Joanna Mansfeld - Przeciw nicości

Poznałam Marka jeszcze jako licealistę. Uczestniczył w organizowanych niegdyś przez Galerię Zachęta „Wakacjach ze szkicownikiem"; dwudziestoosobową grupą, wraz z Włodkiem Branieckim, dziennikarzem z Poznania, wędrowaliśmy po terenach obfitujących w zabytki, które młodzi ludzie całymi dniami rysowali i malowali. Marek, zdystansowany do obozowej codzienności, imponował nam zdolnością absolutnej koncentracji i bardzo osobną wizją. Te właściwości zachował do dzisiaj. Działa pośród – ale zupełnie niezależny, uczestniczy – a jakby jest gdzie indziej. Od początku Marek nie znosił ograniczeń płynących z konwenansu, nie szukał też tak kuszącej młode talenty malowniczości, tego kojącego ból istnienia „piękna". Warsztatu uczył się w Ognisku Plastycznym na Nowolipkach, próbował też dostać się na Akademię Sztuk Pięknych, ale dość wcześnie założył, że poddanie się rygorom innym niż własne – nie leży w jego naturze. W wytrwałym próbowaniu rozmaitych technik rysunkowych wypracował to, co nazwiemy jego własnym stylem. Rysunek traktuje jako wypowiedź całkowicie autonomiczną, inaczej niż artyści, dla których rysunek stanowi zaledwie szkic, wstęp do dzieła, które dopiero powstanie. Musi więc taki rysunek zawrzeć całą filozofię artysty, refleksję o świecie i o sobie samym. Można śmiało powiedzieć, że w rysunku Marek potrafi wszystko, ale szczęśliwie narzucił sobie umowne granice, które można określić krótko: im mniej, tym więcej.
Nie będzie przesadą stwierdzenie, że dziś Marek Chaczyk jest artystą powszechnie znanym. Ma swoją stałą galerię „bez granic" na łamach licznych czasopism i książek. Ten sposób obecności ceni sobie wyżej niż wystawy indywidualne, których miał sporo, ale które traktuje raczej jako środowiskową powinność. Nie jest to jednak potocznie rozumiany rysunek prasowy, którego zresztą w naszej sztuce mamy znakomitych przedstawicieli.   Marek debiutował w 1977 roku, w tygodniku „Na przełaj". Początkowo tworzył metaforyczne sceny wielofigurowe, określane siecią zróżnicowanych kresek i plam. Jacek Werbanowski, który od lat towarzyszy twórczości Marka, widział w nich nawiązania do rysunków Brunona Schulza i Tadeusza Kulisiewicza. Z końcem lat osiemdziesiątych zaczyna dominować temat głowy, przy czym nie jest to naturalistyczne wyobrażenie ani portret, ale – jak pisał Marek Goździewski – idea głowy. Do dziś to główny wątek rysunków Marka i zdumiewające, jak wiele znajduje sposobów ich określania, jak wiele potrafi w nich powiedzieć. Głowy podobają mi się najbardziej i nazywam ten wątek beckettowskim, bo artysta zdaje się podzielać przekonanie, że każde istnienie jest tragiczne, a twórcze działanie jest buntem wobec nicości.
W 1990 roku artysta wyznaje w rozmowie z Werbanowskim, że jego dążeniem jest rysunek maksymalnie uproszczony, oddający istotę szybkiego gestu, skrótowość i syntezę myśli. A więc zwięzłość i ostentacyjna surowość środków. Dorota Suwalska trafnie zauważa zuchwałość tych rysunków.  Nie opisują tylko mają natychmiast, z wielką mocą, wyrażać.
Siła jego wizji decyduje, że zanim przeczytamy podpis, wiemy – Marek Chaczyk. Najchętniej posługuje się piórkiem i ołówkiem, ale używa też kredki, flamastrów, pasteli, stosuje monotypię i collage, w którym czasem pojawia się fotografia.
Jest późnym wnukiem ekspresjonistów. I tych niemieckich z początku XX  wieku, i grupy Cobra,  art brut, czy wreszcie nowych dzikich. Czasem posłuży się erudycyjnym cytatem, ale można powiedzieć, że charakter swojego rysunku stworzył nie oglądając się w przeszłość. Choć jako człowiek lektury, ma swoją ojczyznę w tradycji szeroko rozumianej kultury.
Najważniejszą rolę w procesie tworzenia powierzył intuicji. To, co tak lubimy w rysunku, poczucie obcowania z żywym śladem ręki i uczestniczenia w narodzinach myśli, postawa Marka nam niejako gwarantuje. Czy na szpaltach gazet i w książkach ta emocja nie ulega petryfikacji? Piękną odpowiedź dają tomiki wierszy z rysunkami Marka. Niechętny „ilustrowaniu" na zamówienie, rozpoczął w 1999 roku wspaniały cykl inspirowany książką Jeana Cocteau Opium. Dziennik kuracji odwykowej, którego wystawa w Bibliotece Narodowej w 2001 roku odbiła się szerokim echem w prasie nie tylko literackiej.
Może mając na uwadze przeznaczenie swoich rysunków sięga przede wszystkim po grę czerni i bieli, w których widzi kolory najszlachetniejsze. A w tej grze chodzi jeszcze o przezwyciężanie nawyków, zwłaszcza biegłości gestu, tak, aby za każdym razem, na nowo, stworzyć napięcie. A więc kreska otwiera i rozsnuwa, ale też zamazuje, zawęźla, gmatwa, niemal kaleczy papier. Gwałtownym gestem  przedziera się w głąb, na drugą, mroczną stronę barwnego istnienia. Rysunki niby podobne ale każdy inny. Jak dni. Każdy ma coś do ofiarowania.
    

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież