Patryk Chrzan - Taniec wariatki

Już pierwsze dwa wiersze ze zbioru Szelki bezpieczeństwa Janiny Barbary Sokołowskiej dobrze wprowadzają w podejmowaną przez autorkę tematykę. Książka wydana nakładem Wydawnictwa ADVERT w Rudzie Śląskiej poszerzona w roku bieżącym o kilkanaście wierszy rozpoczyna się od zaakcentowania motywów miłości i jasności utożsamianych z dniem. Jednakże już drugi tekst studzi tę afirmację „powidokiem" dopijanej kawy, samotnością i niepostrzegalnym „wrastaniem w ciemność". Poetka sytuuje czytelnika pomiędzy dwoma światami i nawet lektura całej książki nie pozwoli nam jednoznacznie stwierdzić, który z nich jest bardziej prawdziwy, namacalny.
Wydaje się, że doskonałym sposobem na określenie kondycji lirycznego bohatera są słowa z wiersza rzeźbiarz: „pachnie oliwą i gliną / w tle okna z widokiem na chmury // mistrz mówi że wyrzeźbił ją / w lęk". Podmiot jest tutaj zarazem oliwą, płynem konserwującym i szlachetnym, ale także gliną, w której można dowolnie rzeźbić, choć z czasem się kruszy. Widok na chmury poświadczał będzie fakt przemijania. Lektura tekstów nie wskazuje wszakże na lęk, który możemy konkretnie nazwać, nie jest to także żadna histeria, lecz zwykły ludzki niepokój o to, że wszystko co piękne i ulotne musi kiedyś zniknąć. Wiersze podszyte są lękiem, który jednak nie paraliżuje.
Ukazywany w wierszach świat nie jest tak naprawdę światem zewnętrznym, raczej „emanacją" podmiotu lirycznego. To świat potencjalny, niejako wymarzony, ale nie wykreowany. Naturalny. Teksty nie sprawiają wrażenia silących się na jakieś pouczenia, czasem tylko niespodziewane puenty wskazują, że autorka pod przykrywką zwykłych lub niezwykłych obrazów przemyca coś więcej, odsłania rąbek „drugiego dna". Pierwsze wrażenie po przeczytaniu wierszy zdaje się mówić, że światy u Sokołowskiej są spokojne i ułożone, jednak po dokładnej lekturze można zauważyć, że są nadgryzane czymś od wewnątrz, co jeszcze się nie wydostało, ale póki co szuka drogi wyjścia. Ten podskórny niepokój odnajdziemy w wierszu studnia jej coraz głębsza: „gdy wróci / noc złamie wiosło na lodowym świcie / znów trzeba będzie przełamywać brzask / wierszem sufitu // w studnię". Powracamy tutaj do początku zbioru, „potyczek" jasności z ciemnością. Tytułowa studnia jest coraz głębsza, a podmiot liryczny sam, nieświadomie, pomaga ją zgłębiać, aby uwolnić coś złego, ale niedookreślonego.
Rzeczywistość (a może: nierzeczywistość) tych wierszy nie jest jednolita, nie można ich umiejscowić w dookreślonej przestrzeni – jest to ulica i peron, łąka i las. Wiersze, w których pojawia się ulica oraz miasto są ciemniejsze i stonowane, wyrażają tę drugą stronę, która miarowo nadchodzi. Tymczasem inne, „zieleńsze", dają nadzieję, że sielanka wciąż trwa, choć – jak w wierszu oko jarzębiny – „(...) wiatr tu posprząta / deszcz zmyje zieleń / zieleń zmyje deszcz".
    W tomiku Janiny Barbary Sokołowskiej pojawiają się wątki religijne. Nie chodzi jednak o żadną „doktrynę", raczej uzupełnienie świata, wypełnienie go potrzebnym duchem, powietrzem do oddychania. Pierwszy raz bóg – pisany właśnie małą literą – pojawia się, nieco niespodziewanie, w wierszu w ogródku hospicjum, później jego obecność jest już stale wyczuwalna. Moment, kiedy wiara i podmiot liryczny stykają się ze sobą najmocniej można dostrzec w wierszu anioł opatrzności: „o świcie dokładnie ściera ślady / słodki kłębek włosów z podłogi / zamyka książkę o sobie / odkładając na miejsce / (...) / czasem tylko z pośpiechu / na błyszczącej okładce / zostaje wgniecenie po łzie / i linie papilarne mgły // nie wpisane w żaden pesel". Te słowa brzmią jak credo, oto poddanie się nieuchronnemu, i jakby wyraz utraty wiary w tytułowego anioła opatrzności, a zarazem w całą religię.
     Wiersze z Szelek bezpieczeństwa opowiadają o ciągłej walce metaforycznej ciemności z jasnością, bo nawet nie dobra ze złem. Tutaj nic nie jest oczywiste, mnogość odniesień nie pozwala na jednoznaczną opinię. Czy faktycznie mówimy głównie o miłości i samotności? W pierwszej chwili można odnieść wrażenie, że są to wiersze o przemijaniu, jednak po głębszej analizie stwierdzamy, że traktują o trwaniu. A jeśli wszystko, co trwa nie jest widoczne gołym okiem, to – według autorki – należy to stworzyć i pielęgnować, aby nie ulegać przekonaniu, że może tego naprawdę nie być.
Taka nadzieja przebija już w tytule wiersza gdy jednym ruchem skrzydła motyla powodujesz trzęsienie ziemi. Mamy zatem do czynienia z chęcią przywrócenia ufności wręcz dziecięcej, pomimo „rozrzuconych kości", które mogą symbolizować rozczarowania czy życiowe katastrofy. To właśnie „imiona aniołów" pozwalają autorce „złożyć dzień" i trwać w milczeniu.
Poetka często zbliża się do drobnych spraw i przedmiotów, jakby za ich pomocą chciała dotknąć lub opisać to, co często wymyka się naszemu niedoskonałemu językowi. W wierszu listopad w lesie mamy przykłady czegoś, o czym trudno na co dzień myśleć. Są to próby uchwycenia tego, co niezauważalne, jak choćby „spojówki ptaka", tego co nieuchwytne jak „sierść wiewiórki", albo tego, co można sobie tylko wyobrazić lub wykoncypować jak „wydłubane oczy szyszek".
Usadowiony we własnym świecie podmiot liryczny nie odnajduje oazy spokoju i daje się ponieść stworzonemu klimatowi nadchodzącego zagrożenia. Przedstawia się wręcz czytelnikowi jako „obłąkany" i „wariatka" (balasty): „co mam robić nike / po ścięciu głowy rąk pięt / z fragmentem torsu na dziobie okrętu / by nie był balastem wbijam szpikulec w pierś / (...) / wiem i nie wiem nike / jak przekonać wariatkę żeby nie bolało / kiedy odwracasz się i odchodzisz / aby nigdy więcej nie być samą". W takich chwilach można zbliżyć się do „ciemnej strony", poczuć chęć uwolnienia od świata, aby nie być więcej dlań ciężarem. Podmiot liryczny rozmawia jednak z Nike – boginią zwycięstwa, a ściślej z Nike z Samotraki, która była ozdobą wspomnianego statku. Posąg nie zachował głowy, zatem rozmowę można potraktować jako emocjonalną wymianę zdań, gdyż podmiot jest także „wariatką". Można stwierdzić, że wręcz chce pozbawić się bezboleśnie głowy i postawić na same uczucia, a przez to stać się zwycięską jak Nike. Tytułowymi balastami poddanymi poświęceniu są głowa i kończyny, wszystko to, czym możemy kształtować i kontrolować świat.
Szelki bezpieczeństwa to dość specyficzne zestawienie słów. Szelki są „domeną" mężczyzn, bardziej rozciągliwe niż pasy, z którymi kojarzy się poczucie bezpieczeństwa. Brak szelek oznacza pewne odsłonięcie czy wręcz śmieszną nagość. Podmiot liryczny „rozciąga się" w wierszach, wykazując często znaczne wahania nastrojów, nie przekraczając jednak pewnej granicy rozciągliwości, po której nastąpiłoby... pęknięcie.
    Tomik wymaga kilkukrotnego przeczytania, aby dobrze poznać świat zawieszony (czy może podwieszony) na „szelkach bezpieczeństwa". Z pewnością warto wyruszyć w podróż po obu światach autorki. Ku któremu z nich skłania się Janina Barbara Sokołowska? Niech pewną sugestią i lekturową zachętą będą słowa z kończącego tomik wiersza oda do mickiewicza: „jeszcze nieme słówko na pożegnanie / jestem twoją nocą i jak noc upiorna / nie pozwolę ci odejść".


Janina Barbara Sokołowska, Szlaki bezpieczeństwa, Ruda Śląska 2012, Wydawnictwo „Advert"

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież