męża. Nich Pan Bóg da mu wieczne odpoczywanie po swojej prawicy w Królestwie Niebieskim, a jej szybką i bezbolesną śmierć, bo sama jak palec  na tym świecie została.
Wyszły przed katedrę i przez chwilę rozmawiały z innymi co pobożniejszymi kobietami. Helena rozbiła nad nimi parasolkę, bo deszcz gęsto zacinał. Ciemno już było, a topiący się śnieg zmusił je do bardzo ostrożnego stąpania. Powolnym kroczkiem, trzymając się pod ręce przeszły przez Mickiewicza i Traugutta do poczty przy dworcu. Później tylko przez planty i będą w domu.
Weszły w krzywo wybrukowaną alejkę skweru. Pusty był i ponury. Nie bały się jednak, bo co miesiąc przemierzały tę trasę. Nie mogąc wyjść spod wrażenia piękna własnoręcznie przybranego ołtarza, zachwycały się pobożnym uczynkiem.
– Aż ksiądz tak nas spoglądał, prawda Helu?
– Tak. Widać było, że czuje ten mocny zapach. Świeże, dopiero co przycięte!
– Na pewno nas też uprosi na Boże Ciało! Ciekawe, co biskup na to powie! – mówiły z emfazą.
– Mój Boże, a ten nasz nowy wikary. Jak on chwali Pana Jezusa, jak modli się pięknie, aż łzy się cisną człowiekowi…
Nagle usłyszały dudniące kroki. Szybkie, stanowcze. Nie zdążyły się odwrócić. Pchnięte, upadły na zabłocony chodnik. Maria leżała bez ruchu. Hela zdołała unieść głowę i rzez krzyk „Jezu, Jezu!" zobaczyć owinięte zielonymi szalikami głowy. „Jezu, Jezu!". Błysk noża. Jasna kurtka. Coś ciężkiego uderzyło ją w głowę. Rąbnęła o chodnik. I znów dudniące kroki. Znieruchomiała. Czuła, że leży twarzą w ciepłym błocie. Po chwili zjawił się jakiś człowiek.
– Nic się pani nie stało!?
Podniósł ją.  Przykucnął przy drugiej. Nie ruszała się. Hela patrzyła na koleżankę. W dłoni ściskała pasek od torebki.
– Jezu, Jezu, umarła! – mamrotała nieprzytomnie.
Po skroni płynęła jej krew.


5

Dwie godziny po wyjściu z obszczanej bramy Hubert wrócił na rodzinne Zamłynie. Kręciło mu się w głowie i niedobrze się czuł. Co chwilę przystawał z myślą, że zwymiotuje na chodnik. Wydawało mu się, że każdy mijany człowiek patrzy na niego z pogardą i odrazą, wstrętnym, odpychającym spojrzeniem. Pośpiesznie stawiając kroki czuł, jakby ziemia się pod nim trzęsła na wszystkie strony. Do góry, na boki, w dół. Najbardziej w dół. Minął szkołę na Kruczej i zaczął biec. Chciał jak najszybciej z kimś porozmawiać.
Wbiegł na drugie piętro i zapukał do drzwi. Otworzył  Piotrek. Ubrany był w czarny golf, spodnie od dresu i domowe bambosze. Bardzo ciepło było w mieszkaniu.
– Cały jesteś mokry! – zawołał przez próg. – Właź! Dobrze się czujesz?
Ociekający wodą Hubert wszedł do przedpokoju i usiłując złapać oddech zgiął się w pół. Nie mógł wypowiedzieć słowa.
– Dobrze się czujesz? – Piotrek powtórzył pytanie.
Hubert ruchem głowy wskazał, że tak.
– Przyniosę ci wody.
Kiedy wrócił ze szklanką, Hubert stał już prosto i spokojnie oddychał. Twarz miał czerwoną. Wyglądał na zmęczonego. Jednym haustem wypił całą szklankę.
– Dzięki – powiedział oddając szklankę. – Mam dla ciebie stówkę.
– Aż tak to mi się nie śpieszy – odparł Piotrek mierząc kuzyna wzrokiem. – Cały jesteś mokry. Chcesz się w coś przebrać?
– Nie. Muszę już lecieć. Daj no tylko jakiś ręcznik. Głowę sobie wytrę. Strasznie mnie, psia mać, zlało na mieście.
Piotrek zniknął w jednym z pokoi i po chwili wrócił z dużym, puszystym ręcznikiem i podał go Hubertowi. Ten szybkimi ruchami zaczął wycierać głowę.
– Krystian był z pół godziny temu. Szukał cię – powiedział Piotrek.
– Dzisiaj?
– No mówię, że pół godziny temu, godzinę góra.
Hubert oddał ręcznik i wytrzeszczając oczy na kuzyna zapytał:
– I co mówił?
– Nic. Tylko zapytał, czy cię nie było i poszedł. Też jakiś dziwny był. Też chyba biegiem przyleciał, bo taki zziajany. Co jest z wami dzisiaj?!
– Nic. I powiedziałeś, gdzie jestem?
– Nic nie powiedziałem, skąd miałem wiedzieć, gdzie jesteś.
Hubert zabrał mu ręcznik i jeszcze raz wytarł głowę.
– Dobra, masz tutaj tą stówę – powiedział podając kuzynowi ręcznik i pieniądze. – I dzięki za pożyczkę. Spadam. Na razie!
Piotrek jak osłupiały patrzył za zbiegających po schodach Hubertem.
Ten stanął przed blokiem i wystawił zegarek pod światło latarni. Dwadzieścia po siódmej. Poszedł więc prosto na autobus do Centrum.
Po dwudziestu minutach wszedł do „Retrospekcji". Wnętrze nowej kawiarni było przyjemne, stylowo urządzone. Amerykańskie gadżety z lat siedemdziesiątych, obrazy, plakaty i czarnobiałe fotografie dawnych gwiazd Hollywoodu w połączeniu z cicho grającym jazzem sprawiły, że poczuł się lepiej.
– Chodź, tutaj, usiądź sobie! – wskazując na wysoki stołek zawołała Magda.
Podszedł do baru i cmoknął dziewczynę w policzek. Mógł sobie na to pozwolić, bo w środku nie było ani jednego gościa. Nie usiadł jednak na wskazanym miejscu.
– Skorzystam tylko z łazienki – powiedział i zniknął w wąskim, kiepsko oświetlonym korytarzu.
Zamknął za sobą drzwi i oparł się o zlew. Czuł, że nogi się pod nim gną, że zupełnie opada z sił. Skupił całą uwagę, żeby opanować drżenie ramion. W końcu wyprostował się i spojrzał w lustro.
Zobaczył w nim swoją twarz. Normalną, niezmienioną. Może wyglądał trochę bardziej blado niż zwykle. Włosy miał już suche i uładzone. Może jeszcze oczy. Trochę zsiniałe, ciemne, zamglone. Ale poza tym, całkiem nieźle – myślał przyglądając się sobie. Oddychał głęboko łapczywie wciągając powietrze i jeszcze raz zaczął badać każdy szczegół swojej twarzy. Broda, nos, usta, brwi, wszystko bez zmian. Tylko te oczy, zsiniałe i zamglone. Ale napije się czegoś i zaraz mu przejdzie. Poczuł się bardzo zmęczony.
Naglę zatrząsł się gwałtownie. Przeszył go dreszcz tak potworny, jakby krew zatrzymała mu się w żyłach. I zobaczył w lustrze swoją matkę. Malutką, zmęczoną, spracowaną. Kręciła głową i coś mówiła. Nie słyszał słów. Mówiła i trzymała na nim znieruchomiałe spojrzenie smutnych oczu. Odwrócił się od lustra, żeby na nią nie patrzeć i poczuł, że krew z powrotem rusza w obiegu.
Kiedy wrócił, przy barze czekała Magda. Na ladzie stała biała filiżanka, nad którą wirowały smugi pary.
– Zrobiłam ci kawę – uśmiechnęła się serdecznie dziewczyna.
– Dziękuję – odparł i podniósł filiżankę do ust. Pociągnął kilka łyków i kiedy odstawił ją na ladę, tylko piana została na dnie. – A masz coś do jedzenia? – zapytał.
– Mhm – przytaknęła i położyła przed nim ostatnią kartę.
Wtedy Hubert dostrzegł, że Magda jest smutna, unika jego wzroku i prawie nic nie mówi.
– Co ci jest? Coś się stało? – zapytał.
– A, takie tam, rodzinne sprawy.
– Jakie? Możesz mi powiedzieć. Może przydam się na coś prócz eskortowania cię do domu – ucieszył się myślą, że być może uda mu się zrobić coś dobrego.
– Nic nie poradzisz. Mama dzwoniła z mojej wioski. Dziś w nocy okradli nam dom.
Hubert spojrzał na nią ze zdziwieniem.
– Mama spała akurat u ciotki, bo pilnowała siostrzeńca. I wszystko wynieśli. Tylko meble zostały.
– O mój Boże… – szepnął Hubert. Poczuł, że na jego gardle zaciska się coś ciężkiego. – Skurwysyny. I co?
– Nic. Po policję zadzwoniła, ale co oni poradzą. Mówią, że szukają szajki włamywaczy, jak zwykle. A dom nie jest ubezpieczony, wszystko stracone. Chyba będę musiała wrócić na wieś. Jak ja nienawidzę złodziejstwa! Mówię ci – podniosła drżący, zwiastujący płacz głos. – Jak bym mogła, to ucinałabym ręce bandziorom, jak w średniowieczu. Tylko tak można ich oduczyć. Ludzie pracują uczciwie, całe życie, a taki wchodzi, raz dwa i wszystko zabiera. Wyobrażasz sobie, jak można coś takiego zrobić?
Hubert poczuł, że ziemia ponownie rozpędza się w dół.
– Nie. Też bym poobcinał ręce, takim złodziejom. Ale wiesz, różnie w życiu bywa.
– Co różnie bywa? Zwariowałeś? Zło zawsze jest zło, i kropka. Pewnych rzeczy się po prostu nie robi. Nie uważasz?
– Uważam. Zło zawsze jest zło… Współczuję takim bandytom, jak oni później z tym żyją? Co z sumieniem? To dopiero biedni, pokaleczeni ludzie.