• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ariana Nagórska - NISZA KOZIOROŻCA - Krótka piłka

    Z niewiadomych przyczyn wiele osób uważało, że zakończenie rozgrywek piłkarskich EURO 2012 przyjęłam z ulgą. Ponieważ się mylili, dopytywałam, dlaczego tak sądzą? Odpowiedzi były mniej więcej takie: – Bo ty się obracasz wśród literatów, a oni lubią podkreślać, że to dla nich zbyt prymitywna rozrywka i wolą czytać książki. Wyjaśniałam więc, że wielu z nich rzeczywiście woli książkę od meczu, ale tylko dlatego, że lektura wymaga mniej skupienia i trwa znacznie krócej. Niektórych wkurza też, że jako poeci (bo tych jest najwięcej) nawet przy skrajnej nachalności i obrotności nigdy nie zdołali zgromadzić takiej widowni, jak najsłabszy nawet mecz. Literaci to w dużej części frustraci i w ich towarzystwie wcale aż tak bardzo nie gustuję. Na ogół unikam ich jak ognia, bo co chwilę biegają z nowym niewypałem, co nie jest karalne, bo ani to petarda, ani bomba. Wiadomo, że współczesny piszący strzela gęsto, a diabeł kule papierowe na makulaturę nosi.
             Wszyscy piłkarze świata razem wzięci nie nastrzelali sobie tylu goli samobójczych co literaci. Zawsze jednak konsekwentnie stałam na stanowisku, że samobójcy słowa (czyli grafomani) wcale nie stanowią większości. Wynik rozgrywki między piszącym i czytającym najczęściej wynosi 0:0 (piszący nic ciekawego nie napisał, nie ma więc w jego dorobku nic do czytania) lub też zdarza się wynik 0:1 (książka o zerowej wartości znajduje jednego czytelnika, który uważa, że wygrał, sięgnąwszy po tę lekturę. Piszący i tak jest przegrany, bo jaki „talent" miał, taki nadal ma).
              Za mistrzów w strzelaniu goli karnych piszącym uważają się recenzenci. Panuje opinia, że karne strzela się łatwo, dlatego też każdy chętny może dziś być recenzentem. Jakość recenzenckich strzałów najlepiej określa cytat z  bardzo lubianej przeze mnie piosenki: „Kokokoko Euro spoko, piłka leci hen wysoko". Wysoko dlatego, że bycie recenzentem to niewątpliwy wkład w tak zwaną kulturę wysoką.
    Euro spoko wyraża przekonanie, że o celność recenzenckich goli karnych możemy być spokojni nawet na forum międzynarodowym. Kokokoko wskazuje na precyzję wyrażania myśli przez recenzenta oraz komunikatywność i walory merytoryczne jego recenzji. Znam na przykład wielce kształconego recenzenta, który nieraz chwalił się, jak finezyjnie, lecz bezpardonowo strzelał karne tym i owym piszącym. Ilekroć jednak sięgam po jego naszpikowany ogólnokulturowymi aluzjami, dywagacjami i dygresjami elaborat, od razu widzę, że przekombinował i choć walił z bliska (bo krytykowane dzieło miał w zasięgu ręki), ani razu nie trafił w światło bramki, ponieważ zbyt szerokie pole rażenia sobie wyznaczył. Tego rodzaju „gole"  w szczere pole jeszcze bardziej niż w recenzjach budzą litość w wykonaniu mglistych satyryków, gdyż nie ma satyry bez precyzji, jasności i celności słowa. Mówiąc po piłkarsku, satyryk musi być skutecznym napastnikiem. Oto przykład „fraszki" kiepskiego napastnika, który wprawdzie złożył się do strzału, ale od razu zgubił piłkę:
                                   Mówią, że człowiek to brzmi dumnie,
                                   a każdy brzmi tak jak umie.
    Można by powiedzieć, że to raczej satyryk w defensywie, choć i na tej pozycji niezbyt obiecujący. Nawet nie widzi, że jego piłka nie szybuje, tylko szoruje po glebie, bo jest dziurawa.
            Nie przeczę jednak, że osoby piszące (zwłaszcza panie) w kwestiach dotyczących piłki nożnej świetnymi satyrykami bywają mimowolnie. Jedna powiedziała na przykład, że najbardziej bawi ją, gdy podczas wykonywania rzutów karnych zawodnicy zasłaniają sobie genitalia. Przez wiele dni wybuchałam niepohamowanym śmiechem, wyobrażając sobie bramkarza w takiej sytuacji, ale gdy w końcu wyobraziłam sobie strzelca, było mi jeszcze weselej! Natomiast inna pisząca ubolewała, że „jest stanowczo za dużo tych grup i drużyn w każdej grupie, bo zupełnie doliczyć się nie można". Wprawdzie brak umiejętności liczenia do czterech nie jest śmieszny nawet u poetki, ta sama pani powiedziała jednak: – Jak już będzie wreszcie mecz finałowy, to ostatecznie czterdzieści pięć minut mogę poświęcić, by go obejrzeć. – A chcesz obejrzeć pierwszą połowę czy drugą? – zapytałam. – To zależy, w której padnie ostateczny wynik – usłyszałam odpowiedź godną satyrycznego Nobla za dowcip absurdalny.
              Korzystając z okazji pragnę jeszcze raz (choć już wielokrotnie to czyniono) wyrazić podziw i uznanie dla drużyn piłkarskich oraz kibiców Irlandii i Grecji. Irlandczycy mimo ciągłych przegranych bawili się najlepiej i niektórzy pozostali w gościnnej Polsce jeszcze długo po tym, jak ich drużyna musiała opuścić EURO 2012. „Idąc do pracy widzieliśmy ich, jak po całej nocy imprezowania nie szli spać, tylko znów od rana rozpoczynali zabawę" – mówili nie bez podziwu nawet najwięksi nudziarze, sami zawsze postępujący w myśl zasady: Dzień do pracy, noc do spania (doba więc do zmarnowania). Kondycja kibiców irlandzkich podczas biesiad była stokroć lepsza niż ich drużyny podczas meczu, mimo że sportowcy żyją aktywnie i zdrowo, a kibice „trenowali" przy piwku. Grecy natomiast zwrócili na siebie uwagę jako ci, których drużynę od początku spisywano na straty, gdy tymczasem wyszli z grupy do ćwierćfinału, a kilku faworytów nie! Niektórzy z kibiców greckich świętując nosili koszulki z napisem: Angela myśli, że jesteśmy w pracy, co było świetną aluzją do unijnych (a zwłaszcza niemieckich) pouczeń, że jeśli Grecja ma otrzymać dotacje na wyjście z kryzysu, wszyscy jej obywatele powinni pracować więcej i dłużej. Na takie głupoty Grecy już wiele miesięcy przed EURO reagowali nie wzmożoną pracą, tylko ogólnokrajowym buntem, czym natychmiast zaskarbili sobie moją dozgonną sympatię. Wprawdzie ja w przeciwieństwie do nich  w czasie mistrzostw byłam w pracy, ale nie pracowałam, co o jakimś powinowactwie duchowym bez wątpienia świadczy.
              Natomiast po przegranej naszej drużyny najskuteczniej pocieszył mnie drogą radiową pewien rodak (podkreślam to ze względu na jego z lekka obcy język), będący profesorem ekonomii. Zapewniał on, że po tak spektakularnym wydarzeniu jak EURO 2012 „dochód narodowy może znacząco wzróść". No to tym bardziej wstyd byłoby na futbol narzekać. Jak ma ci wzróść, nawet gola wpuść!

    Również tego autora