Marina Dombrowska - „Tylko spróbuj nie czytać"

Tylko spróbuj nie bywać, nie słuchać i słyszeć, a zaraz przekonasz się boleśnie, jakim jesteś kretynem, debilem, nieukiem, naiwniakiem, a optymistą tylko w swoich własnych oczach natomiast cennym człowiekiem– wierzącym w dobro innych– dostrzegać będziesz jedynie w swoim wewnętrznym lustrze. A na dokładkę utwierdzi Cię w tym nie jeden Twój rozmówco–przyjaciel. Przyjaciel– rozmówca.

Gdy z lenistwa– nazywanego romantycznym podejściem do świata– zdasz się jedynie na słuchanie wypowiedzi [rzeczowych, podpartych cyframi, nazwiskami czy/lub/i definicjami] nie będziesz musiał –zapewniam– długo czekać, by doznać kolejnego oświecenia i zachwytu wobec byle pierwszego leniwca, który z chciwości i pożądliwości– dla niego poklasku i oddanego na głos zachwytu wobec jego wiedzy i osoby– zdecydował się przeczytać kilka dramatów Szekspira, czy dzienniki wielkich tego świata (nawet, gdy ten świat w jego przypadku ogranicza się tylko do Polski a to tylko, dlatego, że on sam[!] w niej mieszka) dopychając się na koniec kilkoma najbardziej znanymi argumentami na odparcie innych [emocjonalnych/sercowych], że religia jest jeszcze komuś potrzebna, a Bóg rzeczywiście godny jest tego, by wyrzec się ze względu na Niego seksu z obcą– atrakcyjną, pięknie pachnącą osobą, albo oddać swoje szczęście na rzecz uszczęśliwiania się wiecznie.

O ile zdarza Ci się niezmiernie często, albo zawsze, po przyjściu do domu wspominać i wychwalać w myślach mądrość rozmówcy, napotkanego przy piwie w ciemnawym i pustawym barze, zwanym artystycznym kątem, zachwycając się niepomiernie jego (rozmówcy) bogatym słownictwem, lekkością wypowiadanych zdań, czy co i rusz rzucanymi wtrąceniami typu: „ tak, czytałem i wiesz, najbardziej podobała mi się postawa Roburbier’a, który pojawił się tylko jeden, jedyny raz w tej książce. Wtedy, gdy główny bohater schyla się w restauracji pod stolik, by podnieść wypadłą wizytówkę i przekazać ją mężczyźnie, który siedział przy stoliku obok, a który teraz wychodzi z kobietą, która w trakcie kolacji, ku jego zadowoleniu podała mu swój numer telefonu zapisując go na jego własnej wizytówce".
 Ale nigdy nie zdecydowałeś się, na to, by sprawdzić wszystkie nieznane Ci słowa w jego wypowiedzi i używania ich w różnych kontekstach w swoich wypowiedziach przez kolejne 3–4 dni, dla ich utrwalenia, bądź nie wybrałeś się kolejnego dnia do biblioteki, by przeczytać książkę, o której mówił, a która zachwyciła Cię, to z pewnością po raz kolejny, miałeś okazję dowiedzieć się, jakim jesteś małym żuczkiem w świecie, zaś Twoja w nim rola ogranicza się jedynie do zachwytu nad wielkością świata i mądrością, ale nie swoją, lecz innych: lepszych, większych, mądrzejszych, bardziej oczytanych, itp.

Trudno mi jednak dać wiarę, w to, że prezentacja biernego zachwytu wobec podmiotów osobowych i bezosobowych, może być czymś na tyle romantycznym czy tkliwym.

Owszem dowierzam temu, że pod takim przebraniem skrywa się wyrafinowane lenistwo umysłu: wygodny stan, w którym informacje nie są i nie muszą być zdobywane, [co wymaga ruchu], bo i po co, skoro mogą być dostarczane i przez Cię przyjmowane [ w bezruchu, na siedząco].

Postawa wiercenia się na krzesełku i nerwowego spoglądania za szybkę w miejscu, gdzie ktoś coś właśnie mówi/pokazuje/ tłumaczy „ ważnego" nie jest tak hucznie i długo oklaskiwane jak: cichutkie siedzenie, przytakiwanie subtelnym podwójnym skinieniem głowy w górę i w dół, trzymując w tym czasie kontakt wzrokowy z mówcą. Za tego typu postawę można nawet dostać pochwałę na piśmie, w różnych postaciach– w zależności od okoliczności–, mogą to być począwszy od wpisanej do dzienniczka pochwały[w pierwszych etapach wychowawczo–edukacyjnych], przez: dedykację w książce [autorstwa samego mówcy] z cennym przymiotnikiem nas tyczącym: „dla serdecznego słuchacza", skończywszy na awansie na pozycje i stanowisko, gdzie w sposób szczególny i chroniczny doceniana jest postawa zaangażowanego i oddanego zasłuchania.

O sytuacji studenckiej sali wykładowej, także trudno nie mówić nic, w kontekście skrytej w gustownym i pachnącym ubranku biernej postawy, będącą po prostu wyrafinowanym – mało tego– częstokroć nagradzanym lenistwem. Nagradzanym?

Ha! Przypomnij sobie, kiedy ostatni raz zdarzyło Ci się słyszeć: „wykłady są nieobowiązkowe, ale obecność na nich, w sposób dodatni rzucać będzie cień na żar w trakcie egzaminu"!? Nawet, jeśli byłeś akurat w grupie tych, którzy w wewnętrznej uczciwości przyznać mogą się do tego, że wykłady nie były dla nich torturą, a na którą decydowali się godzić tylko z przytaczanych powyżej względów, lecz przeciwnie: chodzili tam z zaciekawieniem, to odważę się założyć, że w grupie podobnych Tobie, znajdywali się wcale w nie tak okrojonym gremium, tacy, co kręcili się i wiercili w odpowiedzi na zasłyszane na wykładzie, [choć tu można stosować szeroką metaforę] treści, a ich werbalny na nie odzew, stał się dla nich powodem, dla których musieli nadstawić ucha, policzka czy kto woli pupy, by upewnić się, że postawa tego typu nie jest tu mile widziana, przeciwnie, niemo oczekuje się, ale i nagradza za: cichutkie siedzenie na krzesełku i przytakiwanie subtelnym podwójnym skinieniem głowy –w górę i w dół– utrzymując w tym czasie kontakt wzrokowy z mówcą.

Pewnie niejednokrotnie wykręcone uszko, słowa krytyki czy pogarda wobec postawy wiercipięctwa mentalnego, doprowadziły wielu na skraj przepaści, a w związku z tym konieczności wyboru pomiędzy: skakać i wiedzieć, że się żyje, a zostać, przeżyć, ale już nie wiedzieć, czym to życie jest. A jeśli żyć to już w sposób, o którym ironicznie wspominał Gombrowicz: „czyż nie powinniśmy zachowywać się grzecznie, skoro dostaliśmy klapsa…"?

Myśląc o perspektywie obolałych „mięśni" [niekoniecznie pięści, czasem języka], od czterdziestoletniego trzymania nóżek w pozycji starannie złączonej, na nieskończonych ilościach życiowych imprez u tych i tamtych [obydwie opcje z przyrostkiem: „ważni"], mnie osobiście nie odpowiada, a w związku z tym jednak wybiorę się po grubszy notesik kieszonkowy i ołówek na sznurku, by zapisywać nim słowa, których nie rozumiem u mojego rozmówcy, by rozkodowywać, czy aby na pewno jest się aż tak, czym zachwycać, siebie pomniejszać, a ze strachu pielęgnować lenistwo.
 
Gdyby się, tak zdarzyło, że to, co tu Czytasz, jakoś do Ciebie trafia, powiem w nagrodę, że przytoczona przeze mnie w tekście postać Roburbier’a nie pochodzi z żadnej książki, została przeze mnie całkowicie ukształtowana w wyobraźni. To tak na wypadek, gdybyś miał– Drogi Czytelniku– za chwilę przeszukiwać internet w poszukiwaniu tytułu książki, z tym wątkiem. Nie godzi się wszak, by pierwsze doświadczenia, po energicznym ożywieniu przygasłego zapału, były negatywne i prowadzące do zrezygnowania. Tak zatem –niepokoju życzę– .

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież