Norbert Skupniewicz - Znowu pomyłka

Znaczące przemiany umysłu, dla korzyści zwiększenia obszaru oraz pojemności intelektu, zacząć się muszą w przemianach genetycznych. Pretensje do powiększenia „kubatury" intelektu nie są wystarczająco przemyślane, gdy umysł zawiera niezbędny zasób cech oraz moc przyrodzoną, aby każdy, indywidualnie, mógł siebie „zbawić". Przecież po to trwa życie aż tak długo.

Człowiek może zostać uśmiercony, gdy nie potrafi uruchomić świadomości by panować nad bezgranicznością tajemnic poprzednich wcieleń – zazwyczaj biologiczna destrukcja substancji ciała upraszcza ten dramat.

Podstawową „własnością" Bodhisattvy to jest, że nie podlega nienaturalnemu prawu losu. Bodhisattva, pozostając w obszarze ludzkiego organizmu, podlega biologii wraz z jej zależnościami od praw oraz sił natury. Biologiczna destrukcja organizmu i Bodhisattvie wytycza granicę życia. Jego wyosobniona duchowość z organizmem się nie roz–cala. Zachowuje zależności subtelne bez oznaczania organizmu szczególną zewnętrzną wyrazistością.
Ciało Bodhisattvy, pozostając anatomiczne, przenosi cechy zapisane w genach innej pary osób, od tych z wcieleń poprzednich, oraz tych, które nastąpią. Bodhisattva nie dziedziczy ciągu zasobów rodowych, ani po sobie przekazuje spadku /temu warto poświęcić chwilę/. Mimo nadprzyrodzonej–duchowej woli, którą wyznacza swoje wcielenia, zostaje urodzony z matki oraz ojca, nie jest zrodzony ani stworzony. To chyba jedyny przykład zastosowania słowa „wybór" właściwie. Osobisty wybór nie może się zdarzyć nawet, gdy dzianie się przypadków poddane jest porządkowi kolejności i wykaże uzasadnienia dla tej – rozumianej korzystnie – błędności. Bodhisattva – ów niepojęty stan współczucia – trwać będzie w swojej decyzji do ostatniego uwolnienia od powtarzalności wcieleń, nawet, jeżeli dana karma nie będzie miała mocy–woli wyzucia umysłu z ziemskiej grawitacji.

Zrodzenie Jezusa z kobiety stawia mężczyznę w sytuacji nie godnej uwagi. Pobrzmiewa tu, odległy wszakże, pogłos matriarchatu, jako złożona ufność w przeznaczenie kobiety /to zdanie, zwłaszcza jego drugą, mniejszą połowę chciałbym – autor – powtarzać wielokrotnie/. Rozumowanie kobiety, w czasie kultury nocy, jest pozbawione już aż tak odnośnych zależności a nawet intuicji. Mimo to w istocie kobiecości tkwi głęboka pewność osobowościowa. Kobieta wystarczy, że jest. Immanentny charakter metafizyki wielkiego jest zajmuje całą jej pewność, nie uczestniczy – nie potrzebuje uczestniczyć w kobiecej świadomości. Wskazując niewykluczającą się dwoistość charakteru kobiety, należy wskazać sprzeczności, równoważące przydaną wyrazistość: wystarczy sygnał zewnętrzny a uruchamiają się w niej /bezwiednie/ nieustające–atawistyczne dekoratywności, ale i aktywna zaborczość, wynikająca z materializowanego uzasadnienia. Kobieta nie musiała być inna, niż jest. Była nad mężczyzną przewagą i pozostanie przewagą. To jej potrzeba wzmagała wyraźniej–silniej pozycję mężczyzny. Mężczyzna musi się uzasadniać, ciągle zmieniać, wykazywać się, uzyskiwać. Musi manifestować bezsens swojego życia. Cały bezsens. Mężczyzna powinien wreszcie móc powiedzieć głośno – gdyby wiedział i miał odwagę – że sensem jego jest–pozostanie kobieta. Niczego – oprócz trofeów – dotąd nie był w stanie osiągnąć: choć przecież potrafi wznieść „manhattany". Trofea. Mężczyzna jest li tylko potrzebny, aby świat kobiet mógł być. Konieczny jest, co niezbędny. Uszło to kontroli kobiecej, gdy równowagę ustanowiły inne rozmiary absolutnej wielkości, inne pryncypia. Inne – to też w inności mentalnej należy odnajdować równowagę obojga. Równowagę zapewniają ich charakterystyczne–osobne przewagi, które nie mogą ulec zniwelowaniu. Kobieta nie może być podobna /ani chcieć być podobna/ do faceta w obszarze żadnej ze swoich cech. Kobiety /w swojej głupocie/ przyzwalają, nawet wspierają „dzielność" mężczyzn. Zaś aktywistyczny temperament scalony z ambicją oraz nadmiarem ego, wyolbrzymia nie prostą męską głupotę. Wyłącznie głupotę Dziwi, że – mimo ciągłego istnienia mężczyzn – świat nadal stoi. Rozpadnie się, runie, bo kobiety zatrudniają siebie – na miarę potencjału mężczyzn – w zbędnej walce o nieznaną sobie, przecież /nieuzasadnioną/ przewagę.

Atawistyczna głęboka pamięć matriarchatu – w tym, odległym czasie – nie może prowadzić ku pozytywnemu zastosowaniu kobiecości.

Śmierć Jezus z N. świadczy, że /zapewne z powodu młodego wieku/ nie osiągnął on stanu świadomości bodhisattvy. Nic nie wskazuje by wolnym był od nieuchronności spełnienia życia, za wyrzeczoną przed wiekami przepowiednią. Zaczął przecież życie wskazanego /czyż nie skazańca – człowieka ze skazą –ubezwłasnowolnionego/, co dziś przeczytamy: „determinacja" /objawiona boską wolą nie bezpośrednio/. Zasięg przepowiedzianych zależności życia Jezusa skazuje /tyleż nieuchronnie/ postać Judasza na specyficzną odrazę pamięci. To, że Judasz doczekał wyroku orzeczonego daleko przed popełnieniem czynu niezależnego od jego woli – skazało go na wzorzec hańby; w jednoczas potwierdziło „nierychliwość" spełnienia zasądzonej kary, za przemiennością jego wcieleń. Trzeba by i tu podjąć próbę rozwagi, iż w spełniających się inkarnacjach jego życie nie wpłynęło – nie mogło wpłynąć – na zmianę losu, inscenizowanego poprzez przepowiednię. Chrześcijaństwo, które z łatwością ulegało schizmom i rozpadom na osobne wyznania, czyż jest celowym wynikiem działalności wcielonego Boga. Wyrzeczone: „idź za mną", „czyńcie to na moją pamiątkę" jakoby są tego potwierdzeniem. W oparciu o Synopsys Ewangelii nie sposób uznać Jezusa doktrynerem ani sekciarzem, tym bardziej odszczepieńcem od pnia mojżeszowego. Podczas gruntowania tradycji Mojżeszowej nastąpiła długotrwała inercja powtarzanych dogmatów, a to hamowało ruchy reformatorskie–przystosowawcze, nieodzowne w sytuacji tamtego świata. Z obyczajami jest podobnie – działają /na coś*/ hamująco, ale życie czynią bogate. Jezus – spełniając przepowiedzianą wolę – zginął zgodnie z misją, którą, w latach późniejszych, utwierdzali świadkowie jego życia i prześladowania. Śmierć Jezusa zapoczątkowała wyzwolenie spod machiny trzymającej duchowy stan narodu, któremu przepowiednia unicestwiła szansę ostania się „kamieniem na kamieniu". Doktryna chrześcijaństwa nie ugruntowałaby się bez ukrzyżowania: byłby to absurd, który zaprawiłby wątpliwościami dogmat dogmatów: zmartwychwstanie – ludzkie, bolesne zmartwychwstanie Boga. Jezus boski nie mógłby żyć w naturalnej zwykłości i w tej zwykłości umrzeć. Ewentualnie nieefektownie zniknąć w nieśmiertelności, jako i boscy mędrcy świata Dalekiego Wschodu.
Domysły te, w złożoności problemów, nie dorównują pracy nad obrazem. Nad malowaniem. To łagodne słowo może ugładzi całe szkaradzieństwo, w którym ostatecznie Bóg się objawił, począwszy od wymordowania niemowląt – za taką wolą – po urodzeniu Jezusa. Czy narodzinom osoby tak pojedynczej w ludzkich dziejach, musiało towarzyszyć barbarzyńskie – jak się na ogól przyjmuje – ekstatyczne dzianie się. Chrześcijaństwo wyznaje naturalistyczny obraz–objaw boskości. Jedynie Grunewald nie namalował – nie łudził – tego ładnie.

Przypisy
*Dane „coś", demaskowane przez całą historię, a ze szczególną ostrością w ostatnim, materialistycznym półtorawieczu, z „rozwojem*" miało niewiele lub nic wspólnego. Jeżeli w tzw. rozwoju nie bierze się pod wszechstronną uwagę każdego, osobno żyjącego człowieka, z całą pewnością chodzi o to, aby go podporządkować szkodzącej mu „sprawie" – duchowej, materialnej, dziś także fizjologicznej.

*(2)/ Rozwój – wszech nadużywany argument znów narzucił obowiązek nieustającej nieodzowności, czyli: jedynie słuszną rację. Stał się dogmatyczny, acz przebrany w cywilny, dość odprasowany łach*. Samą już aktualność, częściej naiwną niż samozachowawczą, uznawano w Polsce awangardą – z braku, więc zamiast awangardy – to z rozwojem nie ma, oczywiście, związku. W żadnej dyscyplinie artystycznej, tyleż w żadnym okresie współczesności, awangarda w Polsce nie była możliwa. Gdyby jej zaczątki tu puściły korzenie, zamordowaliby artystę /zamordowaliby go do stanu martwoty/ koledzy artyści a za ciosem poszliby skwapliwi dziennikarze. Krytycy – na nikogo tak kompetentnego nie natknąłem się bez wątpliwości. Autorytety sztuki współczesnej to zaledwie szkaradni** gamonie***.

* Łach – wyrób raczej tekstylny, aktualnie tandetny–sezonowy przejaw cudzej–modnej woli. In.: rzecz nieprzyzwoita.
** Szkaradnym – ni lustro, ni ich wizerunek fotograficzny nie wystarczy dla zrozumienia cech, zapełniających to słowo.

*** Gamonie, to gamonie. Bez obrazy przyzwoitości nie objaśnię pretensji, nie pozostawiających śladu.