Marcin Szerenos - LOS ŚWIATA

Od lat przyglądam się zmianą zachodzącym na świecie i interesuje się problemami, przed którymi staje współczesny człowiek. Co czeka ludzkość w najbliższej przyszłości?  Co powinniśmy wiedzieć, aby móc przetrwać? Jak będzie wyglądać świat za kilkadziesiąt lat? Zbierając informacje szukałem odpowiedzi na te ważne pytania. Oto, co udało mi się ustalić.
 
Cieplej, czy chłodniej?
 
Badania naukowców potwierdzają smutną tezę, że średnia temperatura naszej planety podnosi się z dekadę na dekadę. Najbardziej zauważalną zmianą warunków klimatycznych w Europie jest ocieplenie miesięcy zimowych. Naukowcy sądzą, że winne są silniejsze niż zazwyczaj zachodnie wiatry, a im z kolei winne jest globalne ocieplenie. „Kurczenie się zamarzniętej otuliny Antarktydy grozi podniesieniem poziomu oceanów" – pisze Sarah Simpson, w artykule: „Zanik pokrywy lodowej", którego przedruk znalazł się w marcowym wydaniu „Świata Nauki" z 2000 roku.
Pisze ona tak: „Od lat naukowcy obawiają się, że coraz cieplejszy klimat Ziemi spowoduje topnienie lodu polarnego, a następnie , jak na przykład Nowy Jork. Szczególny niepokój budzi sytuacja na obszarze zachodniej Antarktydy, gdzie w pokrywie lodowej nagromadziła się taka ilość wody, że po jej stopnieniu poziom oceanu światowego może się podnieść na wysokość piętrowego budynku."
A, co ciekawe, pisze: „Prognozy są złe: pokrywa lodowa prawdopodobnie nadal będzie się kurczyć. Proces ten jest jednak niezależny od ograniczenia emisji gazów cieplarnianych."
I dalej: „Na szczęście (…) zanik pokrywy lodowej odbywa się tak wolno, że zdążymy przenieść zagrożone miasta w bezpieczne miejsce."
A więc prognozy są nie najciekawsze, jak twierdzi pani Simpson, pokrywa lodowa kurczy się, co jednocześnie powoduje wzrost poziomu oceanów, lecz zauważa, że proces topnienia pokrywy lodowej „niezależny od ograniczenia emisji gazów cieplarnianych".
Konsekwencje dla ludzi takiego stanu rzeczy są ogromne. Zmieniający się klimat nie respektuje ludzkich praw i starannie wytyczonych granic państwowych. Zmienią się także warunki życia. Dojdzie do migracji ludności. Proces topnienia lodu zachodzi dosyć wolno i w tym przypadku nie grozi nam zalanie wielu gęsto zaludnionych nadbrzeży. Ale pani klimatolog zapomniała wspomnieć, że topnienie lodu ma ogromny wpływ na prąd zatokowy. Naukowcy od lat ostrzegają, że jego zanik może mieć katastrofalne skutki i przyczynić się w konsekwencji do zmiany klimatu. Przede wszystkim do małej epoki lodowcowej, zresztą kolejnej. Podobne miały miejsce w przeszłości. Jednak te zmiany klimatyczne będą mieć olbrzymie znaczenie dla ludzi.
Pod prąd
 
Podobnego zdania jest Richard S. Lindzen, klimatolog–sceptyk. Twierdzi on, że badania nad klimatem są „skażone retoryką polityczną" i są naukowo miernej jakości. Wspominam o tym badaczu, ponieważ głosi on swoje stanowisko pod prąd ogólnej teorii, jaka wydaje się przewodzić w amerykańskim i globalnym spojrzeniu na to ciekawe zagadnienie, z którym wiąże się los świata, a więc i nasza przyszłość. Lindzen uchodzi wśród swoich kolegów za postać kontrowersyjną, bo uparcie powtarza, że globalne ocieplenie wywołane przez człowieka to nie problem.
W raporcie IPCC (Intergovernmental Panel on Climate Change) główną odpowiedzialnością za „ocieplenie obserwowane w ciągu ostatnich 50 lat" obarcza się ludzkość. Stwierdza się w nim, że w ostatnich latach XX wieku temperatury były wyższe niż kiedykolwiek w ciągu poprzedniego tysiąca lat. Michael E. Mann, geolog z University of Virginia i główny autor rozdziału raportu IPCC traktującego o zmianach klimatu w przeszłości, określa ten skok jako „niezgodny z typową charakterystyką zmian występujących w naturze". Lindzen odrzuca tę analizę, kwestionując metodę określania temperatur w przeszłości.
W marcu 2001 roku Lindzen opublikował artykuł na temat ujemnego sprzężenia zwrotnego związanego z zawartością pary wodnej w atmosferze. Wniosek – ocieplenie spowoduje zmniejszenie pokrywy chmur nad obszarami tropikalnymi, co wpłynie na ochłodzenie klimatu, a więc zadziała tu stabilizujące ujemne sprzężenie zwrotne. Co znaczy tyle, że według Lidzena Ziemia posiada mechanizm samoregulujący się (co jest zgodne z tzw. hipotezą Gai).
Wydaje się więc, że mamy niewielkie pojęcie o procesie, który zachodzi na naszych oczach i ma związek z klimatem. Obserwujemy zaledwie jego fragment. Całość układanki jest bardziej złożona i wymaga współpracy wielu naukowców z różnych dziedzin. Na razie snujemy domysły. Tzw. globalne ocieplanie, jest naturalnym procesem i uczymy się je dopiero rozpoznawać, a które jak się wydaje w następstwie doprowadzi do ochłodzenia klimatu.
            Wydaje się, że mamy wystarczająco dużo informacji, aby móc sobie odpowiedzieć na to nurtujące nas pytanie: czy będzie cieplej, a może chłodniej? W tym przypadku nie utajnia się przed nami danych. Ale trudno jest udzielić na to pytanie klarownej odpowiedzi, tak jak trudno jest przewidzieć zmiany, jakie mają nastąpić, ponieważ w głównej mierze opinie naukowców opierają się na badaniach, a nikt jeszcze nie przeprowadzał tak wielkiego eksperymentu. Symulacje komputerowe również muszą się opierać na wielu sprawdzanych przypadkach, inaczej ich wartość jest niewielka. I jak zwykle może się okazać, że będziemy mądrzejsi po szkodzie.
Wszystko wskazuje na to, że klimat będzie miał olbrzymi wpływ na samych ludzi niż na planetę. Ta obroni się sama. Co innego żywe organizmy. Tym bardziej ludzi. Zupełnie nie liczy się on z naszymi interesami, czy planami politycznymi. A, co ważniejsze, w przyszłości mocno odciśnie na nich swoje piętno.
 
Globalne zmiany
 
Z obserwacji satelitarnych Antarktydy dowiadujemy się bardzo dużo o zachowaniu pokrywy lodowej. Kurczy się ona w zastraszającym tempie. Według niektórych szacunków ubyło jej 25 %. A raport Scientific Ice Expeditions (program SCICEX) podaje, że jego przeciętna grubość zmalała aż o 40%. Wielkie kawałki lodu odrywają się i dryfują po oceanach. Co wyraźnie widać na zdjęciach satelitarnych. Ktoś nawet wpadł na pomysł, by te olbrzymie bryły lodu wykorzystać jako zasoby pitnej wody. Przetransportować w spokojniejsze miejsce i eksploatować. Pomysł ten nie wydaje się taki głupi, gdy uświadomimy sobie, że już w roku 2025 połowie mieszkańców Afryki zabraknie wody pitnej, jak wynika z prognoz demografów.
Pomimo, że poziom oceanów podnosi się, jest to woda nie nadająca się do picia. Choć morza i oceany pokrywają prawie trzy czwarte Ziemi, tylko 2,5 % światowych zasobów to woda słodka. A niemal połowa niej jest zamrożona w lodowcach. Do dyspozycji człowieka pozostaje zaledwie 0,008 % wody.
Według badań w roku 2025 liczba mieszkańców Afryki ma się powiększyć o 500 milionów (przy największym na świecie przyroście naturalnym wynoszącym 2,4%). Dokładniejsze informacje na ten temat opublikowało przed laty czasopismo „Environmental Science and Technology". Do tego należy jeszcze dołożyć postępujące zmiany klimatyczne, które spowodują, że w przyszłości pojawią się w różnych miejscach globu olbrzymie tereny suche i mamy cały obraz katastrofy. A co za tym idzie, źródła pitnej wody staną się źródłami nowych konfliktów.
Tak przewidują eksperci CIA, którzy sporządzili raport „Global Trends 2015". A ich przewidywania wydają się uzasadnione ponieważ wiele ważnych źródeł wody jest wspólnych dla różnych krajów. Chodzi przede wszystkim o rejon dorzecza Nilu, południowo–zachodnią Azję i Bliski Wschód. Nadzieję na rozwiązanie sporów daje jednak przykład porozumień pomiędzy Indiami a Pakistanem o oszczędzaniu wody z rzek Indusu i Gangesu. Podobne porozumienie, ale dotyczące rzek Kolorado i Rio Grande, zawarły między sobą Stany Zjednoczone oraz Meksyk.
Przyrost demograficzny dotyczy jednak nas wszystkich, nie tylko Afryki. W ciągu ostatnich pięciu dekad liczba miast powyżej 10 milionów mieszkańców zwiększyła się z 6 do 20 i wciąż rośnie. I tak w 2050 roku ludzi na Ziemi będzie żyło kilka miliardów więcej niż teraz. Jednak najwięcej przybędzie ich w biednych krajach Trzeciego Świata. Ta grupa krajów najsłabiej rozwiniętych niemal potroi liczbę swoich obywateli.
 
Kryzys goni kryzys
 
Jak widzimy poszczególne kryzysy nakładają się na siebie. Jest ich znacznie więcej niż sądzimy. Kolejny kryzys, oprócz zmian klimatycznych i przeludnienia, wiąże się z naftą. Na ten problem uwagę zwrócił Stanisław Lem w 2002 roku. W wywiadzie udzielonym Antatolijemu Maksimowi, dziennikarzowi z gazety „Komsomolskaja Prawda", na pytanie: „Jakie najpoważniejsze zagrożenia czekają ludzkość?", odpowiedział między innymi: „ (…) zasoby węgla nieubłaganie kurczą się. Węgla wystarczy na jakieś dwieście lat, ale problemy z ropą naftową pojawią się już za lat dwadzieścia."
Tak więc nadchodzące lata wydają się szczególnym okresem w historii naszej cywilizacji. Około roku 2025 dojdzie do natężenia problemy globalnych. Pytanie tylko, czy sobie z nimi poradzimy?
Obecnie w mediach głośno mówi się o kryzysie finansowo–gospodarczym. Tak jakby inne były mniej ważne. Ale kryzys finansowo–gospodarczy, to tylko jeden z kryzysów, które nam się szykuje. Następnym jest kryzys związany ze zmianą klimatu, tzw. globalne ocieplanie, co jak sądzą niektórzy naukowców może być tylko preludium do czegoś większego, a mianowicie do kolejnej epoki lodowej. Wcześniej jednak ocieplający się klimat spowoduje daleko idące konsekwencje – w niektórych miejsca zacznie panować susza, co zmusi ludność do migracji. Do poszukiwania terenów korzystniejszych, nadających się pod uprawę roślin i gdzie jest łatwiejszy dostęp do wody pitnej. W dodatku z roku na rok będzie nas wciąż przybywać stąd też proste równanie, że konflikty się pogłębią.
Świat po roku 2025. Dla ludzi głodnych i zdesperowanych granice wielu państw przestaną odgrywać swoje pierwotne znaczenie. W następnej kolejności dojdzie do częstszego łamania prawa, na skalę nieporównywalną z teraźniejszą. Trudno też będzie utrzymać jako taki porządek. Dojdzie do wzrostu agresji i przemocy. Systemy polityczne, które obecnie sprawnie funkcjonują, staną się niewydolne. Anachroniczne, jak granice państwowe, które zdają egzamin w czasach, gdy panuje pokój, a nie chaos i walka o przetrwanie – pierwotne emocje. Trudno będzie zachować ład i zdrowy rozsądek, przeciwnie, wzrośnie chaos i anarchia. Dojdzie do przelewu krwi. W krajach Trzeciego Świata będzie to widać najlepiej. Uważam, że nie czeka nas żadne przebiegunowanie, lecz w niektórych państwach może dojść do przewrotów państwowych, a władze w tych krajach zdobędą wojskowi i zapanują ustroje totalitarne z najgorszych koszmarów.
Po roku 2025 dojdzie do załamanie się transportu opartego głównie na istnieniu ropy naftowej. A, co za tym idzie, szwankować będzie także pomoc humanitarna, podstawowe dostawy leków, wody i pożywienia. Pojawią się nowe ogniska zapalne, zbrojne bandy, które ustanawiać będą swoje porządki.  Z braku dostatecznej ilości paliwa walka z nimi będzie nieskuteczna. Większość państw zachodnich troszczyć się będzie o bezpieczeństwo swoich obywateli, na drugi plan zejdzie polityka zagraniczna. W niektórych krajach dojdzie do zbrojnych przewrotów. Chaos się pogłębi.
Wszystko to – migracje ludności, walka o przetrwanie, powrót do czasów totalitarnych, jednak będzie przebiegało bardzo różnie i w zależności od rejonu świata. Trzeba wziąć pod uwagę odmienności kulturowe, zasobność tych krajów (rezerwy w złocie), jak i znaczenie ma chociażby położenie geograficzne. Czynników jest bardzo dużo i trudno je wszystkie uwzględnić w krótkim artykule. Inaczej wydarzenia będą przebiegały w krajach Afryki Południowej. Inaczej sytuacja będzie wyglądać w Afryce Północnej, czy w Azji.
 
Czarny scenariusz
 
Przyznaję, że wizja jaką nakreśliłem, przypomina czarny scenariusz. Czy jestem złym prorokiem? Czy uprawiam czarnowidztwo? Czy jestem osamotniony w swoich przypuszczeniach? Niestety nie. Przetoczę na koniec słowa astrofizyka Freda Hoyle’a, który przypuszczał, że w dalszym okresie będzie dochodzić do „globalnej zapaści, miliardowych śmierci, do sinusoidalnych na przemian faz śmierci i życia". Podobnej oscylacji, lecz związanej z temperaturami ulega nasz klimat.
Nim poziomy oceanów podniosą się w roku 2100 będziemy już żyć na innej planecie. I jak pisał Stanisław Lem, w artykule pod tytułem: „Planeta Ziemia, wiek XXI" (NF, 9/2001) – „(…) Albo uratujemy się wszyscy, albo nie uratuje się nikt prawie (…)." Może i nie przez przypadek przepowiednie Nostradamusa urywają się na roku 2100. Te dotyczące naszej najbliższej przyszłości nie brzmią zbyt optymistycznie. Zdaniem popularnego wizjonera z Salon zagrażają nam: ogólnoświatowa klęska głodu, która doprowadzili ludzi do kanibalizmu, wojny prowadzone z zastosowaniem broni chemicznej, biologicznej i nuklearnej, inflacja o niespotykanej do tej skali i krwawe konflikty religijne. Czyli czeka nas wszystko to, o czym pisałem wyżej, a moje „przepowiednie" wynikają jedynie z czystej logiki. Czy powinniśmy w nie wierzyć? A może źle je interpretujemy? Trzeba jednak nadmienić, że wizjoner ten żył pięćset lat temu. A ja analizuje zebrane dane mając to szczęście żyć w obecnych czasach. Czyli diagnozuje na bieżąco. I według mojej diagnozy pacjent już dawno zmarł. To co oglądamy w telewizji przypomina nieudolną reanimację zwłok. Lecz już ducha w tym „ciele" dawno nie ma. Jednak niektórzy próbują go na siłę wskrzesić.
Tymczasem powołają do życia nowe monstrum Frankensteina, zombie po liftingu i medialnej wiwisekcji mózgu. Twór nowy i jeszcze dziwniejszy od pozostałych. A, gdy już nam się objawi przemówi ludzkim głosem, że przyszedł aby nas uratować. A wraz z nim przyjdzie nowy świat, jeszcze bardziej zimny i bezduszny, niejako przy okazji rozpoczynając epokę planetaryzmu. Ktoś powie – może i dobrze, w końcu skończą się wojny i zapanuje pokój na świecie. Ktoś musi nas ujarzmić, ten krwiożerczy gatunek, obejmując władzę nad całą planetą. A także nad arsenałami wszelkiej broni. Obawiam się tylko, że ta refleksja pojawi się w nas za późno, by cokolwiek już naprawiać.
Marcin Szerenos

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież