Łukasz Prus - W drodze

– Tak, tak, panowie, prawdę mówię. Jak wichura się przez wioski przetoczyła, to niech nas anieli bronią. Od Młyna – starzec wyciągnął zgrabiałą dłoń i zatoczył nią półkole nad ich głowami. Powiedli za nią i zatrzymali wzrok na pokrzywionych i sczerniałych deskach stodoły. – Przez las, korytarz do dzisiaj w drzewostanie został, prosto na nasze pole i cisza potem. Gniew Pana Boga, panowie. Chałupy porozwalało, stodoły, a kapliczkę, co pod złamanym drzewem stała, nic nie ruszyło. Nawet kwiatuszka!
    Popatrzyli po sobie nie wiedząc, co odpowiedzieć gospodarzowi.
 – Duża woda – Karol pochylił się nad betonową studnią.
 – Bogu dziękować, że deszcze w tym roku dopisały, plonów ludziom nie poniszczyło i od suszy nas osłonił. Ale panowie z Warszawy? – gospodarz nie poczekał na odpowiedź. – Byłem ja w Warszawie, moi panowie. Ho, kupę lat! Ale teraz, niech mnie Pan Bóg broni przed zgubą, tak.
 – Da się żyć. Nie jest tak źle! – odparł Tomasz. – Ale jak pan sam widzi, i młodym dobrze uciec na jakiś czas.
 – Wie pan, przez wakacje, to człowiek w domu nie może usiedzieć. Gnać chce w prawdziwy świat – dokoła rozejrzał się Karol.
 – Panowie z miasta, to i przyjemnie im odetchnąć wiejskim naszym powietrzem. Ale tutej nikt dla przyjemności po polach nie chadza. Robota ciężka. Od rana do nocy.
    Z ostatnim słowem staruszka z domu naprzeciwko wyszła młoda dziewczyna. O dużym biuście – to pierwsze dostrzegli. Poza tym zgrabna, opalona jak wiejska dziewucha, brunetka, z piękną twarzą. Przyjemnie im było po całodziennej wędrówce patrzeć na jej twarz.
    Bez słowa skierowała się za dom i zniknęła za furtką. Słychać było tylko miarowe stukanie drewniaków.
 – Córka? – patrząc w miejsce, gdzie dziewczyna zniknęła zapytał Tomasz.
 – Wnusia. Katarzynka. Też studentka, jak panowie. W Warszawie też szkoły kończy. No i teraz na wypoczynek do domu rodzinnego zjechała. Ale jak Boga kocham, panowie. Moja noga tam nie postanie. Rychlej ducha oddam pod tym niebem, niż tam po doktorach wozić się pozwolę.
 – Co też pan opowiada – odezwał się oparty o studnię Karol. – Zdrowie, rzecz święta.
 – To też prawda. Ale dusza człowieka świętsza. Lepiej tutaj mi po Bożemu skonać z sakramentem świętym niż tam jak pies ostatni, bez rozgrzeszenia. O, sami słyszą panowie, u nas ludzie pobożni, księdza Henryka, kanonika nad wszystko uznają. A tam pomiot szatański meczety, minarety chce budować!
    Usłyszeli bijące w oddali dzwony. I nieswojo zadrżało im w uszach. Karol nie pamiętał, kiedy ostatnio słyszał bicie kościelnych dzwonów.
 – Na mszę wieczorną – przeżegnał się gospodarz. Ledwo „amen" wyszeptał a z domu naprzeciwko stodoły wyszła kobieta. Tym razem starsza. W chustce na głowie i długiej, ciemnej, wyglądającej na wełnianą spódnicy. Stanęła przed progiem i wlepiła w staruszka nieme spojrzenie.
 – No, goście się, panowie – całując medalik powiedział gospodarz. – Ja z małżonką muszę na mszę świętą. W domu syn zostaje. Jakby czego było panom trzeba, to go zawołajta. No, to tymczasem – i pokuśtykał przez dawno nie koszoną, gęstą trawę w stronę małżonki.
    Zostali sami na podwórku. Dzwony umilkły i zapanowała błoga wiejska cisza. Karol zdjął zgrzane ciężkie buty i pochylił się nad studnią. Tomasz otworzył stodołę. Ciężkie, dawno nie smarowane zawiasy zaskrzypiały przykro. Wrzucił plecaki do środka i rozejrzał się po wnętrzu. Przez szpary w deskach przebijało się popołudniowe światło. W jego promieniach kłębiły się drobinki kurzu. Poczuł zapach suchego siana i dostrzegł piętrzącą się po lewej stronie górę zeszłorocznego sianokosu. Będą dobrze spać tej nocy.
 – Dobre siano – powiedział do opartego o studnię Karola.
    Tomasz zbliżył się do niej z drugiej strony i też zajrzał w głąb.
 – Fajnie, co? – zapytał Karol. W ciemnej wodzie odbijały się ich głowy na tle przeciętego jabłonną gałęzią nieba.
 – Co, studnia?
 – Człowiek wreszcie wie, gdzie patrzy i co widzi – studnie wypełniło echo ich głosów.
 – E, studnia jak studnia. Chodź, rozładujmy się lepiej i pomyjemy.
    Ale Karol naprawdę coś widział w tej studni. Coś konkretnego. Pewny cel, za którym można podążać i go uchwycić. Taka pewność, konkretność kierunku w tej studni. Refleks świata w wodzie i jego twarz. Nieco rozmyta i zamazana ale niezmieniająca się jednak. Spokój i prostota. Móc tak życie zamknąć w jednym pionowym promieniu.
    Z rozmyślania wyrwał go krzyk dobiegający ze stodoły. To Tomasz wspiął się na oczep i runął z niego na górę siana. Karol poderwał się i wbiegł do środka. Zobaczył tylko wystającą z fury siana głowę.
 – Może przed myciem chodźmy do sklepu – powiedział.
    Do jedynego na wsi spożywczaka mieli około pięciu minut piechotą. Droga dłużyła się nieznośnie. Bolały ich nogi po wielu godzinach maszerowania przez kamieniste ścieżki. Wieś była raczej uboga, w większości zabudowana odnowionymi drewniakami krytymi strzechą lub eternitem. Na poniektórych podwórkach stały dumnie murowane, nowe albo świeżo pomalowane domy. Oznaki miejscowego dobrobytu. Za płotami kury, gęsi, psy, po oborach krowy i inne zwierzęta. Na asfaltową drogę wraz z wiejskim smrodem wylewały się wymieszane odgłosy tworząc nieokreślone kłębowisko dźwięków. Niekiedy tylko wybijało się z niego pianie koguta czy końskie rżenie. Idąc do sklepu widzieli górującą nad wsią białą wieżyczką kościoła.
    W drzwiach minęli się z Katarzynką, wnusią gospodarza, która zażywała wczasów w rodzinnej wsi. Popatrzyła na obydwu przelotem i szybko odeszła w stronę domu. Z bliska nie zdążyli skierować oczu na jej falujący w rytm kroków biust. Dzięki temu spostrzegli, że jest dużo ładniejsza niż wcześniej im się wydała. Włosy miała krótko przystrzyżone i widocznie zadbane. Zdziwił ich widok rumianej, równo opalonej twarz bez grama pudru. Karol zdążył głębiej zajrzeć w jej oczy. Ładne miała spojrzenie, szczere, proste. Obrócili się za Katarzynką i mierzyli jej sylwetkę póki nie oddaliła się zbytnio
 – Niezła, co? – zapytał ożywiony Tomasz.
 – Bardzo ładna – i weszli do sklepu.
    Nie mieli w nim szerokiego wyboru. Kupili bochenek białego chleba, spory kawałek kiełbasy z myślą o ognisku, które mieli zamiar dzisiaj rozpalić i trzy butelki taniego wina. Zawsze na nocleg brali dwie. Tym razem Tomasz się uparł.
 – Wypijemy, zobaczysz – zacierał ręce.
    Kiedy wrócili, podwórko wciąż było bezludne. Z komina murowanego domu unosił się biało–szary dym.
    Rozebrali się przy studni i zaczęli zmywać z siebie lepką mieszankę potu, kurzu i piasku. Robili to tak, że jeden drugiego z blaszanego wiadra polewał. Lana na rozgrzane słońcem ciała woda wydawała się zimniejsza niż była. Gęsiej skórki obaj dostali i trzęsąc się szybko szorowali ciała. Stara, spracowana korba rzęziła w betonowej studni. Namokła trawa i ziemia pluskały pod bosymi stopami.
    Plusk wody, krzyki i śmiechy dobiegające spod studni wygoniły z domu Katarzynę. Szła w kierunku chłopców dźwigając miednice z parująca wodą. Spóźniła się jednak. Tomasz właśnie spłukiwał z pleców Karola resztki mydlin. Katarzyna speszona i onieśmielona nagością nieznajomych wylała wodę i pośpiesznie wróciła do domu. Ociekający wodą goście odprowadzili ją wzrokiem i zauważyli, że zaraz po tym, jak zniknęła w drzwiach w oknie na lewo nagle zafalowała firanka.
    Przebrani w świeże ubrania wyszli przed stodołę, gdzie nieopodal studni, z dłońmi splecionymi na lasce czekał gospodarz.
 – Po nabożeństwie baby musza się nagadać! Z księdzem Henrykiem, kanonikiem albo między sobą. Tak, moi panowie, musi się człowiek ratować, bo końca nie będzie!
    Popatrzyli po sobie pytająco.
 – Jak się dwie zdewociałe kobity na siebie najdą, jeszcze wymodlone po nabożeństwie wieczornym, to aż uszy człowiekowi puchną. Tak, panowie moi, i na tę okazję, nie odmawiajcie.
     I dostrzegli, że na niskim taborecie przy starszym człowieku stała mała flaszeczka po soku marchwiowym i trzy kieliszki z grubego szkła.
 – Zdrowia gospodarza grzech nie wypić! – wypili po jednym. Później jeszcze po jednym i tak opróżnili flaszeczkę.
 – Panowie, żeby kłamstwem nie zgrzeszyć, oszalałby człowiek gdyby nie to. Dawno bym już u wariatów skończył. Przecież dopóki człowiek żyje powinien z życia korzystać. Całe życie tylko robota i robota, w polu dni całe. Twardnieje się od pracy, twardnieje. Aż serce pęka ile człowiek traci po drodze. Tak, moi panowie! – zamyślił się gospodarz.
    Słońce już zachodziło, ostatnie jego skrawki płonęły nad lasem. Szarość opadała na podwórko. Uzgodnili z gospodarzem, że w lasku za stodołą napalą małe ognisko. Zgodził się starszy człowiek, po czym wyraźnie rozweselony i żywszy, przynaglony przez milczącą przed progiem małżonkę, pokuśtykał do domu gwiżdżąc rytmicznie i wymachując laską.
    Wzięli prowiant i ruszyli w stronę brzozowego lasku przez obsiane ziemniakami pole. Buty zapadały im się w miękką czarną ziemię. Słońce znikało za drzewami i gęstniejąca szarówka przechodziła w noc. Dobrych parę minut przez to pole szli. W milczeniu, jeden za drugim. Karol z tyłu, patrzył na buty pierwszego. Dobrze im się szło razem. To już trzeci dzień drogi. Za niecały tydzień powinni być na miejscu. Ale daleko jeszcze i wszystko zdarzyć się może. Tak jak dzisiaj, gdy nieopatrznie zeszli ze szlaku. Szli i szli nie dostrzegając, że las wokół gęstnieje i cichnie. W końcu urwała się ścieżka i znaleźli się pod gęsto bluszczem obrośniętym pagórkiem. Weszli na górę, żeby zorientować się w terenie. Ale widok był taki sam jak na dole. Stare drzewa, krzaki i zarośla i ta nikła ścieżka, która się pod pagórkiem kończyła. Usiedli na plecakach i odpoczywali w milczeniu. Cisza straszna na tym wzniesieniu. Smutek jakiś, powaga. Tomasz cały dzień wędrował w skupieniu. Od grobu Piwnika w klasztorze cysterskim, przez Wykus aż tutaj. Co chwilę mijali mogiły żołnierzy, jasne krzyże brzozowe. Jego pradziadek walczył pod Nurtem i podobno zginął w tym lesie.
    Zaczęli naradzać się, co dalej. Tomasz chciał iść przez las na przełaj z kompasem. Karol z kolei wolał wrócić tą ścieżką przeklętą i znaleźć zgubiony czarny szlak Nie mogli się dogadać. Nawet mała kłótnia z tego wyszła. Karol w nerwach zbiegł z górki i rozglądał się po gęstwinie. Zieleń czernią i brązem przeplatana. Żadnych kształtów konkretnych. Zieleń tylko, brąz i czerń. Spojrzał w górę, gdzie Tomasz zdawał się drzemać oparty o grubą topolę. I wtedy z bezkształtnej masy leśnej zaczęły wnurzać się, jeden po drugim, gęsto stojące krzyże. Las krzyży. Poczuł zimno, dreszcz nim potrząsnął. Taka cisza cmentarna wokół zapomnianej mogiły. Ściągnął na dół Tomasza i wrócili na szlak.
    Ognisko wesoło skwierczało wypluwając czerwone iskry. Z zarośli słychać było cykanie świerszczy. Rozmawiali o drodze przez las i pola. Raz po raz podnosili do ust butelki z winem.
 – Zobaczysz, nie mylę się. Góra pół godziny jeszcze – mówił Tomasz.
 – E tam, głupi jesteś. Takie rzeczy się nie zdarzają – Karol wychylił resztkę wina i rozłożył się wygodnie na kocu. Chciał jak najszybciej pójść do stodoły i zasnąć.
 – Z tobą, jak zwykle, dogadać się to cud.
 – Można, tylko sam cuda wymyślasz. Głupoty jakieś. Znajdź sobie lepiej dziewczynę.
 – Pieprzenie. Używać, żyć trzeba póki czas – odparł Tomasz. – Ty sobie znalazłeś i co, to przez nią coraz ciężej się z tobą gada. Umarł w butach.
 – Zamknij się.
    Tomasz spojrzał na niego. Nie układało im się tego dnia. Karol leżał na plecach i patrzył w ciemność. Oddychał powoli.
 – Idę po drewno – powiedział i zostawił go samego.
    Karol tylko nogi podkulił i dalej leżał bez ruchu. Na prawym boku czuł bijące od żaru ciepło, na lewym chłód nocy. Zajmowało go wspomnienie dzisiejszego dnia. Przywoływał z pamięci wysokie ławki i chłód cysterskiego kapitularza, grób zapomnianego bohatera i zalane światłem klasztorne krużganki. Jeszcze raz by przeżył ten dzień i przeszedł tę drogę. Nie wracał do Warszawy, gdzie czeka na niego stęskniona i uśmiechnięta zawsze Ewa.
    Usłyszał szelest leśnego poszycia za głową. Kroki. Tomasz wraca – pomyślał. Ale kiedy kroki ucichły zobaczył stojący nad sobą zakapturzony kształt. Niewyraźna postać pochyliła się i wtedy poznał ciemne, odbijające płomienie ogniska oczy.
 – Przyszłam do was – Katarzyna powiedziała pewnie siadając obok na kocu. Karol podniósł się i też usiadł.
 – Mamy jeszcze jedno wino – sięgnął po butelkę. Odkorkował i podał dziewczynie.
    Wypiła kilka łyków i podziękowała. Nie pomylił się – pomyślał Karol. Z ciemnego lasu dochodziły trzaski pękających gałęzi. Ucichły i po chwili przy ognisku zjawił się Tomasz ze stosem chrustu w ramionach. Uśmiechnął się pewnie i przywitał. Oko puścił Karolowi. Zrzucił drewno koło ogniska i z powrotem zniknął w cieniu drzew.
 – Też studiuję w Warszawie. Na UKSW. – Nie składała im się rozmowa. Karol pożałował, że tak łapczywie wypił swoje wino. Zmęczony był i za mocno na niego podziałało.
    Ciepła była Katarzyna. Pachniała wodą fiołkową. Ukradkiem spoglądał na jej podkulone pod brodę nogi. Zaczął opowiadać o studiach i o tym, jak ładnie tu u niej na wsi. Aż do miasta nie chce się wracać. Będą jeszcze szli jakiś czas. Jutro nocują w klasztorze na Świętym Krzyżu, jeżeli pogoda dopisze.
 – Dopisze, słuchałam prognozy – mówiła. – Ładnie tu u nas ale nudno. Siedzę i krzyżówki rozwiązuję, książki czytam. Z nudów się je. Dziwne zjawisko – ich miała na myśli. – Sam bym poszła na taką wędrówkę. – Karol wyczuł, że zadrżała obok.
     Nie powiedział, żeby poszła z nimi, chociaż przez jeden dzień. Tomasz wrócił z lasu i wniósł życie w rozmowę. Przysiadł się i teraz Katarzyna znalazła się pomiędzy dwoma nieznajomymi. Potrafił Tomasz zręcznie rozmawiać. Raz dwa zagadał dziewczynę i okazało się, że blisko siebie mieszkają w Warszawie. Teraz tylko na niego patrzyła. Później zaczął o lodziarni w Wąchocku. Katarzyna przytakiwała, że to miejsce znane na całą okolicę. Kiedyś nawet tam pracowała w wakacje.
    Wypili całe wino. Wesoło się robiło. Śmiali się wspólnie z jej dziadka.
 – Wesoły chłopina!
 – Śmieszny, otwarty taki, gościnny.
 – Tylko starość! Odjazd religijny przechodzi!
 – Nie taki odjazd – Karol przypomniał sobie kieliszki z grubego szkła.
    Minęła godzina i znów zabrakło chrustu. Rozleniwiony, trochę pijany już Karol spojrzał na Tomasza. Został sam z Katarzynką. Kasiu już do niej mówił. Coraz pewniej, ale w granicach przyrodzonej mu nieśmiałości, znacząco napierał na nią ramieniem.
 – Słyszysz? – sowa zahukała gdzieś na drzewie. I znowu. – Słyszysz?
 – Sowa. U nas dużo ptactwa. Zaraz muszę wracać do domu – powiedziała po czym na dotyk jego ramienia odpowiedziała oplatając je dłonią. – Odprowadzicie mnie przez to pole, prawda?
    Poczuł, że mocniej ścisnęła jego ramię. Nie wiedząc po co i poza intencją naprężył muskuł.  Nie odpowiedział. Mruknął tylko nieokreślenie i przybliżył się do dziewczyny. Miała miękkie ciało. Zapatrzył się w ognisko i ujrzał jak odprowadza ją przez pole po miękkiej czarnej ziemi. Tomasz już nie istniał. Wszedł za nią do pustego murowanego domu. Ciepło w środku i cicho. Na górę schodami, powoli. Kochać się z nią. Kochać i jutro odejść w nieznane. Położyli się przy sobie na łóżku i wdychał kwitnące na jej skórze fiołki. Obejmował jej ramiona, drobne i delikatne. W nocy mieć uspokojenie i w niej. Koniec wędrówki i w niej cel. Wyczuł dłonią, że pod łopatką ma drobną wypukłość na skórze. Znamię nieokreślone. Czytał je dotykiem palców. To nic takiego. Ma to od zawsze. I nic później nie mówić. Zanurzyć się w sobie nawzajem, stracić jak w promieniu studni. Woda, jabłoń, zapach fiołków. Kochać się z nią i czuć się konkretnie. Prosto, nie składać się już z tysiąca ułamków. Czuć pewność kierunku. I cały stawał się tym namiętnym dążeniem i nim tylko. Ewa czekająca w Warszawie, stęskniona i zawsze uśmiechnięta. Zranić ją. Poniżyć, sprofanować jej usta składając na nich pocałunki skażone inną. I te wiersze, wiersze wszystkie stracone z serca jej wyrwać przez inne ciało. Siebie podnieść i sobą stać się bez myśli i planu. Po prostu. Wszystkie siły zamknąć w jednym kierunku, uwierzyć w ten cel i jemu się oddać w całości. W całości oddać się jej pieszczotom. A potem opadać lekko, zostawić ciepło łóżka z drżącym uwielbionym przez noc ciałem, odejść przed świtem i być. Odejść samotnie i takim pozostać.
    Wrócił. Katarzyna puściła jego ramię i skryła dłonie w rękawach. Tomasz chciał jeszcze zostać przy ogniu. Więc zostawił ich Karol i wrócił do stodoły. Tomasz się ucieszył.
    Położył się na sianie i otulił szczelnie śpiworem. Zapragnął teraz rozgrzeszenia ze swoich myśli, okrutnych ale słodkich. Źdźbła siana, jakby zmówione z sumieniem,  drażniły jego skórę. Kilka ostatnich dni zobaczył w ciemności przez pryzmat tego skrytego pragnienia. Lęk go ogarnął i wstyd. Tych kilka dni zawirowało nad nim w ciemności. Jak z Ewą się żegnał i namawiał ją, żeby szła z nim, choć wcale tego nie chciał. Jak kłamał, że będzie tęsknił, że kocha kłamał i całował fałszywie. Później Wąchock. Grube mury klasztoru. Chłód korytarzy, spokój, szelest biało–czarnych habitów. I droga przez las na Wykus i dalej. Pamięć o pradziadku, którego nie mógł pamiętać. Krzyże, las krzyży. Kretyńskie żarty Tomasza, tego idioty, który w nosie ma tradycję. Wydziedziczony sierota bez źródła i celu. Gdyby tu był, to dałby mu po mordzie. Długo już na to zbiera. I Katarzyna, z którą posiedli się nawzajem w marzeniu. Nie zobaczy jej więcej. Tylko wstyd pozostanie.
    Nie mógł spać. Kręciło mu się w głowie od wina i złości. Wygrzebał się z siana i wyszedł na noc. Niebo jasne, rozgwieżdżone, księżyc wysoko dochodził pełni. Przypomniał sobie dziadka Katarzyny, gospodarza. Pobożniś, co bimber po mszy goni.
    Oparł się o studnię. Blade niebo drżało w ciemnej wodzie. Znowu swoją twarz zobaczył. Niewyraźną, rozmywającą się po szklanej powierzchni. Rzucić się w studnię. Spadać pionowo betonowym tunelem. Wykonać skok. Nieodwołalny i ostateczny. Jeden konkretny czyn. I na płacz mu się zebrało nad swoim pokonaniem.
    Od załkania uchroniło go nagłe uderzenie w nogę. Rozejrzał się po podwórku. To pies poleciał za stodołę pomerdując ogonem. Wracają – pomyślał i schował się do środka.
 – No i co? – zapytał Karol. Obaj leżeli na sianie nie mogąc zasnąć.
 – Nic. Drętwa jakaś ta Kaśka. Że źle się czuje, mówiła, że właśnie ją chłopak zostawił, czy coś – i więcej już nie mówili.
    Brakiem rozmowy wzajemnie przymusili się do snu.
 – Tak, tak, mój panie. Poranki u nas pięknie, Bogu dziękować. Koguty trochę dokuczają i bydło ryczy wyprowadzane w pole ale, słowo daję, idzie się przyzwyczaić – mówił do Tomasza gospodarz. Siedział na swoim krześle pod jabłonką obok studni.
    Tomasz powiedział, że w Warszawie też budzi go hałas, i to gorszy. Korki i tramwaje ale też można się przyzwyczaić.
 – E, panie kochany! Byłem ja w Warszawie! Jak Boga kocham, choćbym skonał, to nie pojadę tam więcej. Jakie tam tramwaje. U nas to na piechotę się chodzi. Z ludźmi razem, przy płotach się człowiek pozatrzymuje i dojdzie w końcu. Do sklepu i do kościoła, co pan widział, rzut kamieniem. A na pocztę to syn rowerem czasami pojedzie. Żeby Pan Bóg tylko w błogosławieństwie nie ustawał, pogodą i zdrowiem chciał darzyć. A u nas ludzie pobożne, stare i młode też. Blisko Pana Boga się trzymają, a ksiądz Henryk, kanonik powagę ma i posłuchanie należyte.
    Tomasz skończył się myć w blaszanej miednicy i dopiero się zorientował, że w stodole nie ma ani Karola, ani jego rzeczy.
 – A pański kolega to skoro świt poszedł, o tam – starzec znów zakreślił półokrąg zgrabiałą ręką. Chłopak powiódł za nią i wzrok zatrzymał na czarnych, poszczerbionych deskach stodoły. – To panu dać kazał – i podał mu złożoną na pół kartkę papieru. – Ale, mój panie kochany, ja nie wiem co tam zaszło i nie chcę wiedzieć, ale to co było, jak trzeba uregulował – gospodarz z niekrytą satysfakcją poklepał się po kieszeni.
    Tomasz przeczytał wiadomość. Karol pisał, że potrzebuje samotności i że spotkają się na Świętym Krzyżu. Niech się Tomasz nie martwi. Wszystko w porządku.
    Zmieszał się. Wydawało mu się, że dobrze zna Karola, jak brata własnego, ale w tej chwili nie miał pojęcia, czy to żart, czy złośliwość, a może jeszcze coś innego. Przez myśl mu nie przeszło, że po prostu prawdę napisał.
    Spakował się i gotów był do dalszego marszu. Przed wyjściem na szlak chciał podziękować gospodarzowi i pożegnać się z Katarzyną. Może spotkają się kiedyś w Warszawie.
 – Nie ma za co, mój panie kochany – z uśmiechem żegnał go staruszek. Idź pan z Bogiem. Przyjemnie było nam panów gościć.
Tomasz zapytał o wnuczkę.
 – A, mój panie, nie widziałem jej dzisiaj. Pewnie śpi jeszcze albo gdzie ją znowu pognało. Mówię panu, czort by za nią nie nadążył czasami. Ale przekażę, żeś pan pytał. No, to z Panem Bogiem.
    I ruszył Tomasz przed siebie. Zza furtki skierował się w stronę Świętego Krzyża. Lasy przed nim i wysokie wzgórza. Dzwony zaczęły bić na poranną mszę. Kawał drogi – westchnął.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież