Ryszard Skwarski - Jedna młodość

Czymże było to przeczucie, które
zdawało się ogarniać duszę całą

Novalis – Hymny do nocy

    Niedaleko Annecy droga skręciła w las. Zdało mu się, że natura otwiera przed nim swe podwoje. Nastała cisza, gdy pełen czci przekraczał próg świątyni. Nie miał pojęcia, skąd płynęło to zachwycenie. Czuł tylko, że nie sam krajobraz je stwarza. I to zadowoliło go w zupełności. Już dawno zawierzył uczuciom. Nic jeszcze nie wiedząc o życiu, sercem doświadczył już wszystkiego.
    Choć nikt go nie gonił, przyspieszył kroku. Nikt też na niego nie czekał. Ponaglała go ta sama niecierpliwość, której naturę odkrył był już dawno. Przeżywana chwila była dlań tylko oczekiwaniem na cud, który lada moment miał się spełnić.
    Tymczasem las się skończył. I w tejże samej chwili ścisnęło mu się serce na widok piękna, które się objawiło. Na wschodzie góry były fioletowe, światło dnia już na nich gasło. Po zachodniej stronie skrzyły się ciągle w słońcu i hojnie obdarzały światłem leżące poniżej łąki, strumienie i zagajniki – dolinę całą. Z dala dobiegł go kościelny dzwon. Katolicka Sabaudia zapraszała na nieszpory. Niosące się doliną echo dzwonów nadawało przestworzu urok krystalicznej czystości. Ani się spostrzegł, gdy upadł na kolana. W solennym geście uniósł ręce ku niebu. Z oczami pełnymi łez wielbił Stwórcę za szczęście, którym go obdarował.
Wydało mu się wtedy, że na błogosławionej wędrówce upłynie mu życie całe. Bo też właściwie nigdy nie pragnął niczego innego jak życia pośród piękna, wolnego od cierpień, zgryzoty, niedostatku. Życia, w którym harmonia natury współbrzmiałaby z ładem serca. Jakże byłoby dożyć tak swoich dni, nie kłopocząc się u ich kresu nawet o jednego obola. Nie miał wątpliwości, że dusze sprawiedliwych przewozi się przez Styks za darmo.
Pokrzepiony tą uszczęśliwiającą wizją wstał, otrzepał trójgraniasty kapelusz i włożył go zawadiacko na głowę. Miał na sobie znoszony, aksamitny kaftan, ineksprymable związane przepisowo u kolan, pończochy, w których gdzieniegdzie przeświecały dziury i trzewiki zdarte już mocno, ale wygodne. W sumie powierzchowność całkiem ujmująca, co już wcześniej potwierdziły spojrzenia dziewcząt w rodzinnym mieście. Dlatego z narcystycznym upodobaniem przeglądał się teraz w napotkanych strumieniach.
Był bardzo rad, że prawie nie widywał ludzi. Szedł pogwizdując z rękami w kieszeniach. W takim nastroju akceptował siebie bez zastrzeżeń. Dla niego oznaczało to absolutną afirmację własnej uczuciowości. Któregoś dnia świt wydał mu się tak piękny, że dygocąc z przejęcia wcisnął się w jakąś rozpadlinę skalną, by oglądać wschód słońca.
Gdy ktoś proponował mu miejsce w powozie, odmawiał. I nierad był bardzo, gdy przyczepił się do niego jakiś spragniony towarzystwa włóczęga. Nieważne, zdawkowe rozmowy, na które był wówczas skazany, wprowadziły jedynie zamęt w świat jego fantazji. Mierziła go pospolitość spotykanych typów, których obecność w tej krainie piękna była po prostu nie na miejscu. Ludzie stanowczo nie pasowali do raju, który sobie obmyślił. Rzecz jasna, dopuszczał tu nieliczne wyjątki.                                  
Mijając zakole rzeki, usłyszał stukot końskich kopyt i pokrzykiwania woźnicy. Okazało się, że było ich nawet dwóch. Jeden powoził, drugi opróżniał pękatą butelkę. Na widok idącego wybuchnęli głośnym śmiechem. Popatrz na tego franta w dziurawych pończochach, jak zadziera nosa. Hej, panie markizie, trzymaj kapelusz, bo ci zleci! – krzyknął woźnica, strzelając z bata. Nie zdążył przytrzymać kapelusza, gdy poczuł piekący ból. Imbecyle! – krzyknął za odjeżdżającymi, trzymając się za krwawiące ucho. Woźnica i jego towarzysz pokładali się ze śmiechu. Podnosząc z ziemi kapelusz, płakał z bezsilnej wściekłości. Kanalie, łajdaki, samym swoim istnieniem plugawicie oblicze ziemi! – wołał nadaremnie. I rozżalony zwrócił się do Stwórcy w nagłym akcie strzelistym – Panie, dlaczego chodzą po świecie takie monstra?
Ciągle jeszcze wyrzucał Bogu niefrasobliwość stwórczą, gdy usłyszał głośny plusk strumienia. Zdjął trzewiki, zdjął nieszczęsne pończochy i wszedł do lodowatej wody. Zaczerpnął jej ręką i przyłożył do ucha.
Wyszedł  z wody, usiadł na przybrzeżnym kamieniu, otworzył torbę, wyjął z niej chleb i cudowny w smaku ser sabaudzki. Zjem to wszystko teraz, a o jutro zatroszczy się mój Ojciec Niebieski – pomyślał z niewzruszoną pewnością. Odeszła go już złość, powróciły znajome wzruszenia, uniesienia i porywy serca.
Siedział tak zapatrzony, gdy nagła tęsknota kazała mu ruszać dalej. Zanurzył się w skalny wąwóz. Idąc, od czasu do czasu dotykał ucha, które ciągle bolało. Droga wznosiła się łagodnie. Przemierzał ją z uczuciem, że ten dzień był mu gdzieś tam górze przyrzeczony od dawna. W otaczającej ciszy poczęły go nagle otaczać trwożliwe pytania – o młodość, która przemija bezpowrotnie, o szczęście, które zdaje się być chimerą tylko, nade wszystko, co będzie miał do powiedzenia, gdy dopełni się jego czas. I nagle idąc tak, powziął zuchwałe postanowienie. Gdy już to nadejdzie, śmiało rzeknę swemu Stwórcy: Panie, zaufałem swemu sercu, które mi nic nie wyrzuca. Przyjmij mnie teraz do Królestwa swego!
Zachwycony tą zbawienną wizją ani spostrzegł, jak skończył się wąwóz. Nagle wyrosła przed nim balustrada. Gdy spojrzał za nią, zamarło mu serce. Dwa kroki dalej rozwierała się otchłań. Z głębiny dochodził pomruk spienionej wody. Ze szczelin w skalnych ścianach wystawały łodygi drobnych roślin. Przemknęło mu przez głowę, że lecąc w dół łapie się tych pnączy i spada wraz z nimi bez końca. Pobladły, podniósł oczy ku niebu.
W górze rozlegał się ochrypły krzyk ogromnych czarnych ptaków. Wzbijały się wysoko, krążąc nad otchłanią. Oderwał się wreszcie od balustrady i poszedł wąską ścieżką nad przepaścią. A więc jest droga, co wydaje się słuszna, a prowadzi do zguby? Kiedyś trafił na to zdanie w Biblii*, lecz jakoś wtedy nie nęciło go.
Dotychczas wyobrażał sobie mijane dni jako nanizane na sznur perły lub korale. Zamarzył sobie, że gdy umrze, powiąże oba końce i ofiaruje Stwórcy jako dziękczynne wotum. Lecz na widok otchłani rozerwał mu się ten sznur korali. A więc każda chwila może być ostatnią? I nie będzie  w nocy gwiazd? I nie będzie nawet nocy?
Wprawdzie nie przeczył istnieniu piekła, lecz w swoim obrazie zaświatów nie pozostawiał dlań wiele miejsca.
Czyściec wystarczał mu najzupełniej. W końcu musieli się gdzieś podziać spotkani po drodze dwaj nicponie. Teraz przypominały mu się widziane na jakimś tryptyku twarze potępionych. Skotłowane, nagie ciała spadały bezładnie w czeluść pełną ognia. Na wykrzywionych przerażeniem twarzach zamarł krzyk. Odstręczająca, surowa religia jansenistów wdzierała się do duszy. A jeśli oni mają rację? Cóż mnie wtedy czeka po tamtej stronie?
Tymczasem zapadł zmrok. A jednak powróciła słodka noc, a z nią roziskrzone niebo – pomyślał z ulgą. Poczuł, jak ogarnia go senność. Urodzony włóczęga spoczął pod napotkanym drzewem. Z torbą pod głową patrzył w niebo. Słowa wieczornej modlitwy mieszały się z zapachem tataraku i świeżo skoszonej trawy. Rozpłynął się gdzieś strach i ukojony zasnął.
Zbudził go chłód poranka. Rosa leżała na trawie. Szczękając zębami zerwał się na równe nogi. Niebo było łagodnie zamglone. Ucieszył się, że będzie pogoda. W Annecy dzwoniono na jutrznię.
Miasto było pięknie położone. Wynurzało się spośród drzew na tle zachwycającego pejzażu. Mimo wczesnej pory na ulicach panował miły rozgardiasz. W powietrzu unosił się zapach pieczonego chleba. Poczuł głód. Wyskrobał z kieszeni ostatnie pieniądze i kupił kromkę. Zdążył upoić się jej zapachem, gdy jakiś przechodzień wytrącił mu chleb z ręki. „Uważaj, jak chodzisz!" – ofuknął go znikając w tłumie. Oszołomiony stał w miejscu nie wiedząc, co ze sobą począć.
Wtem ktoś dotknął jego ramienia. Stał przy nim siwy jak gołąb ksiądz. Pewnieś nietutejszy i głodny. Chodź na śniadanie. Poszli na plebanię, gospodyni widać przyzwyczajona do niespodziewanych gości, przygotowała dwa nakrycia. Proboszcz dowiedziawszy się, że gość przybywa z niedalekiego heretyckiego miasta, zrobił mu wykład wiary prawdziwej. Pobłogosławił na koniec i wsunął w rękę kilka monet na pożegnanie. Młodzieniec wzruszony tak serdecznym przyjęciem był już niemal bliski konwersji na papistowską wiarę.
Kręcąc się po mieście, o mało nie wpadł pod nadjeżdżający powóz. Szczęściem stangret ściągnął w porę cugle. Odskakując zobaczył, że  z okna powozu wychyliła się ślicznie ufryzowana główka.
– Co się stało? – usłyszał miło brzmiący głos.
– To przez tego gamonia, proszę pani. Nie patrzy, gdzie idzie. Dałbym mu nauczkę.
– Zostaw go! – krzyknęła piękna pani. Popatrzyła na niego, a na jej ustach błąkał się delikatny uśmiech. Zdążył zobaczyć, że ma oczy koloru zimowego nieba.
– Dokąd idziesz? – spytała.
– Do Chambery, proszę pani, a może i dalej.
To może i dalej wyraźnie rozbawiło piękną panią.
– Czego tam szukasz, mój miły panie?
– Szczęścia – odparł bez wahania.
Piękna pani wybuchnęła niepowstrzymanym śmiechem. Zdawało mu się, że od jej wdzięcznego śmiechu wiruje powietrze.  
„Jadę do Chambery. Wsiadaj, poszukamy tam szczęścia razem".
Coś zalotnego mignęło przez chwilę w jej twarzy.
– Ruszaj! – krzyknęła do stangreta, nie zważając na jego pełną dezaprobaty minę.
    Zapadał zmierzch. W powietrzu czuło się już dotyk nocy. Za oknami przesuwały się cienie przydrożnych drzew. Wsłuchany w noc pragnął, by ta noc trwała bez końca. Konie zwolniły. Gdy noc już objęła wszystko, słychać jeszcze było milknący turkot kół na leśnej drodze.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież