Lucjan Zuzia - ZAPLĄTANIE

Dostrzegani pielęgniarkę. Słyszę, jak mówi coś do mnie. Ale ja zachowuję się tak, jakbym stracił zdolność widzenia i słyszenia. Widzę tylko CIEBIE, obróconą na bok, z wyciągnięta do przodu jedną nogą jakby w marszu – wydaje mi się, że chcesz odejść ode mnie. Wczoraj powiedziałaś, że powinienem wziąć się w garść. Dzisiaj nie odwróciłaś głowy w stronę mojej twarzy. Nie odezwałaś się do mnie, choć czekałem na to.
Nie, ani trochę nie wziąłem się w garść. Ani trochę nie wykazałem opanowania. Nie próbuję trzymać się. Opanowywać się w każdej chwili życia, w każdej sytuacji, to zasada głoszona przez egoistów. Oznacza ona, że TY nic dla mnie nie znaczysz. Ci, co nie dają się wytrącać z równowagi, wybiegają myślami naprzód, układają już nową grę – z nową partnerką. Bo naprawdę, to o wiele trudniej jest się właśnie załamać. Tak, o wiele trudniej...
Nie powiedziałaś mi wcześniej tego, co chciałem usłyszeć. Nie zaproponowałaś abyśmy razem skoczyli z jakiegoś wysokiego mostu. Patrzyłaś tylko przed siebie w nieskończoność. Kiedy chciałem paść na kolana i błagać, żebyś nie odchodziła beze mnie, odwróciłaś się na drugi bok. Lekarze często się mylą. Nie zgadzam się na TWOJE odejście! W jaki sposób mam się temu przeciwstawić?
Wiem! Jest jeden, jedyny sposób. Wyrzucę pielęgniarkę, zamknę drzwi na klucz, żeby nikt tutaj nie mógł wejść.
Mój stan przekształcił się w panikę. Wydawało mi się, że pokój znajduje się w stadium zagłady: podłoga usuwała mi się spod nóg, ściany i sufit powoli nachylały się nade mną. Zwariowałem, niewątpliwie zwariowałem – ostatnim wysiłkiem znikającego rozsądku mówiłem do siebie. Spojrzałem na łóżko. Kto tam leży? Skąd się wziął ten posąg z białego marmuru? Białe prześcieradło, na którym leżał, wyprostowało się. uniosło i popłynęło w moim kierunku. Zawisło nad moją głową, drżąc lekko, jak skrzydła motyla. Kontury przedmiotów znajdujących się wokół mnie, traciły ostrość, a potem zaczęły powoli topnieć, co przypominało znikanie statku na morskim horyzoncie. Nie reagowałem. Przypatrywałem się temu procesowi z obojętnością. Wtedy biała płachta prześcieradła opadła, przykrywając mnie zupełnie. Ogarnęła mnie ciemność. Aż nagle znowu ujrzałem siebie całego. Leżałem na białym, żelaznym łóżku, w bladoniebieskim świetle poranka. Znajdowałem się w trochę zaniedbanym, zupełnie nagim pokoju, który z pewnością każdego normalnego człowieka, mógłby wpędzić w jakąś chorobę. Wokół mnie trwała cisza. Niespodziewanie otworzyły się białe drzwi. Dwie postacie w białych płaszczach zbliżyły się do mojego łóżka: chuda kobieta i tęgi, wysoki mężczyzna. Mężczyzna stanął za moją głową, a ja dostałem się w ręce chudej lekarki – nawet niebrzydkiej. Tyle tylko, że na moich oczach zaczęła się starzeć. Przypuszczałem, że wcześnie rano musiała być zupełnie młoda. Im dłużej mnie badała pochylając się nade mną, tym bardziej pogłębiały się zmarszczki dzielące jej twarz na pionowe fałdy, podobne do zmiętej, starej skóry. Wyglądała jak śmierć. Modliłem się w duchu, żeby nagle zrobiła się ładna, choćby na ten czas, kiedy jest ze mną. Ale moja modlitwa nie została wysłuchana. Chwyciła suchą ręką w żelazny uścisk mój podbródek, spojrzała w oczy i wygłosiła diagnozę: –Zupełne rozprzężenie psychiczne. Zajmiemy się nim. Drągal za łóżkiem mruknął coś pod nosem. Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Czy moje zachowanie jest nienormalne? Nie czułem w sobie żadnej zmiany. Dochodziło do mnie tylko falowanie powracającego życia. Promienie światła wdzierające się od okna czyniły biel poduszki jeszcze bielszą, nic więcej. Drzwi trzasnęły lekko. Starzejąca się lekarka wyszła razem z milczącym osiłkiem. Od tego momentu myślałem tylko o tym, żeby wyjść z tego pokoju, ale najpierw postanowiłem  przez kilka dni odpocząć Nie mogę ręczyć za to, co tego dnia i w następnych po nim czułem, widziałem i słyszałem. Nie miałem jednak najmniejszej wątpliwości, iż to wszystko było najprawdziwszą rzeczywistością. Nie dziwiłem się niczemu. Nie byłem .w stanie czemukolwiek się dziwić; może był to jeden z objawów tego „rozprzężenia", którym mówiła lekarka. Ale czy na pewno? Różnie można było sobie tłumaczyć. Choćby to; przecież wyraźnie słyszałem, jak pielęgniarki mówiły do siebie za moimi plecami: Widziałaś? – powiedziała jedna – Niby chory, ale zachciewa mu się...No. trudno tego byłoby nie zauważyć – odpowiedziała druga. To nie moja wina, że spodnie mojej szpitalnej piżamy nie miały z przodu przyszytych guzików – pomyślałem. Szepty za plecami denerwowały mnie. Chciałem się podnieść, żeby zobaczyć szeptające, ale wtedy uniosłem się nad łóżko i zawisłem w powietrzu. Dopiero gdy udało mi się przekręcić głowę, przyjrzałem się im. Miałem przed sobą dwie młode pielęgniarki z rozpiętymi, szpitalnymi płaszczami. Ich ciała były zupełnie nagie miały kolor delikatnej zieleni. Zacząłem się w nie wpatrywać. Wtedy niespodziewanie zniknęły, a ja zacząłem spadać. Bez trudu znalazłem wyjaśnienie tego wszystkiego. Po prostu do kliniki przybyli iluzjoniści, żeby swoimi sztuczkami rozerwać chorych. Gdy przyszła salowa z kolacją, zapytałem ją czy ci „magicy" już wyjechali. Spojrzała na mnie zdziwiona. Za chwilę odpowiedziała: „Musiało się panu coś przyśnić". Wobec tego nadal mam halucynacje, pomyślałem. Jednocześnie przypomniałem sobie, że gdzieś czytałem, iż po ich przeżyciu, nigdy nie jest się od tych omamów na zawsze wolnym. Lubią bowiem powracać pod pozorem rzeczywistości. Nie opisywałbym poprzedniego przypadku, gdyby nie to, że właśnie podczas pobytu w tym beznadziejnym pokoju, w którym było tylko łóżko przyśrubowane do podłogi, zdarzył mi się jeszcze jeden: Otóż następnej nocy nie spędziłem w łóżku, lecz w jakimś szarym obrazie flamandzkim, który gdzieś widziałem. Obraz nosił tytuł: Uczta. Było tam pełno ludzi, ja przedstawiałem w nim postać główną – punkt centralny. Fetowaliśmy nasze wesele. Wydawało mi się to trochę dziwne, bo CIEBIE tam nie było. Uczestnicy biesiady byli rozebrani do pasa i mieli piękną karnację ciała, jaką potrafią namalować tylko dawni flamandzcy malarze. Takie same naturalne kolory miało ptactwo, dziczyzna, drób, pod którymi uginały się stoły. Wszyscy jedli rękami i pili z wielkich, złotych kielichów. Kobietom wino ściekało między piersiami, mężczyznom sączył się tłuszcz z kącików ust. Gdy wygłaszałem toast na TWOJĄ cześć, mężczyźni zamiast słuchać, zlizywali wino z piersi kobiet Wtedy zauważyłem, że jedną z nich jesteś TY. Ze złością rzuciłem kielichem w mężczyznę, ale zamiast w niego, trafiłem w wielki świecznik stojący na stole. Zrobiło się zupełnie ciemno, a ja znów znalazłem się w klinicznym pokoju. Byłem jednak przekonany, że ta uczta odbyła się naprawdę. Zażywałem środki, które mi aplikowała lekarka.
Pod ich wpływem czułem spokój połączony z bezradnością. Stawałem się coraz bardziej obojętny. Nie miałem już ochoty na opuszczenie pokoju. Można jeszcze dodać, że nie miałem także pretensji do takiej formy życia. Denerwowały mnie tylko małe strzępiaste płatki wirujące za oknem. Momentami odczuwałem antropomorfizm, byłem przekonany, że przybierają one kształt małych ludzików, swobodnie poruszających się w przestrzeni. Kiedy padał deszcz, za oknem pojawiały się ryby, które poruszały otworami gębowymi, jakby chciały mnie całować, a może coś mówiły do mnie? Nie wiem. Powoli przyzwyczajałem się do wszystkiego. Ostatecznie doszedłem do wniosku: tak żyjąc, można uniknąć spotkania ze światem zewnętrznym, który nie był dla mnie ani interesujący, ani nie był teraz mi potrzebny. W tym pokoju byłem uwolniony z kłopotów obcowania z moimi znajomymi, uwolniony z wszelkiej odpowiedzialności za swoje czyny. Nie musiałem odpowiadać na natarczywe pytania, prosić przyjaciół o pomoc, szukać pracy – ten stan był dużo lepszy niż zgiełk życia tam – w świecie znajdującym się za zakratowanym oknem. Więc żyłem z dnia na dzień. Mógłbym tak jeszcze długo wytrzymać, lecz wkrótce się to skończyło. Lekarka, która teraz ku mojemu zdziwieniu odmłodniała, uznała, że czuję się już lepiej. Na mój sprzeciw, że poprawa nie jest taka, na jaką liczyłem – nie zwróciła żadnej uwagi. Jej spojrzenie z bezpośredniej bliskości, pełne lekceważącego politowania dla mojej osoby, przeniosło mnie natychmiast w najdalszy horyzont, tak że między naszymi oczami, zdawała się rozciągać wielka pustynia. Tam na jej końcu byłem ja – mały, poniżony, zwiędnięty. – Wypisać go i wysłać do sanatorium. Może tam przystosuje się jakoś do życia – rzuciła do siostry oddziałowej.
Oczywiście nie mogło być mowy o dyskusji w tej sprawie. Dla niej nie byłem już normalnym człowiekiem – najwyżej mało znaczącym pacjentem szpitala psychiatrycznego, który nie potrafi samodzielnie poruszać się w świecie ludzi „normalnych". Kiedy o tym myślałem, miałem ochotę ją kopnąć. W ten sposób dałoby mi to okazję do rozstania się z nią w poczuciu pełnej godności. Nigdy nie byłem w sanatorium. Nie miałem też zamiaru tam jechać. Kojarzyłem je z domem wczasowym. Wyobrażałem sobie, że będą tam standardowe pokoje z mdłym światłem kulistej lampy, zawieszonej u sufitu. Z kinkietem nad łóżkiem, w którym uszkodzony jest wyłącznik. Przypuszczałem, że w świetlicy będzie zepsuty telewizor ustawiony na stalowej podstawie, która mogłaby utrzymać most, zdezelowany stół do ping–ponga, a w bibliotece zakurzone książki pamiętające wczesny okres socjalizmu – czyli pełna harmonia, jaka powinna być w miejscu, nadającym się do zwariowania.
Żeby wyrwać się z kościstych łap, nie oponowałem. Cieszyłem się, że wreszcie będę miał możliwość okazania siebie innym – nie takim, za jakiego uchodziłem w zamkniętym świecie ludzi w białych fartuchach.
Przed opuszczeniem kliniki stanąłem pierwszy raz sam na sam z chudą lekarką, bez asysty faceta ze szczęką goryla. Mój wcześniejszy pomysł kopnięcia jej gdzieś się ulotnił. Może dlatego, że wszystko, co się czyni, gdy się wie, że się robi to po raz ostatni, czyni się inaczej. Nie zagrażało mi już z jej strony niebezpieczeństwo dalszego poniżania mojej osoby. Dlatego miałem ochotę powiedzieć jej coś na temat mojego człowieczeństwa; tylko czy zrozumiałaby to, że właściwie człowiekiem byłem ja, nie ona, ze swoim pogardliwym lekceważeniem pacjentów? To ona traktowała nas jak stwory, które w tym są podobne do ludzi, że potrafią mówić, jeść łyżką i spuszczać wodę w ustępie.
Zrezygnowałem jednak z rozmowy na ten temat. Bałem się. że rzeczowe uzasadnienie mojej wypowiedzi spowodowałoby cofnięcie decyzji o zakończeniu leczenia, co nieuchronnie oddałoby mnie ponownie w jej ręce. Stałoby się tak dlatego, że pacjent twierdzący, iż jest normalny, wywołuje u psychiatry natychmiastowe przekonanie, że właśnie normalnym nie jest. Co za rozumowanie.
Bez mrugnięcia okiem wysłuchałem jej słów: – Bezwzględnie należy pamiętać o tym, że tabletek, które dałam do stosowania, w żadnym przypadku nie wolno zażywać wszystkich na raz!
Kiwnąłem głową, że rozumiem.
Popatrzyła na mnie, a potem podsunęła mi kartkę papieru i długopis.
- Radzę zapisać to, co mówię, na kartce – powiedziała twardo. Moją reakcją na te słowa, była chęć obdarzenia jej szyderczym uśmiechem. „Nie bądź głupi – pomyślałem. – Nie rób tego, bo ci w ostatniej chwili nie pozwoli odejść".
- Dobrze – odrzekłem, zapisując starannie wydane przez nią zalecenie. Złożyłem kartkę we czworo i schowałem do kieszeni.
Grzecznie się ukłoniłem. Wyszedłem z gabinetu, delikatnie zamykając drzwi za sobą. Szedłem przed siebie odurzony wolnością, nie wiedząc właściwie, dokąd idę. Nogi jednak same niosły mnie w stronę domu, który kilka miesięcy temu opuściło moje ciało, zostawiając w nim ducha wspomnień, który żył w nim samotnie, oczekując na powrót ciała. Wreszcie znalazłem się w „naszym mieszkaniu". Trochę zwariowane to stwierdzenie, gdy mówię „nasze". Powinienem wiedzieć, że teraz to jest już tylko moje mieszkanie. Ale ja go nienawidziłem, choć właściwie powinienem żywić do niego uczucia przyjazne. W nim przecież spędziłem wiele nocy, podczas których moje ciało stykało się z małą, delikatną dłonią i ciepłymi, nabrzmiałymi ustami.
Usiadłem w fotelu. Tkwiłem w nim bez ruchu, wpatrzony w przeciwległą ścianę pokoju. Po jakimś czasie TWOJE ciało wyszło mi naprzeciw. Składnik erotyczny niemal w nim nie istniał. Zapragnąłem jedynie dotknięcia tego pięknego ciała i odczucia opuszkami palców jego jedwabistej gładkości.
Mogłem tylko przyglądać się obrazowi wiszącemu przed moimi oczami; podziwiać wspaniałe piersi, lekko wygięty wzgórek łonowy i smukłe, opalone uda.
Nagle obraz zaczął się rozpływać. Nie zdołałem zatrzymać jego znikania.
Zapadał zmierzch. Ostatki dziennego światła padały od okna na środek dywanu i rozchodziły się w ciemniejące korytarze, utworzone pomiędzy stojącymi w pokoju meblami, zabierając ze sobą to wszystko, co w nim między nami się wydarzyło.
Sens mojego życia jawił mi się jak rozciągająca się wokół pustynia, w której trwa nieubłagana cisza – bez nadziei na ratunek.

Wstawał piękny ranek. Spojrzałem w okno. Błękit nieba nadawał mu uroczysty charakter. Wokół mnie panowała przejmująca łagodność. Zacząłem odzyskiwać spokój wewnętrzny. Nagle pojawiło się pragnienie zobaczenia Marty. Gdzie ona jest? Dotąd nie zastanawiałem się nad tym, że jeszcze się tutaj nie zjawiła. Postanowiłem przywołać ją do siebie. Wtedy zdumiony spostrzegłem, że wchodzi do pokoju.
– Obudziłeś się nareszcie – powiedziała od drzwi. – Trochę się już niepokoiłam o twoje serce. –Radosny uśmiech wisiał na jej ustach. Podeszła do mnie i pocałowała w usta. Powróciłem do czasu rzeczywistego.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież