Karol Krzyżosiak - Koleje pejzażowe

Czasem jedynie wulgaryzm ukazać może w pełni natężenie jakiegoś zjawiska, zastępując bogactwo epitetów, oddając wprost polifoniczne spektrum doznań zmysłowych, i nie ma sensu silić się na piękne słowa. Na przykład: ukrop lipcowego popołudnia, pot na skroniach, okrucieństwo słońca, żałosny zapach parującego czasu i rytmiczny stukot pociągu – wszystko to na nic, trzeba jasno powiedzieć, że w przedziale panuje upał jak skurwysyn.
Czuję, jak topię się we własnej koszuli, spodnie niemal ześlizgują się ze mnie [drobna uwaga: napisałem na początku ześluzgują się – uroczy kruczek psychoanalityczny] zaś oczy szczypią od potu. Siedząca naprzeciw mnie dziewczynka przygląda się moim torturom z sadystycznym zainteresowaniem, bez skrępowania. Również pływa w swojej zwiewnej sukience, ale do twarzy jej w słonecznych wydzielinach, zraszających brzoskwiniowy meszek, który pokrywa jej delikatną skórę. Nie traci bynajmniej uroku, oddycha lekko i chyba chce jeszcze pogadać, ale nie wie, jak podjąć urwany wątek.
Bose stopy opiera na przeciwległym siedzeniu, tuż obok mojego prawego kolana. Gapi się wyzywająco, przeglądając się w moich źrenicach, i stroi miny. Burczy jej w brzuchu, a ja nawet nie mam już krakersów, żeby ją poczęstować. Zresztą nie wiem, czy małe dziewczynki jadają cokolwiek, prócz tęczy.
Właśnie uciekła z domu, wsiadła na gapę do pierwszego lepszego pociągu i tym sposobem, przez splot dziwnych okoliczności, zetknęło nas fatum w trzeszczącym piekle wagonów. Jest sama jak palec i ledwo uszła wielkim, kudłatym łapom konduktora, który nakrył ją, gdy chowała się przed kontrolą biletów w obskurnej toalecie pociągowej, którą wzięła za szafę.
Wyglądało to bardzo komicznie. Otóż opuściłem swój samotny przedział, chcąc również skryć się w łazience, by spalić w spokoju papierosa. To wielce niezręczne; w dawnych czasach, gdy podróżowałem z rodzicami, mogli oni kurzyć jawnie i całkiem legalnie, zaś popielniczki znajdowały się w każdym przedziale. Ja natomiast dożyłem dni, gdy palacze (jakże znaczna część społeczeństwa!) są zwyczajnie dyskryminowani na terenie całej tak zwanej Europy.
Ale powróćmy do pociągu. Wyszedłem zapalić. Robię to zawsze, ilekroć przeczytam jakieś druzgocące opowiadanie autorstwa Julio C. – a zatem dość często, ze względu na urzekający charakter twórczości Argentyńczyka.
Otwieram drzwi przedziału i natychmiast uderza mnie kojący przeciąg. Spod kibla dobiegają odgłosy kłótni, nieznacznie tylko stłumione mamrotaniem pociągu. Ci, którzy znają mowę pociągów, rozumieją, jak bardzo trzeba się wydzierać, żeby zostać usłyszanym w rozpędzonym pospiesznym, i to z odległości, jaka dzieli samotny przedział od toalety.
Dotarłszy do epicentrum sporu, ujrzałem taką oto scenę: niewysoka, na oko czternastoletnia dziewczynka ze świeżo zarysowaną kobiecością (to ważne) wyrywa się wielkiemu, zmurszałemu konduktorowi, trzymającemu ją za szczuplutkie ramię. Facet ma twarz goryla, świdrujący wzrok prosięcia i łapę jak imadło. Nie zastanawiając się długo, staję w obronie uciśnionej (uciśnionej imadłem), uzbrojony w swoją retorykę, elokwencję, doktorat romanisty, czterdziestkę na karku oraz elegancką białą koszulę.
– Czy mógłby pan wyjaśnić mi, dlaczego kasuje pan moją córkę? – rzucam wyzywająco.
Umundurowane, imadłorękie bydle spogląda na mnie z idiotyczną miną. Imadlany uścisk słabnie najwyraźniej, bo dziewczynka wymyka się potworowi i natychmiast przytula się do mnie ze swym nowokobiecym, elastycznym ciepłem, niewiele powyżej sensu mojej samczej egzystencji. Z miną wytrawnego aktora kładę rękę na jej słomianych włosach, a ona, wytrawna aktorka, swoisty młyn różany z zadatkami na przyszłą gwiazdę paryskiej sceny, wykrzykuje łkającym głosem:
– Ten pan chciał mnie podglądać w toalecie!
– Bezczelne dziecko! – broni się konduktor.
– Przyłóż mu, papciu!   
Zachwycony absurdalnym rozwojem wydarzeń, przybieram wściekłą minę i mierzę palcem w biednego służbistę.
– Sprawdzał pan już mój bilet – mówię przez zaciśnięte zęby. – Moja córka miała swój przez cały czas przy sobie, a jeśli go zgubiła, zapłacę, pod warunkiem, że zaraz zniknie mi pan z oczu.
Skonfundowany kontroler jął wycofywać się z wolna, bełkocząc przeprosiny, bezradny wobec mojego bezwartościowego skądinąd doktoratu, przepoconej czterdziestki i koszuli na karku, zapomnijmy o elokwencji.
Objąwszy dziewczynkę za ramię, poprowadziłem ją do swojego przedziału.
– Aleś mu pokazał, papciu! – pisnęła zachwycona. – Byłeś jak Humprey Bogart. Ty też palisz jak piec w Oświęcimiu?
– Nie bądź niesmaczna – odparłem. – Masz jakieś imię?
– Mogę być Anka – oświadczyła, zatrzymując się w drzwiach. – A ty?
– Lewis Carrol.
– Jasne – żachnęła się. – Twoje lustra przeciekają.
Usiedliśmy wreszcie. I wtedy świadomość oczywistego spadła na mnie katastrofą przyspieszonego tętna. Anka była nimfetką. Wystarczyło, że wyswobodziła z butów niewinne stópki, by mój wewnętrzny Humbert zawył jak zarzynane zwierzę.
[Drobna uwaga: nawiązanie do powieści pewnego zbieracza motyli – wybitnego dziewczynkologa, łamacza konwenansów i mojego kolegi po fachu, aczkolwiek dużo lepiej wykształconego – rozjaśniając niedopowiedzenia, obniża znacznie poziom napięcia erotycznego, jakie zaistniało już w pierwszych akapitach. I dobrze, albowiem oświadczam uroczyście, iż nie namaściłem Lo–Anki swoją esencją. Oczywiście, podejrzliwy freudodbiorca posiada hermeneutyczne prawo do posądzenia mnie o konfabulację w tej delikatnej materii. Na swą obronę dysponuję jedynie zapewnieniem, iż nie shumberciałem do tego stopnia, chociaż bardzo bym chciał.]
Dziewczynka opowiedziała mi o swym błyskotliwym planie porzucenia patologicznego domu rodzinnego, by usamodzielnić się i przeżyć ekscytującą tułaczkę wyklętej poetki, choćby nawet miała zarabiać na życie wysysaniem jadu z męskich żądeł.
– Nie znam się na tym jeszcze – wyznała skromnie – ale możesz być pierwszy. Usługa gratis za heroiczne wybawienie mnie z łap tego chama.
– Uspokój się, dziecko – odparłem, z trudem oddalając od siebie palącą wizję przehumbercenia nimfetki. – Opowiedz lepiej, czym skarbi zazgredzili sobie twą dozgonną niewdzięczność.
I Anka zaczęła opowiadać – nieskładnie, z przekornym wdziękiem fałszywej cnotki, błądząc po ugorach smarkatej erudycji – najpierw o dziwnych rzeczach dziejących się z jej ciałem (nie omieszkała przy tym – ku mojemu zachwytowi – ukazać mi niezbitych dowodów), potem o swoim fatalnym dzieciństwie, które odcisnęło trwały ślad na jej psychice. Wyjaśniła wreszcie, dlaczego bardzo chciała się ukryć w toalecie, którą wzięła za wyjątkowo śmierdzącą szafę, naprawdę, tak bardzo chciała się ukryć.
Trzeba przyznać, że ma wyobraźnię.
Czytała Opowieści z Narni – podobno niemądrze jest zamykać się w szafie, nawet jeśli nie jest ona magiczna. Jednak Anka nie miała wyjścia. Ilekroć słyszała uniesione głosy, ostre słowa, płacz matki, trzaskanie drzwiami i gwałtowne kroki w przedpokoju, stara szafa na ubrania, stojąca w kącie jej pokoju, stanowiła jedyne schronienie. Wkrótce też usilne poszukiwanie drewnianych drzwi, umiłowanej ciemności i bezpiecznej ciasnoty, stało się odruchem bezwarunkowym, który do końca życia pozostanie w jej naturze, jak ukrywanie jedzenia przez byłych więźniów obozowych.
Rodzice dołożyli wszelkich starań, by bez niedomówień wyjaśnić Ance, co jest dobre, a co złe. Rzeczy złe prezentowali jej z bardzo bliska, własnym zachowaniem dając ich niezaprzeczalne przykłady. Przez analogię, dobre musiało być wszystko to, czego dziewczynce brakowało.
W jej szafie było bardzo przytulnie. Mogła się okryć starymi płaszczami, owinąć w szale, milczeć. Solidne drewniane drzwi częściowo tłumiły niepokojące odgłosy owej rzeczywistości nie do przyjęcia. Anka negowała świat zewnętrzny. Za drzwiami wcale nie tłuczono szkła, nie rzucano przedmiotami, nie pomstowano. Czasem wystarczy zamknąć (wszystkie) oczy, by znaleźć się w jakimś odległym miejscu. Za pierwszym razem trafiła na statek, na rozchybotaną szalupę wyobraźni.
Morskie fale rozbijają się o drzwi szafy. Anka dryfuje.
Wydaje się, że burza cichnie, morze uspokaja się. Za chwilę można będzie wyjść na pokład, ale jeszcze nie teraz, jeszcze chwila. Trzeba poczekać, bo wychodząc z salonu w apogeum małżeńskiego sztormu, matka zapomniała papierosów. To największy błąd, jaki można popełnić w małżeństwie: ewakuować się z hukiem, zatrzaskując za sobą drzwi, by w następnej chwili zorientować się, że fajki zostały w środku. Trzeba wracać, przybierać bojową minę, ukrywać łzy. Tak więc burza rozpętuje się na nowo i bezlitosne fale miotają małą dziewczynką, która rozbija się o ściany swej ciemnej kajuty, kajuty–szafy, szafy samotności.
[uwaga: tu Humbert Carrol odczuwa obce swej naturze łaskotanie empatii]
Uświadomiwszy sobie moc imaginacji, wewnątrz swej kajuty Anka otwiera kolejne szafy. Często błądzi po zaułkach miasta, bo drzwi niektórych mebli prowadzą na ulicę. Idzie wyimaginowanymi alejami, pełnymi kolorowych sklepów, które zawsze stoją otworem przed małymi dziewczynkami, uciekającymi wgłąb siebie.
Wokół sami uprzejmi ludzie, ludzie z szaf wewnątrz szaf, półek na półkach i szuflad w szufladach. Wrogie krzyki z zewnątrz stają się coraz mniej wyraźnie i wreszcie cichną, jak słabnący deszcz.
Miasto jest bardzo rozległe, lecz Anka poznaje jego zakamarki, wszak bywa w nim częściej niż by tego chciała. Są tu inne dzieci, córki i synowie dorosłych, którzy bezustannie krzyczą, i którzy, podobnie jak rodzice Anki, lubią trzaskać drzwiami i wiecznie tłuką talerze.
Tak więc dzieci, te nieletnie anioły, spotykają się w swych wyobrażeniach, dyskutują na poważne tematy i omawiają bieżące wydarzenia. Przy ciepłym kakao i chrupiących ciasteczkach rozważają nawiązanie stosunków pokojowych z sąsiednimi miastami – azylami żon alkoholików i samotnych pisarzy. Po podwieczorku Anka udaje się na spacer. Uwielbia zatrzymywać się pod ogromnym oknem biblioteki uniwersyteckiej, gdzie w czytelni, pochylona nad książką, przesiaduje piękna dziewczyna o jasnych włosach. Właśnie tak Anka wyobraża sobie studiowanie. Kiedy dorośnie, chciałaby wyglądać jak ta dziewczyna. Chciałaby, jak ona, studiować z dala od krzyków.
Z kolei dla siedzącej po drugiej stronie okna dwudziestoletniej dziewczyny, mała bohaterka wiadomej powieści C. S. Lewisa jest tylko (projekcją?) kolejną Alicją, jeszcze jedną Dorotką, która z woli przypadku znalazła się w dziwnym, fantastycznym miejscu. Poza tym, trochę Andersena i wszechobecne tropy biblijne. Nie wzruszają jej przygody czworga dzieci w tajemniczej krainie marzeń. Być może, gdyby trafiła na tę książkę w dzieciństwie, byłaby zachwycona, lecz już wtedy zamykanie się w szafie i jednoczesne wymykanie się z domu na błędne ulice wyobraźni, były dla niej codziennością. Gdy była mała, lubiła stawać pod ogromnym oknem biblioteki w mieście, które wymyśliła, i patrzeć, jak ta piękna dziewczyna po drugiej stronie czytała...
To wszystko opowiedziała mi Anka, wyrzygała z siebie te genialne brednie istnym strumieniem świadomości, niepoprawna poetka–nimfetka, czytaj: zagubione dziecko. Przez chwilę nie mogę uwierzyć, że wciąż jesteśmy w pociągu. Oczywiście, rozumiem, czym jest wyparcie ze świadomości przykrych wspomnień. Rozumiem, czemu służy koloryzowanie przeszłości przez Ankę, która sama się gubi w swych bajecznych trawestacjach. Dziewczynka jest chora.
Ale jakiż w niej tkwi potencjał!
Julia Ankazar, mistrzyni przekształceń.
– Jesteś jak kolaż, dzieciaku – rzekłem.
– Nie mam roweru.
I gadaj tu z nimfetką.
– Przybyłam zza lustra.
– Wybacz weneckim lustrom, że powtarzają powierzchnię – cytuję poetę.
– Pleciesz pan bzdury.
– Ty zapewne, patrząc w lustro, widzisz tył własnej głowy.
– Dupy. Takim gadaniem mógłbyś usypiać kamienie.
– Proszę dalej, Ankurze Rainbow.
Lecz na tym się zakończyło. Zamilkliśmy w pędzącej, blaszanej żmii, pośrodku spalonego słońcem Nigdzie, na smutnych bezdrożach Wielkopolski. Pora wrócić do czasu właściwego.
Anka się mizdrzy.
Bose stopy opiera na przeciwległym siedzeniu, tuż obok mojego prawego kolana. Gapi się wyzywająco, przeglądając się w moich źrenicach, i stroi miny. Burczy jej w brzuchu, a ja nawet nie mam już krakersów, żeby ją poczęstować. Zresztą nie wiem, czy małe dziewczynki jadają cokolwiek, prócz tęczy.
Decyduję się w końcu, bardziej z ciekawości niż z chęci ujrzenia jej wdzięków, przerwać ciszę niedyskretnym pytaniem:
– Pokażesz mi jeszcze raz?
– Moje bugi? – dziewczynka natychmiast ożywia się i szelmowski uśmiech powraca na piegowatą buzię, rozjaśniając ją uroczo.
– Skoro tak je nazywasz...
Nie czekając na zachętę, podciąga sukienkę do granic przyzwoitości i rozchyla delikatnie uda. Wzdycham zachwycony, osuwając się na podłogę, by zbliżyć twarz do tego cudu.
– Mój Boże. To naprawdę jest...
– No raczej – nimfetka wzrusza ramionami. – Pojawiają się w różnych miejscach. Wyobraź sobie, jakie mam nieraz widoki – mruga do mnie zalotnie swoim trzecim okiem.
– Ja chyba śnię. Przypomnij, gdzie jeszcze?
– Tylko na karku... Ale jakie! Kiedy nie mam kołnierzyka, mogę oglądać w lustrze swoje plecy – pochyla się, by pokazać mi swój czwarty szmaragd, czarujący jak pozostałe, mrugający z takim samym wdziękiem.
– Byłaś z tym u lekarza?
– Zwariowałeś? Żeby mnie oślepił pod pachami albo... Nie. To by nie miało sensu. Zaraz wyrosłyby następne. Jeszcze na pachwinie, to nic takiego. Ale wyobraź sobie, kiedy na dłoni...
– After all, mało kto widział od wewnątrz zaciśniętą pięść – pocieszam ją.
– Śmiej się, kurwa. Jak byś się czuł z tuzinem penisów?

Jakież niezwykłe rzeczy przytrafić się mogą człowiekowi podczas najzwyklejszej podróży pociągiem – tylko za pomocą cudu wyjaśnić można tę rażącą antytezę.
Zdarzało mi się niejednokrotnie w rozpalonych przedziałach, gdzieś pomiędzy gotyckimi plantacjami Torunia, a ezoterycznym Poznaniem, napotykać rzeczy niespotykane. Przez to zagęszczenie cudowności wydaje się nawet, że konieczne jest nadanie równych praw do realności zjawiskom wyjątkowym, sprawiającym, że normą staje się fenomen.
Przestałem się dziwić ludziom, którzy liczą drzewa za oknem, by na ostatniej stacji podać współpasażerom ich dokładną liczbę. Nie zaskakują mnie już niesforne dzieci samotnych matek, które (dzieci, nie matki) w przeciągu niecałej minuty układają kostkę Rubika lub rozwiązują w pamięci najtrudniejsze zadania sudoku. Kobieta pisząca wiersze na swych pomalowanych czerwonym lakierem paznokciach wydaje się być zjawiskiem zupełnie naturalnym. Podobnie mężczyzna, który żegnając się ze mną na stacji w Gnieźnie oznajmia, że śni często sen dziwny i przeszywający o kobiecie nieznanej, która nie jest nigdy tą samą ani też całkiem inną, je fais souvent ręve etrange et pénétrant...
– Co na to Artur? – pytam uprzejmie. – Czy nie jest zazdrosny?
Dziwnie normalny podróżny nie odpowiada, uśmiecha się tylko i mruga porozumiewawczo, przykładając palec do ust, po czym na zawsze znika z mych oczu wśród tłumu na peronie.
I codzienne zdarzenia w tym stylu.
Owa słodka nimfetka, Lo–Anka, która wkrótce również zniknie na horyzoncie mojego życia, utwierdziła mnie w przekonaniu, że mieszczę się, mimo wszystko, w granicach normalności i nic tu nie zmienią moje pasje utajone.
Zanim opuściła przedział, upewniwszy się tylko po raz ostatni, że nie skorzystam z jej niemoralnej propozycji
[gorzka nota parezjasty: odmówiłem ze smutkiem, wyłącznie dlatego, że czułem się toksycznie nieświeży i wstyd mi było przed małolatą]
pocałowała mnie w policzek. Zapytałem wówczas, czy mogę zrobić jej zdjęcie. Zgodziła się, pod warunkiem, że będzie pozować z zamkniętymi oczami.
Pozwoliłem jej zamknąć oczy. Wszystkie.
I tak wyczerpałem całą kliszę w swym zabytkowym Zenicie, zamykając na zawsze tę cudną nimfetkę w więzieniu kadrów, wiecznie nastoletnią i brzoskwiniową.
Kiedy wysiadła, do końca mej samotnej jak sen podróży zachwycałem się przebiegającymi za oknem, niczym w niemym filmie, pejzażami kolejowymi, kolażami pejzaży, impresjami kolei, i rozmyślałem o swej zdobyczy, przekonany, że nie dalej niż za trzy dni, mała eskapistka powróci do znienawidzonego domu, gdzie kochający rodzice nagrodzą ją tęgim laniem.
Lecz w jakiś sposób pokochałem dziewczynkę.
Wróciwszy do siebie, natychmiast wywołałem zdjęcia, by dołączyć Ankę do mojego wciąż rosnącego kolażu brzoskwiniowych nimfetek.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora