Ariana Nagórska - Po urlopach do bagienka… - NISZA KOZIOROŻCA

Tego lata o walorach pracy kanciarskiej i mankamentach uczciwej nie pozwalano zapomnieć nawet urlopowiczom. Kto tylko zapragnął choćby ogólnie dowiedzieć się, co słychać w ucywilizowanej po EURO 2012 ojczyźnie, albo od razu trafiał na reperkusje afery korupcyjnej (zwanej „taśmową") w resorcie rolnictwa i jego spółkach, albo dowiadywał się, że (w przeciwieństwie do balujących po całym świecie złodziejskich rodzin bossów tychże spółek) dla zwykłego obywatela zapłacenie za wczasy wcale nie gwarantuje elementarnego nawet relaksu i wypoczynku. Upadały biura podróży, do końca „bohatersko" kręcąc swe interesy, pobierając opłaty i wysyłając masowo turystów za granicę, bez szans ich zakwaterowania, wyżywienia i powrotu do ojczystego raju. Wszędzie (tak na górze, jak i na dole) kombinowano i oszukiwano na potęgę, zgodnie zresztą z preferencjami większości, która obecną ekipę rządzącą demokratycznie wybrała.
Ktoś mógłby zapytać, jaki  związek ma ten defraudacyjno-konsumpcyjny rozmach z głodowym raczej tematem pracy uczciwej, zasugerowanym na wstępie? Przecież w Polsce z takim tematem wiążą się głównie żebracze pensje, często niewypłacane terminowo, lekceważenie praw pracowniczych, zwolnienia z pracy i bezrobocie. Jest to jednak ujęcie jałowo jednostronne, bo sensowniej byłoby zajmować się winnymi tego stanu rzeczy, właśnie tymi, którzy lekceważą, nie wypłacają, zwalniają itp., przy czym za swe machloje i krętactwa biorą solidną kasę, a bezrobocie przy tak cennej specjalizacji (gangster skarbu państwa) nie zagrozi im nigdy!
Sfera budżetowa zawsze miała swą specyfikę, której jedni nie trawili zupełnie, a inni przyjmowali z przymrużeniem oka. Już we wczesnych latach 70. jako nastolatka postanowiłam, że chcę pracować (mimo niskich płac) tylko i wyłącznie w budżetówce, co akurat w moim wypadku nie było koniecznością, bo po ojcu wywodzę się z inicjatywy prywatnej i nawet w komunizmie mogłam te tradycje kontynuować, gwiżdżąc na państwowy etat. Ojciec jednak w pełni taką decyzję popierał, jako wprost dla mnie idealną.   Wiedział, że studiów nigdy nie uważałam za punkt wyjścia do wyższych zarobków, że nigdy nie będę też zabiegać o stanowisko kierownicze, więc władza niczym mnie nie zdoła skusić ani uzależnić, że „konieczną przerwę w  życiorysie" (jak zawsze nazywałam pracę) chcę przetrwać bez ryzyka, stabilnie, przez długie lata z niedużym, lecz za to pewnym dochodem. To wszystko w pełni mi się udało, chyba dzięki wstawiennictwu niebios, które cenią sobie umiar i powściągliwość. Jednak jeszcze przed rozpoczęciem mej „budżetowej kariery" ojciec przezornie mnie uprzedził, że już na starcie powinnam wiedzieć o pewnym istotnym mankamencie takiej pracy, którego on nie mógłby na dłuższą metę znieść. Otóż gdziekolwiek w budżetówce pracę podejmę, z reguły najgłupszy w całym zespole pracowników będzie kierownik, a im wyżej, tym z rozumem gorzej! Ku zaskoczeniu ojca wcale to dwudziestolatki nie zbulwersowało, ani nawet nie zdziwiło. Dodałam tylko, że „najgłupszy to raczej zbyt oględnie powiedziane, bo oprócz głupoty musi być też chyba świnią i donosicielem". Tym sposobem rozwiałam skutecznie skryte obawy ojca, że poszłam na filologię z powodu romantycznego naiwniactwa i idealizmu. Zaznaczyć muszę, że ojciec mówił wyłącznie o komunistycznych stosunkach pracy, które znał, bo z ciekawości kilka lat też w budżetówce wytrzymał. Dożył jednak czasów, gdy mogłam go zapewnić, że do polskiej sfery budżetowej w kapitalizmie jego dawne (niemal prorocze!) obserwacje pasują znacznie lepiej niż do budżetówy  PRL-owskiej. Dzięki jego uwagom niezależnie od ustroju wiedziałam, czego w pracy oczekiwać, nie było więc szczególnych rozczarowań. Muszę jednak przyznać, że tak negatywnej selekcji na stanowiska kierownicze, jaka panuje obecnie, kiedyś nie byłabym sobie nawet w stanie wyobrazić. Oprócz głupoty preferowane są wszelkie możliwe dewiacje i aberracje! Komunistyczny kierownik-ćwok chciał po prostu bez wstrząsów przetrwać na przydzielonym mu stołku, nie czepiał się więc pracowników przynajmniej jako tako wykonujących pracę, na której się nie znał. Natomiast kapitalistyczny boss-pajac miota się, jakby mu soli nasypano w zadek: „reformuje", „modernizuje",
 „dynamizuje", „monitoruje", z pustego łba wydalając setki „pomysłów usprawniających", „perspektywi-
cznych", „wdrożeniowych", „marketingowych" itp. Czyni tym samym bajzel nie do usunięcia nawet po dziesięcioleciach. W związku z bezrobociem selekcja negatywna zaczyna obejmować WSZYSTKIE  stanowiska w budżetówce, nie tylko kierownicze. Gdy młodzi słusznie zauważają, że pracę można dziś dostać tylko PO ZNAJOMOŚCI, starzy medialni wyżeracze zżymają się, jak można już w młodości być takim pesymistą i myśleć tak niepozytywnie! Uważam, że młodzi i tak są optymistami, mówiąc tylko o jednym ze sposobów nieuczciwego zdobycia pracy – znajomościach, czyli popularnym kolesiostwie. Podaję więc do wiadomości inne powszechnie stosowane strategie: 1) zatrudnianie na jakiejkolwiek opłacanej z budżetu państwa posadzie własnych krewnych, czyli nepotyzm (w całkowicie prywatnej firmie nie ma w tym nic nagannego); 2) „zasługi" lizusowsko-donosicielskie; 3) świadczenie usług seksualnych decydentom w zamian za stanowisko, czyli prostytucja opłacana nie z kieszeni klienta, tylko znów poprzez budżet państwa (by mi nie zarzucano dyskryminacji różnych grup, zaznaczam, że mówię tu o usługach nie tylko heteroseksualnych i też nie tylko ze strony pań); 4) wspólnota przestępczych intere- sów z kimś wysoko ustawionym (jedną z odmian tych relacji może stanowić szantaż ze strony ustawione- go niżej); 5) urozmaicone formy kopania dołków za plecami tego, którego stołek chce się przejąć; 6)  chorobliwa ambicja i nadaktywność przy skrajnym bezkrytycyzmie co do własnej osoby, związana zwykle z psychozą (nim jednak taki delikwent trafi wreszcie do wariatkowa, może nawet dość długo w fazie pobudzenia jakimś zespołem kierować); 7) stanowisko z nomenklatury (dzięki przynależności do właściwej partii politycznej lub spektakularnemu popieraniu reżimu rządzącego); 8) łapownictwo.
Ogólnie można powiedzieć, że wśród biorących udział w takich rozgrywkach szczęśliwy los na życiowej loterii wygrał każdy, kto wskutek zawirowań genetycznych albo złego wpływu otoczenia urodził się lub stał się psychopatą bądź socjopatą. W związku z całkowitym brakiem skrupułów, wyrzutów sumienia, wstydu, honoru, poczucia winy, godności itp. taki ma największe szanse w wyścigu szczurów nie tylko dostać pracę, ale i dochrapać się najlepiej płatnych i eksponowanych stanowisk! Ponieważ społeczeństwo ten zdegenerowany stan rzeczy w pełni poprzez swe wybory akceptuje,  „podcinając gałąź, na której siedzi", ani myślę wbrew zadowolonej (jak można sądzić) większości, gadać do ściany o konieczności zmian. Sama przecież potrafię, zgodnie z wytycznymi antystresowców,  dostrzegać pozytywne strony istniejącego stanu rzeczy. Gdyby na przykład uczciwych ludzi wygryzali ze stanowisk oszuści, a fachowców głupcy, można by się wkurzać i oburzać. Gdy jednak złodzieja wygryza prostytutka, prostytutkę gangster, gangstera psychopata itp. – to jest mi raczej wesoło, bo życzyć mogę im tylko, by jak najzacieklej walczyli i się wzajemnie pozagryzali, ustępując ringu kolejnej „elicie".
Zawsze interesowałam się historią, która (jak mówi łacińskie przysłowie) „jest nauczycielką życia".  W kwestii walk o władzę, bogactwa, stanowiska, prestiż uczy ona, że im wyższy wzlot, tym boleśniejszy upadek. Tę sprawiedliwość da się obserwować przez stulecia. Najlepiej sprawdzają się prawidłowości ujęte w znanych przysłowiach: „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie", „Kto sieje wiatr, zbiera burzę", „Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka" oraz wiele innych o podobnej wymowie. Jest bez wątpienia regułą, że gdy szuje uznają, że warto o coś walczyć, cwaniaka ogrywa większy cwaniak, donosiciela obrotniejszy donosiciel, dziwkę (męską lub żeńską) młodsza konkurencja, średniego złodziejaszka zachłanniejszy defraudator. Nie trzeba być szczególnym filozofem, by taką kolej rzeczy przewidzieć. Walczącym o stołki jednak (z nadzieją, że pozagryzają się skuteczniej) chciałabym „dla ich dobra" zwrócić uwagę, że coraz niebezpieczniejszą bronią staje się dziś NIEPRZEWIDYWALNOŚĆ czyichś działań. „Rewolucję pałacową" z nagła inicjuje ktoś, po kim nikt się żadnej aktywności nie spodziewał lub też ktoś zaczyna działać metodami, których nie brano dotąd pod uwagę. Niebezpieczne są też strategie łączone: np. jeden „robi za zagrożenie", skupiając na sobie całą uwagę posiadacza stołka, a w tym samym czasie drugi „miły, pracowity i bezkonfliktowy" skutecznie go stołka pozbawia. Cios z zaskoczenia bywa zawsze tragiczniejszy w skutkach niż rozróba przewidziana. Nie jest już nawet regułą, że młodszy zawsze wygryzie starszego, krzykliwy cichego, bogatszy mniej zasobnego itp. Właśnie z uwagi na tę coraz piękniej kwitnącą nieprzewidywalność współczesna rozgrywka w byle jakim biurze może być bardziej ekscytująca od intryg cesarzy rzymskich lub dworu Tudorów.
Zastanawiam się tylko, w jaki sposób młodzi obecnie i uczciwi nieszczęśliwcy zdołają wytrwać w takim pracowniczym bagnie aż do 67. roku życia! Ponieważ „potrzeba jest matką wynalazków", mam nadzieję, że normalni opracują jednak jakieś skuteczne strategie przetrwania. Skoro sukces zawodowy i finansowy odnieść może tylko idący po trupach psychol, wyposażony w kły, pazury i kopyta – może byłoby nie tylko etyczniej, ale po prostu zdrowiej dla jednostki i jej otoczenia, by do takiego „sukcesu" nie dążyła? Za to ścigającym się „szczurom" już wkrótce nie wystarczą te od wieków znane strategie, które w punktach wymieniłam. Wciąż zaostrzająca się walka i konkurencja wymagać będą coraz to bezwzględniejszych metod działania, cena sukcesu będzie coraz wyższa, czas korzystania coraz krótszy, a upadki definitywne na całej linii. Kto jak ja uwielbia horrory, będzie miał widowisko znacznie bardziej frapujące niż przewidywany przez niepoprawnych optymistów koniec świata!

Również tego autora

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org