• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Wasyl Żukowski - SWIETŁANA

    A.A.Wojejkowej  

                      1
    W zimowego zmierzchu czas
    Dziewczęta wróżyły;
    To trzewiczki zdjąwszy, wraz
    Za drzwi je rzuciły.
    To za oknem każdy szmer
    Łowiły; sypały
    Licząc ziarnka, kurom żer,
    To  wosk roztapiały.
    Lały wodę w czary szkło
    Pierścień kładły na jej dno
    I swe zausznice;
    Płótnem nakrywały ją,
    Potem, utworzywszy krąg,
    Śpiewały dziewice.

                         2
    Mętnym blaskiem księżyc lśni
    Skryty w mgieł tumanach,
    W smutku i zadumie tkwi
    Milcząca Swietłana.
    „Miła, czemu marszczysz brew?
    Rzeknij choć słóweczko,
    Niech cię rozweseli śpiew
    Pokrzep się czareczką.
    Śpiewaj : „kuj kowalu, kuj
    Pierścień kuj na palec mój,
    Ja się nim zaręczę,
    A ty wieniec złoty zrób,
    Ja w nim w cerkwi wezmę ślub
                                     Z miłym mym młodzieńcem."

                         3
    „Jakże mi tu śpiewać pieśń
    O pierścieniu złotym,
    Gdy mój miły przepadł gdzieś
    I ginę z tęsknoty.
    Niby kamień w wodę wpadł,
    Nie pisał od roku,
    A bez niego dla mnie świat
    Nie ma już uroku.
    Czyżby mnie zapomniał on?
    Pośród jakich obcych stron
    Wiedzie swoje życie?
    Modlę się i ronię łzę,
    Czy ukoi smutki me
    Anioł – pocieszyciel?"

                          4
    Stół przygotowano już;
    Na obrusie lnianym
    Świecę postawiono tuż
    Przy zwierciadle szklanym.
    Dwa nakrycia stoją też;
    „Wyczytaj Swietłano,
    Z lustereczka jeśli chcesz,
    Co tam zapisano.
    O północy zjawi się
    Miły, stuknie w okno twe,
    Szczęknie zamek dźwierzy,
    Same się otworzą mu,
    A ty z miłym swoim tu
    Siądziesz do wieczerzy."

                          5
    Oto miłe dziewczę me
    Przy stole zasiadło,
    Z trudem tłumiąc lęki swe,
    Spogląda w zwierciadło.
    Pusto w nim jest cały czas,
    Głucha cisza wokół;
    Pełgającej świecy blask
    Ledwie widać w mroku.
    Strach ją przejął w chwili tej,
    Krew zastygła w żyłach jej –
    Gdzie szukać pomocy?
    Płomyk świecy wydał trzask,
    Głucho gdzieś zaćwierkał raz
    Świerszcz, zwiastun północy.

                          6
    Nieruchomo dziewa tkwi,
    Boi się oddychać…
    Wtem cichutki stuk do drzwi
    I zgrzyt zamka słychać.
    Patrzy w lustro. Pełna drżeń
    Widzi za plecami:
    W mroku tajemniczy cień
    Błyska źrenicami.
    Strach Swietłanie zjeżył włos…
    Nagle usłyszała głos
    Cichy ,lecz wyraźny:
    „Nie bój się, to jestem ja,
    Wysłuchana prośba twa
    W niebiosach przyjaznych!"

                           7
    Widzi, że to miły jej
    Wyciąga swe ręce:
                          „Kładę kres rozłące złej
    I tęsknoty męce.
    W cerkwi czeka na nas gdzieś
    Pop razem z diakonem,
                          Chór weselną śpiewa pieśń

                                     Świece zapalone."
    Odpowiedział czuły wzrok,
    Wyszli razem w nocy mrok,
    Sanie tam czekają.
                          Pięknie ozdobione są,
    Niecierpliwie konie rżą
    I uprząż targają.

                           8
    Wsiedli… zaprzęg chyżo mknie,
    Para z nozdrzy bucha,
    Śnieg spod kopyt wzbija się,
    Istna zawierucha.
    Gnają… głuchą pustkę wkrąg
    Widzi wzrok Swietłany,
    Księżyc kryje się za mgłą,
    Majaczą polany.
    Budzą lęk przeczucia złe.
    Rzecze dziewa słowa te:
    „Czemu milczysz, miły?"
    A on, niemy niby głaz,
    W ciemność patrzy cały czas,
    Blady i bez siły.

                           9
    Choć głębokie śniegi tam
    Wciąż szybki bieg koni;
    Wtem samotny boży chram
    Z mroku się wyłonił.
    Wicher drzwi otworzył im:
    W chramie ludzi mrowie,
    Spowił kadzidlany dym
    Świece pogrzebowe.
    Trumna tam czernieje – i
    Pop głębokim basem grzmi:
    „Pójdziesz do mogiły!"
    Serce dziewy pełne drżeń,
    Milczy miły, niby cień,
    Blady i bez siły.

                         10
    Nagle śniegiem z gęstych chmur
    Sypnęło garściami
    I kruk czarny z szumem piór
    Wzleciał nad saniami.
    Biada ci! -  zakrakał ptak,
    Coraz szybciej bieżą
    Konie, czujnie śledząc szlak,
    Grzywy im się jeżą.
    A wtem widać w mroku blask:
    W małej chatce pośród zasp
    Okna oświetlone.
    Coraz szybszy koni bieg,
    Bryzga spod ich kopyt śnieg,
    Gnają w chatki stronę.

                         11
    Dojechali tam… i w mig
    Wszystko gdzieś przepadło:
    Zaprzęg, sanie, miły znikł
    Jak senne widziadło.
    Porzucona w nocnej ćmie,
    Sama, bez nadziei,
    Swietłana zadręcza się
     Wśród śnieżnej zawiei ;
    „Jak do domu wrócić? – Wszak
    Śladów sań na śniegu brak…",
    Żegna się pobożnie.
    W chacie światełko się tli,
    Stuka lekko, potem drzwi,
    Otwiera ostrożnie.

                        12
    I cóż?... W małej chatce tej
    Trumnę ustawiono.
    Święty obraz obok niej,
    Świeca przed ikoną.
    „Ach, cóż począć, gdzie się skryć,
    Co się ze mną stanie?
    Pewnie straszny musi być
    Pustelni mieszkaniec…"
    Drżąca, ze łzami jak groch,
    Przed ikoną padła w proch,
    Panu się skłoniła,
    W dłoni swój ścisnęła krzyż
    I cichutko, niby mysz
    W kąciku się skryła.

                       13
    Skończył się zamieci czas…
    Świeczka blado świeci;
    To przygasa, to znów raz
    Płomyk się roznieci…
    Świat w głębokim, martwym śnie,
    Wkoło cisza głucha…
    Cyt, Swietłano, słychać, że
    Coś cichutko grucha…
    Patrzy tam- i widzi jak
    Białopióry leci ptak,
    Jarzą mu się oczy.
    Gołąb w kąt Swietłany spadł
    Na jej piersiach cicho siadł,
    Skrzydłami otoczył.

                       14
    Cicho znów w zakątku tym…
    Dziewa z lękiem w duszy
    Widzi: pod całunem swym
    Zmarły się poruszył…
    Zerwał płótno z twarzy już,
    Mroczniejszej od nocy,
    Ma na skroniach wieniec z róż
    I zamknięte oczy.
    Wtem jęk cichy rozległ się,
    Rozprostować zmarły chce
    Palce zesztywniałe.
    Czeka biedna dziewa drżąc,
    Na swą zgubę, ale ją
    Chronią skrzydła białe.

                      15
    Wtem rozwinął gołąb je,
    Potem niby strzała
    Pomknął w tamtą stronę, gdzie
    Straszna trumna stała.
    Znów zajęczał cicho trup,
    Zęby zazgrzytały,
    Oczy mu stanęły w słup,
    Członki zesztywniały…
    Znowu swe powieki zwarł
    A upiorna siność warg
    Znakiem śmierci była…
    Patrzy dziewa… Stwórco nasz!
    Przecież to miłego twarz!
    Ach!  -   i się zbudziła.

                      16
    To już nie jest chata zła,
    Ale izba własna!
    Przez zasłonkę niby mgła,
    Świeci zorza jasna.
    Kur nastroszył pióra swe,
    Pianiem dzień obwieścił,
    W Swietłanie przeczucia złe
    Budzi sen złowieszczy;
    „Ach , upiorny, groźny śnie,
    Dobrze mi nie wróżysz, nie!
    Jakie przeznaczenie
    Kryją mroki przyszłych dni?
    Co przyniosą one mi,
    Radość, czy zmartwienie?"

                        17
    Siadła, tchu jej w piersiach brak,
    Za oknem Swietłany
    Widać jest szeroki trakt
    Przez śnieżne tumany.
    W rannym blasku słońca lśnią
    Śniegowe gwiazdeczki,
    Gdzieś, daleko w ciszy brzmią
    U sanek dzwoneczki.
    Śnieg spod kopyt wzbija się,
    Jak na skrzydłach zaprzęg mknie,
    Pędzi jak szalony.
    U wrót stanął on -  i wnet
    Przybysz na ganeczek wszedł,
    Kto: -  jej narzeczony.

                       18
    Na cóż ci, Swietłano, sny
    Nieszczęścia wróżące ?
    W drzwiach miłego widzisz ty,
    Nadszedł kres rozłące.
    Ten sam wciąż miłości żar
    W oczach ma i w duszy,
    A słów czułych jego czar
    Pieści twoje uszy.
    Niech was przyjmie boży chram,
    Niebo niech zgotuje wam
    Wierności przysięga.
    Czy kto młody, czy też dziad,
    Niechaj życzy wam sto lat
    I po puchar sięga.


                                              *
                                            
                                             19
                           
                          Z uśmiechem życzliwym chciej
    Przyjąć tę balladę;
    Wiele dziwów znajdziesz w niej,
    Choć nie grzeszy ładem.
    Szczęśliwy uśmiechem twym
    Na sławę nie liczę;
    Są ulotne niby dym
    Pochwały zwodnicze.
    Morał się narzuca sam:
    Lepiej w życiu wierzyć nam
    Stwórcy zamierzeniu
    I zasadzie, która brzmi :
    Nieszczęście się tylko śni,
    Szczęście – w przebudzeniu.

                       
                       20
    O, niech cię nie trwożą złe
    Sny, moja Swietłano…
    I niech Stwórca chroni cię
    Przed rozpaczy raną.
    Niech najmniejszy smutku cień
    Czoła nie spowija,
    Duszę jasną niby dzień
    Troska niech omija.
    Niech spokojnie życie twe,
    Niby strumyk cichy mknie,
    Pośród łąk zieleni.
    Zachowaj wesołość swą,
    Niechaj każdą chwilę twą
    Ona opromieni.
    (1813)                 
                  Przełożył
          Andrzej Lewandowski

    Również tego autora