Łukasz Henel - „Chiński Książę"

Na mrocznym poddaszu, w zbutwiałym gnijącym domu, królował Szalony Janek. Tutaj, gdzie nocą krzyżowały się szlaki gwiazd a wokoło roztaczała wietrzna widownia pól, słuchałem rad wielkich i świętych z bijącym mocno sercem. Były to wskazówki zgoła niezwykłe, zdawałoby się pełne ukrytych znaczeń i treści, których wówczas nie rozumiałem.
– Tajemnica powodzenia u kobiet polega na tym, by poruszać się zawsze po liniach prostych – dowodził Janko. – Poruszanie się po liniach prostych jest niebywale ekonomiczne, a kobiety cenią racjonalizm. Swoje wywody ilustrował skomplikowanymi wzorami i figurami geometrycznymi rysowanymi na niewielkiej, starej, przenośnej tablicy.
Jeśli było to prawdą, na skutki zastosowania owej metody należało czekać chyba bardzo długo. Nie przypominam sobie, bym widział zbyt wiele kobiet w otoczeniu Janka,  może właśnie dlatego, że istotnie cenią racjonalizm. Janek natomiast był marzycielem w najwyższym stopniu oderwanym od rzeczywistości.
Jego pokój  był cmentarzem gratów na niewyobrażalną skalę. Na dziurawym dywanie żyły srebrne żuki. One jedyne znały sekrety pokoju, ścigając się nieustannie srebrnymi smugami między stertami szpargałów, gazet i starych listów, worków z wełną i śrubek, zasuszonych rogalików flirtujących z książkami bez okładek, starych butów i starych puszek. Czasem jakiś srebrzysty Kolumb wyruszał w ryzykowną eskapadę po meblach, błądząc wśród niezliczonych półek, szafek, porcelanowych ludowych laleczek, prześlizgiwał się po brudnych, zielonych ścianach noszących ślady ozdobnego, archaicznego malarskiego wałka.
Janek swoje królestwo opuszczał dość rzadko, zwłaszcza, że jego pokój położony był na poddaszu piętrowego domu. Stawiało go to w absurdalnej sytuacji. Nigdy nie używał schodów. Nie schodził po nich, ponieważ była to rzecz zakazana. Tak przynajmniej uważał ojciec Janka, kiedy żył jeszcze i kiedy przyjaźnił się z Panią Butelką. Pani Butelka była jego najbliższą i zapewne jedyną przyjaciółką.
Ich niekończące się filozoficzne i teologiczne dysputy wznosiły się falami wzwyż domostwa napełniając go hałasem wzmożonym jeszcze przez zimne ściany budynku.  To Pani Butelka zdradziła ojcu Janka tajemnicę. Janek nie był jego synem, lecz synem Diabła. W obliczu tego faktu ojciec zmuszony był przedsięwziąć stosowne kroki ostrożności. Zaopatrzył się w długą tyczkę z zamocowanym na końcu gwoździem i trwał na warcie dzień i noc przy schodach, kłując usiłującego zstąpić na dół chłopaka. Tam też któregoś dnia znaleziono go martwego.  Kiedy wreszcie znikł, zakopany na miejskim cmentarzu, schody stanęły otworem, ale Janek nie miał już nigdy ochoty nimi schodzić, zupełnie jakby duch ojca nadal trwał na posterunku i mógł wyrządzić mu jakąś krzywdę. Dopiero po latach zrozumiałem, czemu tak się działo. Janek na swój sposób kochał ojca – potwora i pomimo całego zła jakiego od niego doznał, chciał w ten sposób uszanować pamięć rodzica. Tak przynajmniej sądzę, choć być może nie znam całej prawdy.
Tego dnia, o którym trzeba opowiedzieć,  wśród pól budził się poranek. Różowo–czerwona łuna na horyzoncie gładziła łagodnie falujące trawy. Przepych zieleni groził błękitnemu niebu eksplozją. Zapach wilgotnej ziemi splatał się z zapachem dzikich pokrzyw, a Janko zstępował po swojej drabinie. Trudno o widok bardziej wzniosły. Do schodzenia niemal nie używał rąk, schodził po niej dumnie i majestatycznie, z godnością młody, szczupły, wysoki i długowłosy. Kiedy dotarł już prawie na ziemię, słońce wstało jak na komendę i dziewicze promienie oświetliły jego zamyśloną twarz. Nasze dłonie spotkały się w powietrzu, kiedy stawiał krok na ziemi. Uczeń i nauczyciel. Często jest tak, że spotykamy w swoim życiu ludzi śmiesznych, absurdalnych, oderwanych od rzeczywistości, którzy stają się dla nas inspiracją, chociaż nigdy nie stali się nią dla świata.
Nigdy nie potrafiłem go pojąć. Był i szalony i mądry, tragiczny, śmieszny i wzniosły. Czasem mówił rzeczy przedziwne i mądre, wtedy zdawało się, że czas staje w miejscu i słucha jego słów. Czasem jednak mówił kompletne bzdury.
Ruszyliśmy ścieżką w kierunku wsi odległej o dobre kilka kilometrów.
– Spośród wszystkich zwierząt największą tajemnicę kryją żuki gnojniki – rozpoczął Janko, a świerszcze cykały delikatnie w nagrzanej trawie. – Kiedy umiera jeden, w pobliżu zawsze pojawia się identyczny. Wszyscy są przekonani, że to drugi żuk gnojnik, który przyszedł pożreć pierwszego. Zaprzeczają faktom, których nie potrafią pojąć. To ten sam żuk, który zmartwychwstał, a obok leży jego martwe ciało. Żuki posiadły sekret nieśmiertelności.
– Jak to możliwe – powiedziałem – przecież można martwego żuka zamknąć w słoiku, naukowiec mógłby całymi latami obserwować martwego żuka i przekonywać się co dzień, że jest martwy, martwy, i nie ma w pobliżu innego żuka.
– Tak właśnie postępują ludzie uczeni – odparł spokojnie Janko. – Ślęczą nad martwymi żukami, podczas gdy zmartwychwstałe żuki wędrują po świecie.
Takie to i podobne historie prawił Janek.
Kiedy doszliśmy do wioski upał zaczynał niepodzielnie władać okolicą. Piaszczysta droga wiodła wśród wiejskich drewnianych zabudowań a wokoło panowała niezmącona cisza. Powietrze zdawało się zmęczone. Chaty trwały w słońcu nieruchomo  niczym nagrzane bryły piaskowca. Wtem ciszę przeciął okrzyk i kamień. Gromada wyrostków w łachmanach pojawiła się znikąd. Jeden z kamieni uderzył mnie boleśnie w głowę. Dały się słyszeć głośne okrzyki:
– To ten młody Żyd, niezawodnie syn diabła i jego przyjaciel. Żyd mieszka w wieży z kości słoniowej i sądzi, że jest od nas lepszy – darł się jeden z nich. – Czy to nie on właśnie patrzy na nas z nieba?
– Patrzy i podgląda! – wrzaski przybierały na sile i napełniały okolicę. Jak za złym zaklęciem z chat wyłaniały się postacie, przyczajone, złośliwe, łypiące i pełne perwersyjnej radości. Takiej radości, jaką wywołać potrafi jedynie cudze nieszczęście. Janko pochwycony przez dziesiątki rąk upadł na ziemię, a ja przerażony rzuciłem się do ucieczki. Biegłem i biegłem, aż rozżarzone miechy moich płuc odmówiły posłuszeństwa. Upadłem w chaszcze, upadłem w rozpacz.
Leżałem tak prawie cały dzień. Kiedy wieczór zapadł a z nim chłód ogarniął moje ciało i umysł, wyruszyłem na poszukiwanie Janka. Wiedziałem, że może już nie żyć, nie wiedziałem natomiast gdzie go szukać, jeśli jest inaczej. Ostrożnie obchodziłem wokoło wieś nie mając odwagi zbliżyć się do zabudowań. Skądś  dobiegł do mnie cichy jęk. Pobiegłem w jego kierunku i dokonałem strasznego odkrycia. Janko po głowę zakopany w ziemi z trudem łapał oddech. Moje dłonie wykonywały bezwiednie taniec wokół jego ciała odrzucając grudy ziemi. Straciłem kontrolę na czasem, któż to wie, ile zajęło mi rycie w ziemi gołymi rękami. Strach pomyśleć, co stałoby się, gdybym w ciemnościach nie odnalazł go na czas, gdyby śmierć zjawiła się szybciej ode mnie. Jedno było pewne, okrucieństwo chłopów nie znało granic. Niosłem Janka na plecach w ciemnościach, czułem jego słaby oddech na swojej dłoni. Gwiazdy wpatrywały się w nas milcząco. Ile czasu przeleżał w ziemi? Czy przez cały czas był przytomny? Jeśli tak, o czym myślał?
Minęło kilka dni, lipiec ustąpił miejsca pierwszym dniom sierpnia, kiedy znów poszedłem pod dom Janka. Stał wśród falującego zboża i chmur uśmiechnięty jak nigdy dotąd.
– Teraz zrozumiałem kim jestem, odzyskałem pamięć. Dzięki ludziom, którzy mnie nienawidzili. Jestem chińskim księciem i powinienem udać się do swojego królestwa, tam, gdzie będę szczęśliwy. Gdzie kobiety są piękne, a wszyscy ludzie mądrzy, gdzie jednocześnie świeci słońce i pada śnieg. Tak przynajmniej jest wiosną, gdy kwitną owocowe drzewa.
Odwrócił się i ruszył przed siebie, w stronę lasu.
Nigdy więcej nie zobaczyłem Szalonego Janka. Nie zatrzymywałem go. Nigdy nie należy tego robić. Cóż z resztą miałbym powiedzieć, nie kłamiąc jednocześnie? Będę go wspominał. Czy zaszedł już do swoich „Chin"? Tam gdzie kobiety są piękne, jednocześnie świeci słońce i pada śnieg?  Jestem pewien, że tak.