Stanisław Chyczyński - Utkin pośród wielu

Będzie to rzecz o Jerzym Utkinie, który umieścił w swoim poetyckim herbie rym i rytm. A ponieważ dzisiaj, w dobie postawangardy, rymowany wiersz sylabotoniczny (a także toniczny) stał się przeżytkiem i uosobieniem kiczu, najsampierw trzeba bardzo skrótowo określić proces, jaki do tego doprowadził. I dopiero w tym kontekście twórczość Utkina krytycznie i historycznie usytuować. Jest to zadanie o tyle interesujące i bardziej sensowne, o ile dziewicze. A jest dziewicze, gdyż większość egzegetów, komentujących jego poezję, traktuje przedmiot refleksji w oderwaniu od tła sytuacyjnego. Inaczej mówiąc, gros interpretatorów postrzega Utkina jako odosobniony przypadek, którym przecież nie jest. Właściwie tylko Leszek Żuliński, w niezwykle ciekawym i (momentami) cierpkawym eseju „Przekraczanie granic" (LM nr 1-2/2009, 1/2010), spróbował artystyczny casus pilanina uwypuklić w obrębie większej całości. Ale do tego eseju będę odwoływał się nieco później.
    Debiutujące po czasach literatury socrealizmu, pokolenie „Współczesności" miało jeszcze zielone światło na podtrzymywanie wyraźnych związków z tradycją. W poezji afiliacje te przejawiały się m.in. w akceptacji tych, którzy (jak np. Mieczysław Jastrun, Jarosław Iwaszkiewicz, Czesław Miłosz) pozostawali wierni mowie wiązanej. Mało tego, czołowi przedstawiciele pokolenia 56, więc Stanisław Grochowiak i Tadeusz Nowak, sami chętnie i z przekonaniem uprawiali poezję rymowaną i zrytmizowaną. Nazywam tę poetykę turpizmem estetyzującym, do której ponadto zaliczam lirykę Jarosława Marka Rymkiewicza, luźno związanego z kultową ongiś „Współczesnością", najsłynniejszego reprezentanta neoklasycyzmu. W tamtych czasach nie gardzili rymami i średniówkami również inni poeci, tacy jak Artur Międzyrzecki, Ernest Bryll, Tadeusz Śliwiak, oraz przyszła nasza noblistka – Wisława Szymborska. A skoro niektórzy z nich mieli swoich naśladowców (w postaci np. Tadeusza Urgacza lub Sławomira Kryski), wydawało się, że rymowany wiersz sylabotoniczny ma się dobrze, mając przed sobą długą przyszłość.
    Były to tylko pozory, zaklęcia na wodzie pisane, gdyż z nadejściem Nowej Fali skończył się kulturowy boom dla tego typu narracji. Poezja lingwistyczna zepchnęła na drugi plan tradycyjny model wierszopisania, implikując odwrót młodych gniewnych od zwietrzałych autorytetów i autorów na koturnach, żeby nie rzec – na szczudłach. Po Nowej Fali poszukiwanie «nowego języka» stało się niemal świętym obowiązkiem dla wstępujących generacji poetyckich. Zmagania z tym problemem, a raczej – zadaniem czy wyzwaniem, trwały w naszym cywilizacyjnym zaścianku znowu parę dekad. Na Zachodzie zdążyła zatryumfować królowa Ponowoczesność, wyniesiona na tron przez filozofów w rodzaju Jeana F. Lyotarda, Jacquesa Derridy czy Michela Foucaulta. Nasze prestiżowe czasopisma literackie („Twórczość", „Odra", „NaGłos") nadal programowo lansowały i rekomendowały wszelakich awangardzistów – ze szkodą dla inaczej myślących i piszących. Reprezentantów Nowej Fali zmiotły ze sceny krajowej rosnące w siłę szeregi neobarbarzyńców, bruLionowców, postmodernistów. Awangarda, po raz kolejny, zmieniła tylko swoje oblicze. „Rym i rytm pozostały w skansenie" – słusznie, lakonicznie i niezaprzeczalnie zauważa Leszek Żuliński we wspomnianym eseju.
    Lata mijały, postmodernizm rozwijał się i krystalizował, uświadamiając krytykom i teoretykom literatury pewne (dla niektórych bolesne?) konieczności i konsekwencje. Na przykład diagnoza literackiego „wyczerpania" paradoksalnie doprowadziła do rehabilitacji zastanych systemów wersyfikacyjnych tudzież klasycznych form poetyckich (sonet, oktostych, limeryk etc.). Oczywiście, jest to przywrócenie godności tylko częściowe i ograniczone, ponieważ w mentalności wielu krytyków, jurorów i redaktorów wciąż pokutuje przekonanie, że „wstyd jest rymować!" (parafraza z Żulińskiego). Znajduje to bezpośrednie przełożenie na możliwość druku w opiniotwórczych periodykach czy na przyznawanie określonych nagród literackich.
I

Jerzy Utkin (r. 1963) obchodzi w tym roku 30-lecie pracy twórczej. W prasie debiutował w 1982 jako poeta, zaś parę lat później wydał swą pierwszą książkę „Identyfikacja" (1985). W następnych latach regularnie publikował wiersze w prasie ogólnopolskiej („Wiadomości Kulturalne", „Literacka Polska", „Nurt", „Twórczość", „Pismo Literacko-Artystyczne"). Od początku poeta z Piły przejawiał wyraźne inklinacje do mowy wiązanej. Zbigniew Szwaja dla tego typu miłośników tradycji ukuł określenie „rymu czciciel". Natomiast Leszek Żuliński tak charakteryzuje poezję naszego bohatera: „Wiersz rymowany, najchętniej sylabotoniczny o szerokiej frazie, stał się rozpoznawalną marką Utkina, ba, czym więcej: jego ostentacyjnym wyborem" (tamże). Piątą część wspomnianego eseju Żuliński zatytułował „Pod prąd", omawiając w niej twórczość tylko dwóch poetów-kontestatorów, w tym właśnie J. Utkina. Zatem, nawiązując do tegoż podtytułu, można by powiedzieć, że autor „Oktostychów" świadomie i celowo popłynął (i nadal płynie) pod prąd rozwoju polskiej poezji najnowszej.
    Jako poeta Utkin zaczął zdobywać laury na konkursach literackich i robić karierę na przełomie lat 80-tych i 90-tych ub. wieku. Wiernie i wyzywająco hołdował rymom, rytmom i cezurom w dobie bezwzględnej hegemoni vers libre’u. Na tym chciał oprzeć odmienność i oryginalność swojej poezji, na tym chciał zbudować gmach swego sukcesu. I w dużej mierze to mu się udało, chociaż w tym „ostentacyjnym wyborze" wcale nie był sam. Już wtedy pod prąd szerokiej rzeki o nazwie Awangarda (która to już z kolei?) płynęli inni nasi poeci: Anna Błachucka, Krzysztof Ćwikliński, Krzysztof Koehler, Ariana Nagórska, Anna Piwkowska, Henryk Rejmer, Sławomir Rudnicki. Jedni niemal rówieśni Utkinowi, inni trochę starsi. Jeszcze później pojawili się Stanisław Chyczyński, Wojciech Wencel i Szymon Babuchowski. Niewątpliwie największą karierę z nich wszystkich zrobił twórca „Imago mundi", ale to już inna historia. Jerzy Utkin nie był osamotniony w tym, co robił, ani nie mógł czuć się samotny. Wręcz przeciwnie, czuł oddech konkurencji na karku i to jeszcze bardziej go mobilizowało do systematycznego wysiłku. Poeta z Piły stał się więc niezwykle płodny i samopowielający się. (Właściwie każdemu artyście grozi popadnięcie w autoepigonizm, ale tutaj ilość przechodzi niekiedy w jakość). Utkin to demon literackiej płodności. Pod tym względem mógłby konkurować ze Stefanem Pastuszewskim, Edmundem Pietrykiem czy Tadeuszem Wyrwą-Krzyżańskim. Podobnie do nich wydawał po dwie książki rocznie. Niektóre jego pomysły przeskakiwały z jednej do drugiej, czego przykłady znajdziecie w tomikach: „Rozmawiaj sam ze sobą" (2009), „Mgły znad Gwdy" (2010), Piołun i orzech" (2011), „Strach i wstyd" (2011). Oto Paulina Klessa, w szkicu „Między piekłem a niebem" pisze wprost: „Daje się zauważyć, że w poezji Utkina jest kilka rozpoznawalnych powtórzeń, które działają na jej niekorzyść" („Akant", XI 2010). Według autorki na te powtórki składają się przede wszystkim: 1) powielanie symboli (np. perły, chusta, młyński kamień); 2) motyw karpia (dotyczy to głównie tomiku „Czas milczenia" [2009]). Trudno P. Klessę posądzać o złośliwość, skoro tak szeroko, skwapliwie i skrupulatnie omawia poetycką twórczość Utkina. Irytujące repetycje zdarzały się także wielkim (E. Bryll, T. Nowak, J. M. Rymkiewicz), ale oddziaływanie takich „zapętleń" na całokształt artyzmu rzadko kiedy bywa pozytywne.
    A propos – osobnym, ale i analogicznym, problemem w liryce Utkina są (nie)jawne zapożyczenia, jakie od czasu do czasu wołają o przypisy. Tak to się praktykuje w stuprocentowo profesjonalnych edycjach. Rzecz jasna nie musi to dotyczyć bardzo znanych wyrażeń, które zdobyły sobie prawo obywatelstwa w globalnej kulturze, np. „smuga cienia", „jądro ciemności", „obłok w spodniach". Ich autorstwo jest na ogół znane. Wszelako inaczej sprawa wygląda w przypadku mniej znanych formuł, typu: „kraina pleśni", „popiół smutku" czy „traw litanie". Śmiem wątpić, że absolwenci filologii polskiej wiedzą, kto tak naprawdę je wymyślił. Stąd z kategorii aluzji literackich muszą spaść do kategorii minicytatów.

II
Klasycyzująca poezja Jerzego Utkina  zwykle jest przyjmowana bardzo ciepło, wywołując zachwyty czytelników i krytyków. Kolejne jego książki są komentowane głównie przy użyciu superlatyw i komplementów. Tak oto pisze o nich np. Paweł Kuszczyński: „To już nie tomiki, ale tomy wierszy, których treść jak i forma są najwyższego lotu. Wiersze Utkina to poezja wysublimowana, żeby nie powiedzieć wyrafinowana" („Owocne poezjobranie"). Faktycznie, jakby za przykładem Tadeusza Nowaka (vide: psalmy, psalmy nowe, pacierze), Utkin lubi układać i ustawiać swoje wiersze w cykle utworów jednostajnych i jednorodnych formalnie. A to w oktostychy, a to w sonety, a to w ciągi tercyn. Przy czym preferuje sprawdzony i dostojny trzynastozgłoskowiec. Czy dzisiaj jest to czymś wyjątkowym? Sławomir Rudnicki ma na koncie ponad 500 tradycyjnych sonetów. Anna Błachucka ma ich 5 razy mniej, ale również składa książki jednolite formalnie. Dwa lata po sonetach z „Coraz bardziej mnie nie ma" Utkina, Wojciech Łęcki ogłosił cykl niespełna 30 typowych sonetów, pt. „Wieczna ulotność" (2007). A Kalwaryjczyk wydał dwa zbiorki wyłącznie z ośmiowersami („Oktawy mimo wszystko" [2000], „Czarna pończocha" [2005]), ale czy to było przejawem jakiegoś naśladownictwa? A może raczej – wynikiem aspirowania do określonego celu? Moim zdaniem tego rodzaju koncepty dają się trywialnie wytłumaczyć paralelizmem potrzeb, który rodzi zbieżne kreacje. Zapewne od czasu „Trenów" (1580) Kochanowskiego ciężar gatunkowy analogicznych rozwiązań kompozycyjnych wydatnie zmalał…
    Jerzy Utkin to szczęśliwy posiadacz szczerozłotego talentu poetyckiego. Jest prawdziwym wirtuozem słowa, mistrzem w żonglerce rymami, metaforami i kalamburami. Ze szczególnym upodobaniem zwykł się posługiwać dystychami i tercynami, przerzutniami i mocnymi pointami. Najlepsze jego wiersze niezwykle konsekwentnie pracują na finalny akord – zgodnie ze szlachetnymi zaleceniami old school of poetry. Zadziwiające, ale skądinąd niektóre jego „ósemki" przywołują na myśl krótkie wiersze Tadeusza Peipera, co jest najprawdopodobniej rezultatem przypadku. Być może takie wrażenie wywołuje ewidentna predylekcja Utkina do sentencjonalnych sformułowań. Spore nagromadzenie aforyzmów – lub ich równoważników – znaleźć można już w zbiorku „Pomilczymy o wszystkim" (2006). Oto pełna garść przykładów: „najmocniej biją bliscy bowiem są najbliżej", „najmocniej biją bliscy są najbliżej serca", „ktokolwiek komuś ufa będzie zawiedziony", „serce ma swoje prawa rozum o nich nie wie" (z Błażeja Pascala!), „kiedy inni wymownie załamują ręce / nam zostaje milczenie", „niczego nas nie uczą naszych przodków dzieje" (tamże). Niektóre z nich są po prostu śmiałymi prowokacjami („nie ma miejsca na miłość w niebie i na ziemi"), inne jawnie przeczą empirii („ktokolwiek na coś czeka zawsze będzie czekał"), jeszcze inne zaprzeczają same sobie („zmieniają się nazwiska lecz nic się nie zmienia"). Czytelnika najbardziej radują te, w których filozofującemu poecie udało się zakląć jakąś nietuzinkową, niebanalną, niepokorną myśl: „Jest ból, bo nie być – już nie może", „nie podli tak do końca lecz wciąż upodleni", „w niebie jak i na ziemi tylko chłód i pustka", „jedynie myśl o śmierci daje wolę życia". (Gwoli formalności wyjaśniam, że pochodzą one z różnych lat i z różnych tomików).
    Liryczne wiersze Utkina oscylują pomiędzy problemami egzystencjalnymi (samotność, miłość, (nie)spełnienie etc.), tematami metafizycznymi (np. poszukiwanie Boga nieznanego), a wątkami religijnymi (np. zgodność [lub jej brak] praktyki z teorią w łonie Kościoła rzymskokatolickiego). Okazuje się, że autora „Trwogi trzciny" stać zarówno na śmiałe erotyki lub subtelne wyznania miłosne („bo wiele kochałem" – jak sam przyznaje), jak i na przenikliwe psychologizowanie, czego przykładem choćby „krew i rdza", gdzie czytamy:
(…)
ilu z nas szło na tory spojrzeć prosto w oczy
pędzącemu z oddali swemu przeznaczeniu
by w ostatnim momencie zwątpić i odskoczyć
i znowu się pogrążyć w cieniu i w cierpieniu
(…)
Trzeba mieć, delikatnie mówiąc, odrobinę samokrytycyzmu i samodystansu, aby – nie stroniąc od alkoholu – widzieć w „kolejnym kieliszku zbawienia namiastkę" (tamże). Niemal ten sam motyw pojawia się w „kropli za kroplą":
(…)
kieliszek za kieliszkiem sączy się goryczą
w serca które w głąb siebie rozpaczliwie krzyczą

Ową kapitalną metaforę «krzyku do wewnątrz» poeta wykorzystywał przy wielu okazjach (np. vide wiersze: „milcz", „dobij w sobie nadzieję", „dusze i sumienia"), niestety osłabiając w ten sposób jej ekspresyjność.
    Najwięcej metafizycznych treści można by się spodziewać po cyklu dwunastu utworów, pisanych tercynami, a noszących ten sam tytuł „Morze metafizyczne" (t. „W srebrnym świetle ukryty" [1992]). Ten specyficzny poemat otwiera kolejna złota myśl Utkina: „Uciekając na morze zawsze spotkasz siebie". Podmiot liryczny jest tutaj typem Ulissesa, doznającego różnych olśnień i zaćmień, upadków i wzlotów podczas wędrówki przez przestrzeń psychologiczną, przez bezkres wyobraźni, przez życie aż do śmierci. Innym ciekawym utworem, podobnie skonstruowanym, jest poemat historyczno-fantastyczny o prowokacyjnym tytule „Niech mnie piekło pochłonie" (2009). Jego głównym bohaterem jest Krzysztof Tuczyński (XVI/XVII w.), kasztelan poznański, promotor katolicyzmu w Tuczynie. Postać modelowo kontrowersyjna – jako zasłużony dla kontrreformacji gwałtownik i okrutnik. Poeta, korzystając ze świetnej okazji, ostro i bezpardonowo piętnuje taką postawę, będącą jaskrawym zaprzeczeniem chrystianizmu. Ponieważ utwór składa się z dwunastu sonetów, samorzutnie nasuwają się skojarzenia z cyklem „Trzynaście sonetów" Stefana Pastuszewskiego, inspirowanych dziełami Francesca Petrarki (vide: „Sonety i poematy" [1999]). Czy ogłoszenie tegoż zestawu przez Pastuszewskiego było de facto jakimkolwiek asumptem do powstania cyklicznego poematu Utkina – pozostanie do końca świata słodką tajemnicą…

III

Poemat „Niech mnie piekło pochłonie" stanowi niejako pomost łączący czystą lirykę Utkina z drugim, diametralnie odmiennym nurtem w jego, uzbrojonym w rymy i rytmy, piśmiennictwie. Tak naprawdę poemat ten nosi cechy publicystyki społeczno-obyczajowej, która już dochodziła do głosu w „Trwodze trzciny" (2008). Prawdziwie lwi pazur odsłonił Utkin w kolejnych książkach poetyckich, mianowicie w: „Rozmawiaj sam ze sobą", „Piołun i orzech", „Strach i wstyd", a poniekąd i w „Czasie milczenia". Na osobną uwagę zasługuje skądinąd właśnie ta ostatnia, jako że została złożona z samych wierszy wolnych (o sztandarowo nieregularnej budowie), co w dorobku Utkina stanowi ewenement.
    Poeta z Piły porzuca jakby prymarne i prywatne sprawy, a bierze na warsztat problematykę społeczno-polityczną. Stawia siebie w roli słynnego królewskiego błazna Stańczyka lub nie mniej słynnego narodowego kaznodziei Piotra Skargi. Może nawet bardziej na miejscu tego drugiego, chociaż organicznie nie cierpi wszystkiego, co się z klerem wiąże. (Podkreśla z dumą: „wątpię więc jestem / wrogiem wszelkiej / wiary", zapominając, że przyrodoznawstwo notabene zawiera sporą domieszkę… świeckiej wiary!). Oto wali z grubej rury do przedstawicieli wszystkich stanów, do funkcjonariuszy państwowych i do hierarchów kościelnych, do biznesmenów, polityków i wyborców, do bliźnich, sąsiadów i kolegów. Bezlitośnie natrząsa się z naszych odwiecznych, notorycznych wad narodowych i zawzięcie piętnuje wszelkie nagminne przywary. Ich litania może być długa: tchórzostwo, warcholstwo i wiarołomstwo, obżarstwo i opilstwo, prywata i egoizm, głupota i obłuda, chciwość i nieuczciwość, oportunizm i obskurantyzm, krótkowzroczność, znieczulica społeczna et cetera. A oto mała próbka celności strzału:
(…)
nie masz własnego zdania powtarzasz frazesy
garść miedziaków namiastką złota pełnej kiesy

rzucasz ziemię skąd ród twój i nie dbasz o mowę
obcy język wszechwładny a ojczystym słowem

gardzisz bo tak cię uczą zgadzasz się na wszystko
byle mieć święty spokój i nad pełną miską

łeb pochylić nie wiedząc co wokół się dzieje
na zawsze grzebiesz miłość wiarę i nadzieję
(„Jak zagrają")
Jak widać z upodobaniem mnoży ciągi dystychów, upodabniając swoje wiersze do słynnych utworów J. M. Rymkiewicza. Wykazuje się przy tym niezwykłym mentorskim temperamentem i determinacją nagle zbudzonego i zbulwersowanego moralisty.
    Nie jest to żadne nowe oblicze poety, ponieważ zapędy moralizatorskie ujawniał już prawie od początku kariery. Tutaj przybrały one tylko wybujałą formę, tak jakby autor wpadł w dziwny trans podczas wygłaszania płomiennych kazań (stąd skojarzenia ze Skargą). Pobrzmiewają w tych satyrach nobliwe tony autentycznej troski o losy ojczyzny i ojczystego języka, wyzierają z nich autorskie sympatie i antypatie polityczne (vide wiersz: „prawi i sprawiedliwi"), wysypują się „sproszkowane" marzenia o naprawie świata. A ponieważ trzy wskazane zbiorki są do siebie bliźniaczo podobne, pojawia się wrażenie pewnego znużenia, wywołane nadmiarem i nadwyżką. Utkin wydaje się działać wedle maksymy niderlandzkiego pisarza Luisa Paula Boona: „Kop ludzi, aż ich ruszy sumienie". Powielane po wielekroć połajanki poety po dłuższej chwili stałyby się nieznośne i niestrawne dla odbiorcy, o czym Utkin doskonale wie. Dlatego próbuje ratować sytuację, ostrze krytyki skierowując także na samego siebie. Stąd cały tuzin wierszy o znamiennych tytułach: „autoportret trwożny", „autoportret z wieprzem", „autoportret z owcą", „autoportret z błaznem", „autoportret z wołem", „autoportret z koniem", „autoportret ze strusiem", „autoportret z gnidą" et cetera. Na ile to zabieg skuteczny, czytelnik musi ocenić sam.
    I znowu powstaje pytanie, czy Jerzy Utkin (jako satyryk i moralista bijący na alarm) jest osobny i oryginalny? Równolegle do niego podobnej publicystyki imali się inni nasi poeci. Na przykład Ariana Nagórska z Gdańska, Marian Stanisław Hermaszewski z Lublina, Kazimierz Józef Węgrzyn z Istebnej. (Poprzestanę na trzech przykładach, bo podpieranie się trójcą weszło mi już w krew). Wszyscy oni wyszydzali słabostki i śmiesznostki rodaków. Wszyscy oni dzielili swoje wiersze na strofy, ozdabiali je zgrabnymi rymami, baczyli na regularność rytmu. Ale czynili to na swój sposób, odmiennie, zaś różnice wynikały z indywidualnych preferencji leksykalnych, frazeologicznych, wersyfikacyjnych itd. Różnice te pozostają wyraźne również pomiędzy wskazaną trójką poetów a bohaterem niniejszego szkicu.

IV

Gdyby Jerzy Utkin nie był tak płodnym rymopisem, mógłby spokojnie być poczytnym prozaikiem. Debiutował minipowieścią „Czarny Albatros" (2003). I trzeba przyznać, że był to udany debiut, bo rzecz czyta się gładko i wartko, z rosnącym zainteresowaniem. Jest to opowieść przygodowo-historyczna, prawdopodobnie napisana z myślą o młodzieży. Jej bohaterem jest – nomen omen – leutnant Martin Engel, czyli legendarny pilot pochodzący ze Schneidemühl (dawna nazwa Piły) i walczący „za cesarza" podczas I wojny światowej. Ponieważ drzewiej autor pasjonował się historią, zgłębiał arkana lotnictwa i zbierał modele samolotów, być może ta książka stanowi zastępczą formę spełnienia jego młodzieńczych marzeń…
    Osiem lat później Utkin ogłosił następną powieść, pt. „Chwiejnym krokiem przez bagno" (2011). Książka ma wyraźny charakter autobiograficzny – narratorem i główną dramatis persona jest tu ex-kaowiec, dziennikarz i poeta, mieszkający i pracujący w jakimś (?) prowincjonalnym, wielkopolskim mieście. Zarabiając na życie w lokalnym brukowcu, zmuszony jest do zajmowania się mało ambitnymi tematami społeczno-obyczajowymi. Zatem utrzymuje stałe i bliskie kontakty z chuliganami i narkomanami, przestępcami i prostytutkami, bezrobotnymi i bezdomnymi. Swoją poetycką wrażliwość często neutralizuje różnymi trunkami, gdyż stabilne kroczenie przez bagna codzienności sprawia mu coraz większy problem. Praca go nie satysfakcjonuje, nie jest zadowolony z życia, nie jest szczęśliwy, więc bardzo krytycznie odnosi się do siebie i do otaczających go realiów. W końcu dochodzi do głosu autodestrukcja. Jej wstępnym przejawem jest życzenie: „żebym już więcej nie musiał być. Nikim. I tak w ogóle" – wystosowane go wirtualnej Złotej Rybki.
    Czytelnik znajdzie tutaj dużo scenek rodzajowych z życia drobnomieszczaństwa i lumpenproletariatu, dużo zgryźliwych uwag o głupocie i hipokryzji Polaków, dużo przygnębiających refleksji nt. doli człowieczej. Na przykład: „Czy można cieszyć się z czyjejś śmierci? Można". W porównaniu z pierwszą, ta druga powieść jest dziełem dojrzalszym i dowcipniejszym. Jako prozaik J. Utkin plasuje się gdzieś pomiędzy Stefanem Pastuszewskim a Wojciechem Wierciochem, tak bardziej w lewo niż w prawo.

V

    Krytycy (np. P. Kuszczyński, Z. Łączkowski, L. Żuliński) zgodnie dostrzegają w Utkinie jednocześnie tradycjonalistę i nowatora. Jeśli się dobrze postarać, można tę dwoistość zobaczyć zarówno w poezji, jak i w prozie. Oczywiście, sztuka rymotwórcza zdecydowanie przeważa w dorobku autora „Oaz i fatamorgan", więc jedno zadanie będzie łatwiejsze od drugiego. Jest on pisarzem wybitnie ambitnym, przeto rodzi się nadzieja, iż w prozie zacznie jeszcze odważniej eksperymentować i poszukiwać nowych możliwości narracyjnych. Potencjał kusi do działania – być może niebawem doczekamy się kolejnej (mini)powieści literata z Piły. Na razie swój twórczy jubileusz oficjalnie uczcił eleganckim (już drugim) wyborem swoich liryków „Pod żadną gwiazdą" (2012).
    Jako poeta Jerzy Utkin początkowo pozostawał pod silnym wpływem Josifa Brodskiego, ale później został uczniem Jarosława Marka Rymkiewicza (wprawdzie można by pokazać jeszcze głębsze zakorzenienie tej sztuki słowa, sięgające aż go baroku, ale moim zdaniem byłby to trop zwodniczy i poboczny). Momentem przełomowym stał się bodaj zbiorek „Rozmawiaj sam ze sobą". Powyżej starałem się wykazać, że pilanin nie działa w próżni, że otaczają go poeci, którzy w podobnych okolicznościach dokonali zbieżnych „ostentacyjnych wyborów" i pozostali im wierni do dziś. Chociaż nie jest do końca tak osobny i oryginalny, jak to głoszą entuzjaści jego mowy wiązanej, trzeba oddać Utkinowi tę sprawiedliwość, że dorobił się imponujących osiągnięć. Przede wszystkim wypracował sobie atrakcyjny, wyrazisty, łatwo rozpoznawalny styl poetycki, co jest arcyważną cechą dobrej sztuki. Według innego poety z Piły, Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego, jest to najważniejsze kryterium artystyczne. Temu właśnie swemu ziomkowi Jerzy Utkin poświęcił piękny sonet pt. „wyjście", w którym czytamy:

chwytamy się tonący pętli albo brzytwy
gdy mgły znad Gwdy wlewają gorycz w nasze usta
odchodzimy bez słowa mewy lub rybitwy
cień znad rzeki nas ściga tylko mgła i pustka

Przy całej swojej wrażliwości i wysubtelnieniu, autor tych słów na pewno nie jest mięczakiem i desperatem. Niezdrowe wyziewy, depresyjne mgły znad rzeki, zaściankowe klimaty tak naprawdę nie są w stanie utalentowanemu poecie zaszkodzić. Jego imię zostanie wywyższone i zapamiętane.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora