Ariana Nagórska- NISZA KOZIOROŻCA - Po co nam to?

W mej ulubionej jesiennej porze, która w przyrodzie jest porą odlotów (mówię o odlotach czasowych, a nie wiekuistych), postanowiłam zaprezentować wspominki też jak najbardziej odlotowe. Absurd przecież często celniej puentuje nasze realia, niż rzeczowe, logiczne analizy. Punktem wyjścia stała  się dla mnie pewna zasłyszana opowiastka. Nowobogaccy rodzice wysłali swe dzieci na naukę jazdy konnej. Po kilku lekcjach dzieci wyraziły swą dezaprobatę: Po co nam to? Przecież i tak będziemy jeździć samochodami, a nie na koniach, jak jakieś wieśniaki!
          Pytanie po co nam to?, wraz ze swymi wariantami (po co mi to?, po co im to?...itp.) pojawia się, jak widzimy, już od dzieciństwa, bardzo często wraz z odpowiedzią PO NIC! W tym momencie natychmiast przypominam sobie, jak w drugiej klasie podstawówki przyszła do mojej szkoły miła starsza pani, proponując prywatne lekcje angielskiego. Gdy spotkała się z rodzicami, przedstawiła jakieś między-narodowe certyfikaty i referencje (rzeczywiście była nauczycielką renomowaną) oraz podała stawkę za godzinę lekcji (jedną z najwyższych w owym czasie w Trójmieście). Z powodu tej kasy większość rodziców od razu zrezygnowała z oferty, a moja mama powiedziała (naturalnie w domowym zaciszu): To dobre dla dzieci marynarzy i pierwszych sekretarzy. Jednak jej dziecię (antymaterialista od kolebki) zaczęło rodzicom wiercić dziurę w brzuchu, że nauka angielskiego to moje życiowe marzenie, które przez głupią miłość do forsy rodzice chcą zaprzepaścić! Argumentowali całkiem logicznie, że podejrzewają typowy dla mnie słomiany zapał, jeśli jednak me „pasje językowe" okażą się trwałe, gwarantują, że mi za kilka lat naukę angielskiego zapewnią. –  Za kilka lat mogłabym już znać angielski i rozpocząć naukę francuskiego! – stwierdziła przyszła poliglotka. Tłumaczyli mi więc cierpliwie, że w nauce języków najważniejsza jest systematyczność i wytrwałość, których to cech nie posiadam wcale, bo co pięć minut fascynuję się czymś innym. – To nieprawda! Sami wciąż powtarzacie, że na przykład śpiewać mogłabym przez całą dobę bez snu i jedzenia, a przecież dobry piosenkarz powinien śpiewać tylko po angielsku! Wtedy po raz pierwszy odpowiedziałam na pytanie po co mi to, przekonując na dodatek rodziców, że być może poznawanie piosenek (co nauczycielka też dzieciom gwarantowała) będzie dla mnie faktycznie silną motywacją do nauki angielskiego. Tymczasem po 2-3 miesiącach dziecię oznajmiło, że już na angielski uczęszczać nie chce, bo czasy się zmieniły i teraz „Polska młodzież śpiewa polskie piosenki" (takie hasło rzeczywiście zaczęli lansować organizatorzy różnych konkursów wokalnych i festiwali). Rodzice jednak wkurzyli się nie na żarty i orzekli, że skoro już naukę zaczęłam, będę ją prywatnie kontynuować aż do końca podstawówki! – Po co IM to? – zastanawiałam się przez wiele lat, jako nastolatka kpiąc już jawnie z przekonania rodziców, że choć na razie tego nie doceniam, język angielski przyda mi się w przyszłej pracy. – Nie przyda się, bo pracować będę w budżetówce! – odpowiadałam konsekwentnie. Owa renomowana nauczycielka była jedną z nielicznych poznanych w mym życiu osób uczciwych, dlatego dość szybko nie chciała już brać od rodziców pieniędzy za nauczanie bez postępów, zrezygnowała więc z mej osoby, a ja z radości zaśpiewałam grupie na pożegnanie (po polsku!) piosenki angielskojęzycznych idoli. Potem uczęszczałam do nauczycielek coraz mniej wymagających, bo chodziło tylko o podtrzymanie „umiejętności" aż do momentu, gdy w liceum będę miała angielski w ramach zajęć obowiązkowych.
          Los kocha jednak obiboków. W liceum „administracyjnie" przydzielono mnie do klasy francuskiej. Okazywałam publicznie tak dziki i wylewny entuzjazm, że gdy mama przyszła do dyrektorki szkoły, by mnie przenieść do klasy angielskiej, aż kilkoro belfrów tłumaczyło jej, że przez swój upór robi krzywdę dziewczynie, która ponoć od lat mówi, że angielskiego nie znosi, a jest do niego zmuszana, mimo że właśnie francuskiego chce się uczyć. – Angielskiego uczymy masowo, są aż trzy klasy, a francuska tylko jedna, dla wybranych! Tym sposobem przez cztery lata byłam „wybrańcem", z francuskiego dostatecz-nym. Moim zdaniem ocenę tę zawdzięczałam ciągłemu śpiewaniu piosenki Szanze lize (Champs-Élysées, jak się to fachowo pisze), z którą delegowano mnie nawet do jakichś polsko-francuskich stowarzyszeń, gdzie musiałam zgrywać nieprzystępnego bufona z ciężkiego strachu, by mnie ktoś przypadkiem po francusku zagadnąć nie zechciał. Tak czy owak, ze śpiewu piątka, z konwersacji, z lektur i gramatyki tróje minus – to przecież razem daje mocną tróję, prawda? Rodzice cieszyli się, że przynajmniej dwója mi nie grozi, jak na przykład z fizyki (tu wyrażam DUMĘ, że z tej fizyki poziom był chyba iście oksfordzki, bo gdy pół roku temu rozwiązałam zadania z fizyki współczesnemu licealiście, dostał maksymalną ocenę za „innowacyjną metodę, wykraczającą poza program obowiązkowy"). Jeśli jednak chodzi o języki, wciąż mi przypominano, że angielski przydałby mi się w przyszłej pracy bardziej niż francuski. – W przyszłej pracy nawet polski mi się nie przyda, bo osoby znające go znacznie gorzej ode mnie też zostaną magistrami filologii polskiej i podejmą pracę na stanowiskach co najmniej równorzędnych do mojego – wyjaśniałam bez emocji, mimo że uważano to za młodzieńczy bunt.
          Na studiach wymagano, by każdy zapisał się do grupy dla zaawansowanych z tego języka, którego uczył się w liceum. Oczywiście zapisałam się do francuskiej grupy dla początkujących, przez kilka tygodni nie budząc podejrzeń (początkujący dość szybko zaczęli mnie wyprzedzać w językowym zaawansowaniu). W końcu jednak administracja uczelni dogrzebała się w papierach, że wraz z równie niezdolną koleżanką chodziłyśmy w liceum do klasy francuskiej i przeniesiono nas razem do grupy zaawansowanej, zapewne w myśl zasady „co dwie (puste) głowy, to nie jedna!" Koleżanka miała sytuację bardziej komfortową, bo były dowody na jej językowy antytalent, jako że z rosyjskiego też była najgorsza, ja natomiast wręcz przeciwnie. Od piątej klasy (trochę przez przekorę) uczyłam się tego języka z ochotą, widząc jak tępaki swój brak sukcesów na tym polu tłumaczą „racjami wyższymi", np. oporem wobec komuny czy niechęcią do Związku Radzieckiego. „Prawdziwy patriota to z rosyjskiego idiota" – mawiał w liceum kumpel-wesołek. Ten wesołek jednak znał rosyjski całkiem dobrze, bo mając  na Zachodzie krewnych (i to nie na stanowiskach sprzątaczy!), wiedział, że tam właśnie rosyjskiego uczą się za grubą forsę najbardziej elitarne kręgi biznesowe (czyli umiejące myśleć perspektywicznie). Ponieważ nie do biznesu mnie ciągnęło, tylko do budżetówki, zarówno w socjalizmie, jak i w kapitalizmie język rosyjski „przydał mi się" w pracy tak samo, jak angielski, francuski i niemiecki (którego po czterdziestce przez dwa lata bez efektów też uczyłam się prywatnie). Po EURO 2012 nabrałam ochoty na hiszpański (znów oczywiście ze względu na piosenki i przyśpiewki). Jak dożyję, będę się go uczyć na emeryturze, by mnie w kółko nie pytano, czy przyda się w pracy. Pracy należy oferować WIELKIE NIC!
           Wskutek epokowych przemian ustrojowych i wszechstronnego rozwoju ojczyzny w moim miejscu pracy pojawiły się oczywiście młode osoby znające angielski lub niemiecki (ale nie oba razem) lepiej ode mnie. Ta, która zna angielski bardzo dobrze, w pierwszym rzędzie obawia się zwolnienia, bo nie znosi jej kierowniczka. Francuskiego i rosyjskiego nikt nawet nie liznął, znów więc mam przewagę, tyle że do niczego nieprzydatną. Gdyby zwolniły się etaty, z powodu bezrobocia na te groszowo płatne stanowiska zapewne pchałyby się osoby znające być może po kilka języków, lecz znów mogłabym jedynie zapytać: Po co im to? Nawet, gdyby mieli jakieś znajomości (bo tylko tak można  dziś w budżetówce pracę dostać), to przecież gorzej wykształceni od nich doskonale wiedzą, że muszą mieć znajomości jeszcze lepsze! Zresztą po co komu na przykład doktorat lub studia podyplomowe tam, gdzie wystarczy magister? Idąc dalej: po co komu magister o specjalności związanej z wykonywanym zawodem, skoro wystarczy magister byle jaki? Idąc jeszcze dalej: po co komu obojętnie jaki magister, skoro coraz więcej studiujących kończy edukację na licencjacie (w dzisiejszych czasach to także jest wykształcenie jak gdyby trochę wyższe) i też ich trzeba zatrudnić, bo odpowiednie znajomości mają!
          Jest jeszcze jedna dziedzina, w której pytanie po co nam to? wydaje się zasadne: chodzi o PISANIE. Niestety, w tym kontekście pada ono rzadko, znacznie częściej dotyczy natomiast CZYTANIA. Po co nam czytanie tego, co napisali inni, skoro napisać możemy sobie sami? Idąc dalej: po co właściwie czytać choćby tylko to, co sami napisaliśmy, skoro trudno to zrozumieć, a pisać jest znacznie łatwiej i przyjemniej.  A gdy w końcu nasunie się pytanie: Po co ludziom pisanie, skoro nie czytają?, trzeba je uznać za absurdalne i dać mu odpór żelazną logiką: Po to, by w miarę rozkwitu cywilizacji wzrastała liczba pisarzy! Należy dążyć do sytuacji OPTYMALNEJ, kiedy to NIKT  NIC nie będzie czytał. Wtedy KAŻDY, kto COŚ napisze, automatycznie stanie się pisarzem, bo nareszcie przestanie być istotne, CO pisze! A na  szczególnie kłopotliwe pytanie, JAK pisze?, przynajmniej będzie można odpowiedzieć z demokratyczną satysfakcją: WYWALCZYLIŚMY RÓWNOŚĆ, WIĘC PISZE TAK JAK WSZYSCY

Również tego autora

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org