Józef Jacek Rojek - Prawie doskonała proza

Kiedy przed rokiem pisałem recenzję o opowiadaniach Jerzego Szczudlika [„Akant" nr 9/2011], iż „są to absolutnie opowiadania-monodramy singli  czystej wody", to obecne opowiadania tegoż pisarza uważam prawie za doskonałą prozę z elementami singli po przejściach. Dlaczego?
Otóż, kiedy zamiast wstępu, autor  wprowadza nas w aforystyczne, przewrotne w treści  dwuwersowe „wyznania", których jest dwadzieścia dwa,  a zaczynających się od Kocham Cię…
Kocham Cię z ciekawości,
Która jest pierwszym stopniem do piekła.
czy:
Kocham Cię z przyzwyczajenia,
Które jest drugą naturą.
bądź:
            Kocham Cię z potrzeby,
     Która jest matką wynalazku.

albo:    Kocham Cię z dobrych chęci,
            Którymi wybrukowane jest piekło (…)
 i etc.,
 to wiem, że autorowi  cogito ergo… zoom nadal  nie zbywa  na   wyobraźni literackiej – tworząc bardzo osobistą i wyrafinowaną prozę z wszystkimi atrybutami jej przypisywanymi, czyli łączy prostotę i logikę fabularną z przewrotnością tematyczną, a wszystko wsparte dodatkowo satyrycznymi, komicznymi czy  obyczajowymi motywami; stąd widać, iż autor Limeryki z okien bryki opanował do perfekcji pisanie opowiadań z zaskakującymi oczywiście puentami. Te an blok  pisane  opowiadania, o urozmaiconej fabule, jak się rzekło, gdzie nie ma pustych i niepotrzebnych miejsc fabularnych jako „wypełniaczy" stron, się po prostu czyta. Czyta,  jako że  tematyka jego opowiadań jest jak najbardziej  „z życia wzięta", zatem nie ma dla autora tajemnic tak w sferze buduarowej – jak się drzewiej mówiło – ani  społecznej, a dokumentacja psychologiczna postaci jest jak najbardziej adekwatna przy konstruowaniu  sytuacji literackich tych opowiadań.  
I tak począwszy  od opowiadania  „Agroturystyka", co to niby: ja mam męża, ty żonę, nas nie ma, to jednak w ostateczności może dojść do tego:  że sąd, mimo że wzięłam winę na siebie, nakazał podział  majątku? Ale ja nic nie chcę... – to jednak przewrotność losu  bywa wręcz nie do pozazdroszczenia:  agroturystyka to nie tylko wypoczynek wśród wioskowych tubylców, ale i pierwszy stopień do piekła – zdrady z miłości?
Przewrotne, surrealistyczne  opowiadanie „Bezsenność", to nie tylko: jest wystarczającym powodem, by stać się mądralem i snobem, żerującym na prawdziwie nieprzespanych nocach kwiatu pisarstwa (które wreszcie  przeczytane  prowadzą do mądrości?), ale również na tym, iż bezsenność prowadzi w urojone, niezwyczajne  rejony bezdomności i – zatęsknienia do własnych, dawnych snów…
I tak jest z pozostałymi opowiadaniami: a to związanymi  z branżą aktorską (wielce poznaną przez Jerzego Szczudlika, jako autora również sztuk teatralnych); a to z nadmiernym ego Pana Prezesa (pisane nagle przez małe p); a to o miłości w starszym wieku nie tylko do napoleonek; a to o wyimaginowanym przesłuchaniu przez oficera sowieckiego Stefana Jaracza w 1945 roku; a to o wielkiej miłości do barmanki, która w tym barze nigdy nie pracowała; a to o buraczanym „jaśniepaństwie", gdzie: salon był równie koszmarny jak bryła domu, w której się mieścił, ale również  jako przypomnienie niechlubnej młodości jednego z bohaterów opowiadania;  i tak dalej i tym podobnie, łącznie z ostatnim opowiadaniem, czyli zjazdem koleżeńskim po latach.
Słowem: wszystko płynie –  jest dwuznaczne, niejednorodne, skomplikowane, ba, nawet bywa relatywistyczne: każdy inny w oczach innych, jak nazwałbym je ostatecznie. I, jak mi się wydaje, w tym jest podstawowa cecha pisarstwa Jerzego Szczudlika oraz to, że wszystkie odzywki, wtręty literackie czy motywy są zawsze, jak się powiada,  „zapięte" na ostatni guzik.  Jest to   pisarstwo niby żartobliwe, czasem kąśliwe, satyryczne nie tylko w tle, czasem nie na serio, ale – to naprawdę serio pisana proza o nas samych: niestabilnych, niekompatybilnych do sytuacji życiowych, wiecznie szukających nowości – a mający ową „nowość"  tuż obok, tyle że nie w porę zauważoną. Stąd powtórzę: opowiadania te pisane są z  niejaką dezynwolturą, bowiem  autor pan(i)ta rhei [z dopisaniem „i" w środku słowa panta innym kolorem w tytule książki – JJR] igra ze słowem-słowami, sytuacjami, wątkami, ale zamyka każde sytuacje pisarskie odpowiednią lub czasem przewrotną puentą, rzekłbym: do zapamiętania lub – opamiętania(?)  się na co dzień…
Dlatego zapraszam  czytelników, aby sami popróbowali – czytając – ocenić tę  prozę oraz  spuentować pisarstwo Jerzego Szczudlika, bo warto!
Cóż, to naprawdę prawie doskonała proza, łącznie z poprzednimi opowiadaniami, jakie autor opublikował  rok temu, czyli z cogito ergo… zoom.  I jeszcze jedno: jako autor sztuk teatralnych, tomów limeryków ilustrowanych przez Andrzeja Mleczki i Jarosława Korzeniewskiego oraz dwóch tomów opowiadań, Jerzy Szczudlik zapowiada w najbliższym okresie opublikowanie powieści; jestem  naprawdę ciekawy jej tematu, jak i zastosowanej formy.

Jerzy Szczudlik: panita rhei. Pracownia Wydawnicza „ElSet", Olsztyn 2012, ss. 246

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież