Małgorzata Jaracz - „DIE POLNISCHEN BAUERN" WŁADYSŁAWA REYMONTA

„Polały się łzy me czyste, rzęsiste, Na me dzieciństwo sielskie, anielskie, Na moją młodość górną i chmurną...." te wersy Mickiewiczowskich „Liryków lozańskich" odezwały się dalekim echem w mej pamięci, gdy rankiem 10 czerwca 2012 roku przekraczałam granicę austriacko-szwajcarską nieopodal spowitego mgłami Jeziora Bodeńskiego, w  miejscowości, brzmiącej, nomen omen, jak moje imię – St. Margarethen i gdy przyszło mi podziwiać – jeszcze z okien autobusu zapełnionego moimi krajanami – cudowności otaczającej nas natury.
Całkiem nieoczekiwanie i być może nie do końca zasłużenie w moim życiu pojawiła się kraina mężnych i pełnych demokratycznych idei Helwetów. Confoederatio Helvetica, czyli od zawsze przyjazna Polakom  – Szwajcaria.  
I odczuwam olbrzymią wdzięczność, że los pozwolił mi przeżywać podobne wzruszenia, co przed wiekami, a także w niedalekiej przecież przeszłości, dane było wielu naszym rodakom. Wystarczy przywołać tu romantycznych pisarzy, jak Zygmunta Krasińskiego, Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego. Szwajcaria serdecznie matkowała wielkim polskim patriotom i generałom – Tadeuszowi Kościuszce i Marianowi Langiewiczowi. Nie odmówiła też gościnności i wsparcia mężom stanu, prezydentom II Rzeczypospolitej – Gabrielowi Narutowiczowi i Ignacemu Mościckiemu, dla których słowa „Bóg, Honor, Ojczyzna" były zawsze życiowym drogowskazem. Wszyscy wielcy, jak również mniej znani z imienia i nazwiska, w tym przegrani powstańcy z lat 1830 i 1863 oraz żołnierze 2. Dywizji Strzelców Pieszych, internowani w roku 1940 w Polenlager w kantonie berneńskim, w Häftli, niedaleko miasteczka Büren nad Aarą (a. Aare), są wymownym świadectwem tego, jak zawiłe były dzieje Polaków i z jakim – pełnym życzliwości zrozumieniem – spotkali się ze strony Szwajcarów.
Moja alpejska przygoda zaczęła się w Bettlach, niewielkiej, ale pełnej uroku miejscowości położonej u podnóża Jury, na granicy z miasteczkiem Grenchen, w osławionym już z przyjaźni polsko-szwajcarskiej kantonie Solothurn.  
Mymi opiekunami stali się Państwo Peter von Burg i jego małżonka – Nelly von Burg-Schneider. Ich przepiękna villa rustica, zachwycała szczególnym położeniem. Z ogrodu wypełnionego wszechobecnym tu zapachem lawendy można było podziwiać panoramę zamglonych Alp i wyłaniający się od czasu do czasu spiczasty szczyt Jungfrau. Niżej przykuwały wzrok zielone doliny Wyżyny Szwajcarskiej (Schweizer Mittelland lub Plateau Suisse) ze posadowionymi na pagórkach urokliwymi osadami i samotnymi landwirtschaftami. Mieniły się w słońcu turkusowe wody krętego koryta rzeki Aary, czarowały unoszące się w dali mgły krainy jezior, czyli Seelandu. Jednocześnie po odwróceniu się można było wędrować po majestatycznym i tonącym w zieleni lasów bukowo-świerkowych paśmie wapiennej Jury i podziwiać na wprost monumentalną skalną ścianę, górującego dumnie nad Bettlach Wandfluh. Niedaleko, bo zaledwie kilka minut skrajem wiecznie zielonej łąki, znajdowała się willa Prezydenta Gminy Bettlach (Gemeindepräsident) – pana Hansa Kübli, który, ku mojemu zaskoczeniu i wielkiej radości, od ponad trzydziestu lat związał swe losy z Polską przez swoją uroczą małżonkę – Zofię.
Jak czytamy w informatorze „Einwohnergemeinde Bettlach. Infoblatt 2012", Bettlach położone jest na wysokości 489 m. n.p.m,, obejmuje ok. 12.200 km kw. powierzchni, którą zamieszkuje ponad 4,8 tys. mieszkańców. Osada ma prawie tysiącletnią metrykę, pierwsze zapiski, wymieniające nazwę Betelacho, pochodzą z około roku 1181. Tu przeszłość harmonijnie współgra z teraźniejszością i bliskością industrialnego Grenchen, gdzie znajdują się liczne małe manufaktury zegarków i wielkie fabryki grupy Swatch.     
Gmina, jak pisze we słowie wstępnym prezydent Kübli, daje różnorodne możliwości rozwoju, a  jej otwartość („ein offener Bettlachergeist" – w dosłownym tłumaczeniu „otwarty duch Bettlach") tworzy podwaliny dla żyjącej wciąż kultury wiejskiej („für eine lebendige Dorfkultur"). I rzeczywiście tak jest, w wielu rozmaitych aspektach. Oprócz stylowych i charakterystycznych dla danego kantonu drewnianych domów o podmurówce kamiennej i z trójspadzistymi dachami, powstają tu też nowoczesne wille –  przeszklone, całkiem płaskie i wielostopniowe, ogrzewane ekologicznymi pompami ciepła. Przybysza oczarowuje wielobarwność i rozmaitość zieleni, klarowne powietrze, mozaikowo ułożone dekoracje z wapieni i otoczaków, które ozdabiają przydomowe trawniki. Urzeka widok pasących się koni, ceglasto-białawych krów i dźwięczących dzwoneczkami owiec. Co zaskakuje, to że Szwajcarzy są nadzwyczajnie uprzejmi i na każdym kroku pozdrawiają powszechnie znanym w Schwyzerdütsch słowem Grüzzi lub bardziej austriackim Grüss Gott, a kierowcy zawsze ustępują pierwszeństwa pieszym.
W samym sercu Bettlach znajduje się Adamhaus, stylowy budynek Dorfmuseum, w którym odbywają się różne imprezy kulturalne, wystawy, plenery. Zgromadzone są tam również zabytkowe przedmioty codziennego użytku, ilustrujące życie jego dawnych mieszkańców, przekazane przez darczyńców, w tym także przez małżonków von Burg. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mi się odwiedzić to miejsce w Internationaler Museumstags 2012 i przeżyłam  wielkie wzruszenie. Otóż pośród licznych pamiątek, na wielkim drewnianym stole wyeksponowane były najdawniejsze szwajcarskie gazety, np. Solothurner Tagblatt z 1874 roku. Na wierzchu jednej z nich zobaczyłam wybity wielką czcionką tytuł „Die Polnischen Bauern". Jakież było moje zdumienie, gdy zaciekawiona utkwiłam wzrok w tym, pożółkłym od prawie 100 lat, kawałku papieru. Dalsze słowa rozwiały me wątpliwości. To był fragment „Chłopów" naszego literackiego noblisty, tj. „Roman von W. S. Reymont". I te pierwsze zdania dialogu Dominikowej z Boryną,  wybite startym już gotykiem: „Das stimmt, man weiss nur nicht, was davon übrig bleibt, wenn er sein Amt niederlegt (...)", zaczerpnięte z rozdziału 3., brzmiące całkiem inaczej w oryginale: „Juci, ino nie wiada, co mu z tego ostanie, kiej się urząd skończy (...)". A owa kartka leżała luźno na zszytych wydaniach „Schweizer Illustrierte Zeitung" z 1916 roku.  
I w ten sposób ta daleka przecież, położona ponad 1400 km od Bydgoszczy, alpejska obczyzna stała się mi pełną przyjaźni „ziemią obiecaną", a kanton Solothurn odkrył przede mną wiele polskich tajemnic, jak chociażby Kosciuszko-Haus oraz muzeum jego imienia w centrum Solothurn czy pomnik generała Mariana Langiewicza w przy dworcu Grenchen Nord, ale i jeszcze więcej... I co najważniejsze, poznałam tu ludzi, którzy są bardzo życzliwi dla Polaków, a nawet więcej, dążą do upamiętnienia śladów polskości w Szwajcarii i pieczołowicie pielęgnują związki między naszymi krajami.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież