Olimpia Gogolin - Istotą sztuki powinno być „emocjonowanie" człowieka.

1.    Czy zgadza się Pan z opinią znawców literatury, że K.I. Gałczyński jest jednym
z największych poetów XX wieku w Polsce?

Tak. Gałczyński miał jedną wspaniałą cechę. Niektórzy mogą mówić, że był powierzchowny, niefrasobliwy. Zarzucano mu, że jest „fruwającym motylkiem" poezji. Ale dla mnie osobiście Gałczyński ma niebywale dużo tego, co tak przepięknie opisał
w Pieśniach: „kocham światło. Promieniem, jak umiem, wiersze obdzielam". To jest niesłychanie ważne. Nie wiem, czy istnieje drugi poeta, z którego twórczości emanowałoby tyle światła, tyle jasności, optymizmu. Chociaż sądzę, że każda twórczość – nawet taka, która ma człowieka „pogrążyć" w rozpaczy, niepokoju – jest potrzebna, ponieważ nie możemy żyć ciągle w „światełku" i przekonaniu, że, jak napisał Andrzej Poniedzielski, „życie to łączka pełna kapusty". Gałczyński to również ktoś taki, kto potrafi „zasępić", skłonić do refleksji, zastanowienia.

2.    Kiedy zainteresował się Pan twórczością K.I. Gałczyńskiego?

Nie ukrywam, że niesłychanie cenię Gałczyńskiego i pasjonuję się nim od dzieciństwa. Od najmłodszych lat jestem związany z teatrem. Mój ojciec był aktorem, aktorem jest też mój syn. Od zawsze spędzałem dużo czasu w teatrze, jasne więc było to, kim zostanę
w przyszłości.
Już w szkole, gdy ktoś miał mówić jakieś wierszyki, kabareciki, powierzano to mnie. Byłem z tego powodu ogromnie rad, gdyż bardzo to lubiłem. Wydawało mi się, że Gałczyński jest do tego niezwykle poręczny. I tak to się właśnie zaczęło.
W pewnym momencie, gdy wycofałem się już z profesjonalnego życia teatralnego, zacząłem robić z synami i jeszcze kilkoma innymi osobami program o nazwie „Gżegżółka
i spółka". Zgłosiłem go na festiwal „Poezja Gałczyńskiego", który odbył się w Leśniczówce Pranie. Festiwal ten współorganizowała Kira Gałczyńska, w jury zasiadał Wojciech Malajkat. Pomimo tego, że nasz zespół był wówczas jedynym występującym dziecięcym zespołem, można powiedzieć, że zdeklasowaliśmy wszystkich innych uczestników, zachwycając nie tylko jury, ale i Kirę Gałczyńską.
Z festiwalu wróciliśmy z ogromnym sukcesem i Złotą Gęsią.

3.    Co Pana urzekło w twórczości K.I. Gałczyńskiego?

Sądzę, że istotą sztuki powinno być „emocjonowanie" człowieka. To, co nudne, jest śmiercionośne. Moim zdaniem Gałczyński jest niebywale „emocjorodny", tak bym to może nieładnie określił. Czytając Go, autentycznie się wzruszam. Gałczyński potrafi mnie też niebywale rozśmieszyć. Zadziwia, że już tyle lat temu potrafił „rzucić się" na podówczas nieuprawiany rodzaj humoru. Zielona Gęś stała się niejako prekursorką pewnego bardzo ważnego typu teatru, teatru absurdu, przeciwieństw, skojarzeń.
Gałczyński jest osobą, której talent jest niezwykły. Mam syna, który wyrósł na tym poecie i z doświadczenia wiem, że Gałczyński był „skuteczny". Nie oglądał się na to, co modne, na to, czym można zyskać sobie sławę. Życie i ustrój, jaki panował po wojnie, zmusiły go do walki o pieniądze. W jednym z wierszy odnaleźć można słowa: „jestem słaby, chory, jeden
z Sodomy i Gomory (…), a Ty byś chciał, żebym ja latał i wiarą mą przenosił skały. Nie mogę."  To przykład jego wspaniałej skromności.
Gałczyński jest również niesłychanie wrażliwy. Wszystkie animozje, kłody, kłódeczki, które Mu rzucano pod nogi, sprawiły, że zaczął pić. Znalazł się w takim, chyba znienawidzonym przez siebie ciągu, który szybko doprowadził go do śmierci, ale tak już jest, że wybrańcy Boga zwykle żyją krócej.

4.    Który z okresów twórczości K.I. Gałczyńskiego jest Panu najbliższy?

Ja Gałczyńskiego akceptuję w całości. Myślę, że wszystkie okresy jego twórczości są godne zastanowienia, uwagi i zachwytu. Już okres przedwojenny zawierał bardzo dużo interesujących rysów. Potem, po wojnie, poeta miał wspaniałe pomysły literackie.
Poza tym Gałczyński miał niezwykłą umiejętność budzenia ogromnych emocji. Wobec jego osoby chyba żaden czytelnik nie może pozostać obojętnym.

5.    Które z wierszy K.I. Gałczyńskiego należą do Pana ulubionych?

Wydaje mi się, że to kwestia nastroju. Niezwykle ważne jest to, w jakim znajdujemy się momencie. Kiedy chcielibyśmy, aby do naszych serc spłynęło coś lirycznego albo coś radosnego, albo po prostu kiedy chcemy się bawić.  Każdej z tego typu sytuacji Gałczyński potrafił wyjść naprzeciw. Taka była jego twórczość. Ale faktem jest, że nie ma kobiety, której nie wzruszyłby wiersz Inge Barstch.

6.    Czy wykorzystywał Pan utwory K.I. Gałczyńskiego podczas prowadzonych warsztatów teatralnych? Jeśli tak, to jakie?

W Pałacu Młodzieży w Katowicach zorganizowałem dwu-, albo trzykrotnie „Gżegżółkę", a potem zrobiliśmy bardzo, bardzo interesującą rzecz, która również wśród kolegów poety nigdy nie cieszyła się wzięciem ani specjalnym szacunkiem. Utwór ten zwał się Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu. Gdy zaczęliśmy to robić, okazało się, że to fantastyczny materiał teatralny. Wygrywaliśmy tym spektaklem festiwale, między innymi w Horyńcu czy w Poznaniu. Dość długo utwór ten utrzymywał się w naszym repertuarze, zmieniały się tylko obsady. Był bardzo ważną pozycją. Poza wszystkimi zaletami literackimi, stanowił fantastyczny materiał warsztatowy. Dlatego, że jest to utwór dający niezwykle wiele możliwości zrobienia różnego typu „wariacji na temat".
Potem mój syn został poproszony przez dyrekcję o poprowadzenie warsztatów w oparciu o twórczość Gałczyńskiego.  No i zrobił to. Warsztaty te nosiły nazwę „Ocalić od zapomnienia". Wykorzystywały one utwory Gałczyńskiego nieco zapomniane, niedoceniane. To bardzo cenne doświadczenie.

7.    Gdzie do tej pory recytował Pan utwory K.I. Gałczyńskiego? Czy poza teatrem były to również audycje radiowe bądź programy telewizyjne?

To było tak. Ukończyłem reżyserię w Krakowie w roku 1980. Potem byłem dyrektorem teatru Algi oraz Ateneum. To był początek zafascynowania teatrem lalkowym. Wtedy też wystawiłem Młynek do kawy.
W stanie wojennym  byłem zmuszony przerwać współpracę z teatrem
i poszedłem do radia. Pracowałem jako reżyser słuchowisk radiowych i miałem nieskończenie wiele możliwości recytowania. Wtedy Gałczyński pojawiał się bardzo często.

8.     Czy uważa Pan, że utwory K.I. Gałczyńskiego powinny być bardziej promowane ze względu na swą wartość?

To oczywiste. Tyle, że mój niepokój budzi to, czy Gałczyński nie jest przypadkiem „zbyt łatwy". Oczywiście, należy propagować każdy rodzaj literatury, zwłaszcza tak pełen uroku
i tak wspaniały jak twórczość Gałczyńskiego. Ale z drugiej strony, gdybym był pedagogiem czy bibliotekarzem i miał propagować czyjąś twórczość, zwracałbym uwagę na to, by nie przesłodzić. Kocham Gałczyńskiego, natomiast fascynuje mnie między innymi Bursa, czy Wojaczek. I tu rodzi się pytanie: co propagować? Co jest lepsze dla dzisiejszego, młodego człowieka? Dokonywanie wyboru w tym przypadku byłoby rzeczą niezwykle skomplikowaną i opierało się wyłącznie na wyczuciu, intuicji.

9.     Czy uważa Pan, że twórczość K.I. Gałczyńskiego jest nadal żywa w świadomości odbiorcy?

Obawiam się, że nie. Myślę, że Gałczyński zawsze żył trochę na marginesie oficjalnie obowiązujących nurtów, prądów. Obecnie został trochę wyparty, podobnie jak poezja w ogóle i boli mnie to. Następuje taki oto moment, że wyparci zostają poeci genialni, jak Gałczyński, czy Szymborska. Kto o nich wie? Jestem w wieku, kiedy nie muszę się przejmować losami intelektualnymi moich synów. Ale losem osób młodych jestem głęboko przejęty. Bardzo się boję, że dziś następuje proces „chamienia", którego pierwszym objawem jest odwrót od poezji.