Urszula Bereszczyńska URWISTY BRZEG PEWNEJ ŁAGODNOŚCI

Nie mogłam napisać, że Wojciechowi Łęckiemu upłynęło właśnie 25 lat na twórczości literackiej, ponieważ do niedawna spełniał się zawodowo w inżynierskim fachu, notując pomysły na wiersze pewnie na marginesach różnych technicznych opracowań. Wydał jednak w tym czasie 16 książek, wystawił 3 pozycje teatralne, wydrukował też wiele recenzji literackich, plastycznych i muzycznych. Był redaktorem naczelnym tygodnika wojewódzkiego Goniec Obywatelski i periodyku literackiego nawias… Niektóre książki, jak sam twierdzi, nigdy nie powinny się były ukazać, szczególnie poemat …który mieszka w cierpieniu czy Droga do światła – nie ze względu na religijną tematykę, ale z powodów czysto artystycznych. Nie przecenia również swoich książek satyrycznych (4 pozycje), które podobno zamierza napisać od nowa. Przerobiony zbiór aforyzmów już złożył do druku w Wydawnictwie Komograf. Myślę, że tak surowa samoocena dobrze rokuje na przyszłość. Dziennikarski przymus pisania o wszystkim w latach 1985-95 musiał w końcu spowodować, jak sam przyznaje, obniżenie poziomu twórczości poetyckiej, dominującej zdecydowanie w dotychczasowym dorobku autora. Jednak od 2001 roku widać u niego wyraźny regres poetyckiej wrażliwości. Za Fugę na ziarnko piasku otrzymał w 2007r wyróżnienie w dorocznym konkursie na książkę roku podczas XXX Międzynarodowego Festiwalu „Listopad Poetycki" w Poznaniu. Natomiast zbiór Widok ustronny z 2010r został uznany przez krytykę za najlepszy w jego dotychczasowym dorobku. Rozdział Nowe wiersze z wydanego ostatnio wyboru Urwisty brzeg łagodności, który staram się poniżej omówić, zapowiada, że może być jeszcze lepiej.
Zaczęło się również bardzo obiecująco. Wydany w 1986r przez Wydawnictwo „Iskry" debiutancki tom wierszy Drzewa szare od marzeń dość wysoko ocenił Piotr Kuncewicz, a po dwudziestu paru latach Karol Maliszewski poświęcił tej pozycji znaczną część szkicu Szarość i jej zaprzeczenie, podkreślając autentyczność i wysoki poziom niektórych wierszy: I właśnie wtedy, gdy ucieka od uogólnień w stronę jakiejkolwiek poszczególności, gdy przypatruje się jej z wytężoną uwagą, jest najbardziej autentyczny i wiarygodny. Wtedy powstają poruszające wiersze. Takie jak „Starzec".
STARZEC
osiemdziesiątkę zebrał
co do kłosa
listonosza przyjmuje
w ubraniu kupionym na śmierć

słowa ściubi jak rentę
żeby starczyło na ostatnią spowiedź
chleb krzyżem żegna
przed natrętnymi grzesznikami

zwaśniony z księdzem
a bogu w ofierze
składa wieczorem
obie morgi dłoni

tylko heli żarneckiej
jeszcze nie wybaczył
kosza
sprzed pięćdziesięciu lat

W analogiczny sposób ocenił również wydany w 1989r przez Ludową Spółdzielnię Wydawniczą tom W zakosach wiatru. Trochę wbrew tej słusznej ocenie przytaczam tutaj krótki, oparty na pomyśle wiersz Powoli z zamierzonym i bardzo uzasadnionym, przywołującym nastrój liryku Polały się me łzy…, nawiązaniem do Mickiewicza:
POWOLI

Powoli wszyscy porośniemy korą
jak ryba łuską,
ucząc się milczenia
wody wielkiej i czystej.

Powoli odpłyną
karawany okrętów
i żadna mewa
nie okrzyknie lądu.

I czas kiedyś zamilknie
wierniej od kamieni,
nim pokryje ślady
zielonym rumieńcem.

Każdy ma swoje przemijanie. Można mu poświęcić cały zbiór sonetów Wieczna ulotność, ale widocznie trzeba było wcześniej napisać i ten wiersz. Jego niewątpliwą zaletą jest, co w sztuce najtrudniejsze, prostota, dzięki której nawet oksymoroniczne zakończenie wydaje się całkiem naturalne. Podobne pod względem formy, oparte na pomyśle utwory będą się pojawiać w następnych książkach Łęckiego, że wymienię choćby Bajkę o raju i Daczę ze zbioru Zanim tu, zanim wszędzie oraz Kule ziemskie i Z oddali z rozdziału Nowe wiersze. Ale i w tym tomiku można znaleźć również przejmujące dystychy pt. Moje bogactwa. Prócz kontynuacji opisanej przez Maliszewskiego postawy wobec rzeczywistości, pogłębił on tą książką swoje poszukiwania formalne i lingwistyczne. Odnoszę wrażenie, że forma wierszy podporządkowana została treści, a zwłaszcza emocjom, które się starał przekazać czytelnikom. Poeta napisał jednak we wstępie, że wybór formy następuje u niego w sposób tak naturalny, że aż nieświadomy. Jakoś nie chce mi się wierzyć, chociaż nie jest to przecież niemożliwe. Andrzej K. Waśkiewicz nie bez kozery twierdził, że trudno dziś oceniać poezję drugiej połowy lat osiemdziesiątych bez dwóch pierwszych książek Łęckiego (…) Wszystko, co się w nich zaczęło, jest przez autora kontynuowane i pogłębiane do dziś. Może za wyjątkiem erotyków, których jakby zabrakło w ostatnim okresie. Widoczne jest też odejście od przybosiowskiej oszczędności słów i różewiczowskiej wersyfikacji – chociaż nie zawsze.
Następny tom Kwiaty ostu, kwiaty jabłoni jest ważny choćby z powodu takich wierszy jak Głupia Jagna, Wigilia ‘1980 w Bronoszewicach czy Epitafium na cześć brzozy, fragmentu którego po prostu nie mogę nie przywołać, ponieważ dowodzi, z jaką lekkością żonglerki słownej z banalnego tematu wyprowadził poeta niebanalny wiersz. I znów powrót do szczegółu, do marginalnego zdarzenia:

Upadła bezszelestną
bielą w białą biel

Zamiotła ślad po sobie
aby nikt nie dostrzegł
że tyle tej bieli
ubyło w biały dzień

Wszystkie wymienione powyżej pozycje mają wiele cech wspólnych, ale jedną w szczególności: budowanie poetyckiego świata zaczyna się w nich od mało znaczących drobiazgów, na bazie których odradza się pod piórem autora jego wiarygodność. Poeta, demaskując wszechogarniającą szarość polskiej odmiany komunistycznego eksperymentu, paradoksalnie znajduje w jej zakamarkach jakiś ludzki koloryt. Okazuje się ona jedynie narzuconą powłoką, pod którą pulsowało wciąż takie samo życie, bo właśnie jego nie udało się pod żadną groźbą skierować do nowego koryta niczym syberyjskiej rzeki na pustynie Kazachstanu. Łęcki był podobno uczestnikiem wszystkich społecznych protestów w latach 1968-89 i współtwórcą pierwszej komórki „Solidarności" w regionie płockim, ale nie pchał się do władz, nie znajdując w sobie żadnych ku temu motywacji. Nie ma w nim też ani krzty kombatanctwa. Dopiero w związku z ćwierćwieczem debiutu niezbyt chętnie przywołał z niepamięci również ten burzliwy okres w swoim życiu. Na szczęście nie przełożył się on na publicystyczny ton wierszy, co nie znaczy, że nie ma w jego poezji śladów tamtych lat. Przeciwnie. Są nawet dość liczne wiersze rozliczeniowe, ale pozbawione dosłowności, zawierające tak pojemne metafory jak: tu bez kolejki dają szarość, horyzont jak medalik czy hymn rozpisany na same cymbały. Do głosu doszedł w nich stonowany sarkazm i zdystansowana ironia. Przewijają się w zasadzie przez wszystkie tomiki z wyjątkiem truwerskich, idąc za określeniem J. Z. Brudnickiego (poniżej).
W jego książkach trudno się doszukać egotyzmu. Najlepiej pisze mu się o innych. Świadczą o tym tak przejmujące wiersze jak właśnie Starzec z debiutanckiego zbioru, Synku z drugiego, czy Głupia Jagna z trzeciego, wydanego już w wolnej Polsce, którą po 20 latach niby demokracji poeta też będzie rozczarowany, czemu daje wyraz gorzkim wierszem Ballada o Janku. Portrety w poezji należą do najtrudniejszych tematów. Bardzo łatwo wpaść tu w naiwność, dosłowność, patos, bałwochwalstwo, grafomański słowotok… Łęcki za każdym razem wychodzi z tych opresji obronną ręką. Ba, wiersze-portrety przewijają się przez wszystkie jego książki i należą do najlepszych, ponieważ zwykle nie poprzestaje on li tylko na opisie, lecz stara się odsłonić jakieś pojemne cechy psychologiczne, rozświetlające marność przedstawianych postaci do tego stopnia, że stają się niekiedy uogólnieniem pojedynczego nędznego losu na uboczu, symbolem odrzucenia. Czasem osiąga jednak ten sam cel za pomocą beznamiętnego, surowego opisu (Głupia Jagna), zwieńczonego równie beznamiętną puentą, która właśnie tą surowością bardzo wrzyna się w pamięć:

lubiła letni skwar zapach wiatru szum lasu kochała się
dwa razy umarła na łące zdążyła wbić grabie
w kopkę siana jego zapach każdego lata
stoi teraz w Lipinach jej pomnik

We wstępie do autorskiego wyboru wierszy Urwisty brzeg łagodności, wydanego przez Wydawnictwo Komograf w związku z jubileuszem, poeta wymienia wielu swoich mentorów. Mickiewicza nie musiał. Jego echa znajdujemy m.in. w słowach ranek bielał/ płasko daleko/ pod łyżwą wzroku i w omówionym już wierszu Powoli. Echa Przybosia i Różewicza słychać przede wszystkim w debiutanckich Drzewach…, które zanikają sukcesywnie aż po wyróżnioną Fugę… Jednakże niemal od początku pojawiają się w jego dorobku wiersze neoklasycystyczne, by zdominować, nie wiem czy ostatecznie, tom Widok ustronny, który w przekładzie Libora Martinka, badacza literatury polskiej na Zaolziu, spodobał się również w Czechach. Pewnych wpływów Grochowiaka, zwłaszcza w sonetach, doszukał się Stanisław Chyczyński, nieugięty admirator tej kunsztownej, rymowanej formy wiersza…
Swoim wyborem Łęcki odsłonił kilka twarzy, nie mając nic wspólnego z jednym z pogańskich bóstw. Jawi się w nim jako autor nastrojowych, ascetycznych liryków (Matka rybaków, Fotografia, Nic moja wieczność…), balladowych (Ballada o świcie, Jedźmy do Farlandii, Zapowiedź…), sonetów (Wieczna ulotność), portretów poetyckich (Starzec, Więzienny apostoł, Głupia Jagna, Żebrak…), oryginalnych, podporządkowanych przesłaniom opisów przyrody (Wieczór, Jezioro Łęckie, Widok ustronny…), lingwistycznych (ostatni rozdział książki) i osobistych (Zamieszkałaś w radości, List do przeszłości, To był ktoś…). Osobną grupę stanowią udane lapidaria, że wymienię choćby Tam, Wigilię samotnej, cytując jedynie Pięciolatkę.

PIĘCIOLATKA

Od pięciu lat nie zdarzyło się nic.
Od pięciu dni jestem w domu wariatów.

Po przeczytaniu dość intymnego wstępu niemal dosłownie odebrałam wiersze Prośba przedostatnia i nierówny, ale ważny List do przeszłości. Nagle stało się jasne, że rozstanie w 1968r z pierwszą miłością, która musiała z wiadomych powodów przyjąć gomułkowski bilet w jedną stronę, zapisało się w jego psychice na zawsze. Wspomniał o tym podczas wieczoru autorskiego w Centrum Promocji Kultury w Warszawie. Karol Maliszewski napisał o Fudze na ziarnko piasku: Udało się poecie rozkołysać przestrzeń do tego stopnia, że czytelnik nie ma pewności, co do rodzaju i znaczenia stwarzanych-odtwarzanych uczuć, i na ile ta miłość, jeśli to miłość, jest realna, a na ile wynika ze zręcznej gry słów, które dokumentują to, co się mogło zdarzyć. Jakże trafne spostrzeżenia! To zawieszenie lub stwarzanie uczucia wynika wprost – śmiem twierdzić – z pierwszego i najgłębszego doświadczenia, miłości, która się dobrze zapowiadała, ale z przyczyn politycznych nie mogła wypełnić życia dwojga młodych ludzi. Zadziwia brak oskarżeń pod czyimkolwiek adresem. Przeciwnie, czułość w słowach:

Podobałaś się dzieciom,
które miałem mieć z tobą,

świadczy o pełnym zrozumieniu i współczuciu dla ukochanej, która tuż przed śmiercią ostatni raz o nim pomyślała, prosząc któreś ze swoich dzieci o wysłanie listu, napisanego wiele lat wcześniej.  Jan Zdzisław Brudnicki cały ten nurt w poezji nazywa truwerskim lub balladowym i podsumowuje, że najbardziej konstytutywną cechą liryki Łęckiego jest zdziwienie. To orzekła krytyka. Ja bym dodał, że drugą – bywa angażowanie wszystkich zmysłów. Trudno się z tą oceną nie zgodzić po przeczytaniu rozdziałów Ładnie ci w bieli, Wieczna ulotność i Fuga na ziarnko piasku, będących wyborem wierszy z wydanych wcześniej książek pod tymi samymi tytułami. Śmiem jednak twierdzić, że piękne obrazy, zapachy, muzyczne paralele i dotyk posłużyły poecie do pogłębienia opisu i zamierzonego efektu, któremu każdy utwór jest podporządkowany. Niekiedy znajduje się w nim drugie, a nawet trzecie dno. Roman Śliwonik napisał wprost: Wojciech Łęcki (…) pokazał, jak się ocala miłość. Codziennie. I najważniejsze: jego wiersze nie są papierowe. Nie są nudne. Nawet beznamiętnym opisem dociera do uogólnienia, do często przejmującej puenty (Obiad):

Ta łyżka musiała nieraz
wypaść z ręki po raz ostatni.

I znów ktoś się jej trzyma…

Osobny akapit muszę poświęcić książce dwujęzycznej (polsko-czeskiej) Widok ustronny, reprezentowanej dość licznie w omawianym wyborze. Tytułowy wiersz z tego tomu nawiązuje do słynnego utworu ks. Jana Twardowskiego Śpieszmy się…, a nawet jest wobec niego polemiczny, co nie zostało dotychczas zauważone:

Odchodzą, których zdążymy pokochać.
Pozostali obnoszą swoją nieśmiertelność
niczym kapelusz z minionej epoki.

(…)

Samotni, których pokochamy, nie dokarmiają zwierząt.

W dalszej części oceny tej książki posłużę się już cytatem z Maliszewskiego, ponieważ nie znajduję najmniejszej potrzeby wyważania dość precyzyjnie otwartych przez niego drzwi: Autor wreszcie zajął się sobą, swoim dzieciństwem, młodością, splątaną genealogią znaczeń pierwszych. Opis dojrzewania w miasteczku nosi znamiona opisu dojrzewania w ogóle, dojrzewania do podjęcia brzemienia, ciężaru losu. Na to nakłada się zdystansowane spojrzenie po latach, chłód z lekka ironicznej obserwacji, spojrzenie dojrzałego mężczyzny wpadającego od czasu do czasu do miasteczka. Zazwyczaj po to, by uczestniczyć w smutnych obrzędach świadczących o uciekającym czasie. Zadziwia go to, jak miasteczko trwa nieporuszone i to, że sentymentalno-staroświecka substancja świata na uboczu jest wieczna, że nie naruszył jej ząb czasu, a rytuały polityki czy gesty historii spływają po niej jak po kaczce, objawiając się tylko mechaniczną zamianą nazwy ulicy z Lenina na Jana Pawła II. Jako mieszkaniec i adorator podobnego miasteczka, w którym wszystkie ulice bez przerwy uciekają gdzieś w bok i biegną pod górę, podobnych wspomnień i obyczajowych klimatów, muszę przyznać, że obserwacje poety są trafne, a ich poetycki wyraz w swojej powściągliwości i rzeczowości nader udany.

MIASTECZKO NIE

Miasteczko mówi nie
z czym by się nie poszło

Nie bo nie
kiedy już nie ma nic na nie

Wszystko co było
imienia Lenina

teraz nosi imię
Jana Pawła II

Lecz ono nadal
jest na nie

Ale świat ma miasteczko
a miasteczko półświatek

W tym błądzeniu
po podniebnych zaułkach

Ostatni rozdział wyboru stanowią wiersze lingwistyczne, publikowane częściowo przez Bohdana Zadurę w lubelskim Akcencie. Dotykają one zaledwie niewyczerpanych wręcz możliwości polszczyzny. Z konieczności cytuję wyłącznie fragment Śpiewaczka, jeszcze jednego wiersza o skowronku:

zanim wstaną
inne dzwońce
on już pod słońcem

trochę szary
trochę rdzawy
miedzawy

niepokaźnik
ale głośny
za sto wron
nie skowronek
raczej skowron
rosidzwon

Gdy się ma słuch językowy, można sobie pozwalać na zabawy, na słowotwórcze żarty. Jeśli ktoś widział jednak miedzę w sierpniu i skowronka z bliska, temu kolor miedzawy na pewno przypadnie do gustu. 
Nie była moim zamiarem wszechstronna analiza literacka wyboru wierszy Wojciecha Łęckiego, ponieważ nie da się robić poważnych opracowań w sposób okazjonalny. Starałam się jedynie zainteresować wyrobionych czytelników poezji, zasługującą na szersze zainteresowanie twórczością, chociaż powstaje ona na uboczu, z dala od uznanych literackich środowisk. Mam nadzieję, że zamieszczone w powyższym omówieniu wiersze oraz cytowane wypowiedzi uznanych krytyków przekonają niektórych do tego poety.

Wojciech Łęcki: Urwisty brzeg łagodności, Wrocław 2012, Wydawnictwo Komograf

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież