Janusz „Krawiec" Wiśniewski - Pociąg

Wszystko poszło bardzo łatwo. W zatłoczonym pociągu, tych dwoje wyglądało na takich do „obskubania". Czarna torebka, tęgiej kobiety w futrze z łapek karakułowych była na wyciągnięcie ręki…
Przepychając się wzdłuż wąskiego korytarza między ściśniętymi pasażerami Zbigniew czuł jej wypukłość, pod pazuchą ortalionowej kurtki. Od razu w toalecie następnego przedziału, opróżnił ją, upychając w kieszenie całą zawartość i szybko pozbył się „ciężaru" wyrzucając pustą torebkę przez okno pędzącego pociągu.
Pamięta do dzisiaj śniadanie w wagonie restauracyjnym. Podwójna porcja smażonej kiełbasy, trzy bułki i dwie filiżanki herbaty z cytryną. Płacił za to pieniędzmi z ukradzionej torebki. Nie było tego za wiele, ale w końcu nie czuł głodu. W torebce były też dokumenty, które teraz na dworcu, w skrytości zaczął przeglądać.
Z dowodu osobistego odczytał imię i nazwisko, adres zamieszkania, datę i miejsce urodzenia kobiety.
Długo przyglądał się zdjęciu. „Mogłaby by być moją matką" – pomyślał patrząc na okrągłą twarz okoloną rudymi włosami i piegi na nosie. I wtedy… sam nie wiedząc czemu, może dlatego, że nie miał co z sobą począć postanowił pojechać do odległego, nieznanego sobie miasta – do Słupska, by odszukać kobietę i oddać ukradzione dokumenty.
Pod adresem zamieszkania kobiety na przedmieściu Słupska, mieścił się samochodowy warsztat blacharsko-lakierniczy, przyklejony do okazałej jak na lata osiemdziesiąte willi. Wjazd do warsztatu i przyległy podwórzec, zastawione były wrakami rozwalonych samochodów różnych marek - zapewne czekających na swoją drugą młodość. Wśród nich, w usmarowanych kombinezonach, krzątali się, tacy jak on młodzi ludzie. Pamięta wypowiedziane wtedy ze strachem swoje słowa:
- Z… panem właścicielem, albo z panią…
- Jest w biurze, schodami w dół – wskazując ruchem głowy kierunek, wysapał chłopak w jego wieku, dźwigający przed sobą dużych rozmiarów akumulator.
Zszedł po schodach do niedużego piwnicznego pomieszczenia. Za biurkiem siedział tęgi mężczyzna w wyszmelcowanej, szarej marynarce, pozapinanej na wszystkie guziki. Również gruba flanelowa koszula w jaskrawą kratę zapięta była pod szyją. Na niedużym biurku w nieładzie, leżały jakieś kartki, faktury, rachunki. Maszyna do pisania wydawała znane dźwięki powolnego składania liter. Grube parówkowate palce jednej ręki „tworzyły" mozolnie, wyrazy i zdania. Dopiero na drugie „dzień dobry", tęgawy mężczyzna podniósł głowę z nad maszyny i przenikliwie zaczął przyglądać się stojącemu w drzwiach młodemu człowiekowi.
- Ja… przyszedłem oddać znalezione dokumenty…
Tak, przyszedł tutaj po to, by oddać dokumenty: dowód osobisty, książeczkę zdrowia, książeczkę oszczędnościową (z niemałym wkładem!) jakieś zdjęcia, listy.  „Może wymuszę znaleźne…" -  myślał.
- Gdzie je znalazłeś?! – Tęgi mężczyzna, prawie uniósł się znad maszyny do pisania, patrząc przenikliwie prosto w oczy przybyłemu. Zbigniew miał już przygotowaną odpowiedź. Nikt mu nic nie może udowodnić! Ale… coś się stało z nim - ze Zbigniewem Hirszem, z jego sumieniem, bo… sam zdziwił się wypowiadanym przez siebie słowom:
- To ja ukradłem torebkę… Wtedy w pociągu.
Ta chwila zaważyła na dalszym jego życiu. On - wychowanek domu dziecka - w warsztacie samochodowym znalazł nie tylko pracę, ale i zamieszkał w nim (początkowo na poddaszu zakładu), i zdobył zawód, którego wyuczył się perfekcyjnie. (Jego spawów nie trzeba było nawet zbytnio przeszlifowywać) Zdał egzamin czeladniczy, a potem mistrzowski i… ożenił się z córką właściciela – dwudziesto pięcioletnią panną - o czerwonych jak płomienie włosach i dużych brązowych jak kasztany, oczach. Mimo, że dziewczyna po przebytej w dzieciństwie chorobie Heinego - Medina lekko pociągała za sobą nogą. Zbigniew zakochał się w córce szefa nieprzytomnie. Nie przeszkadzała mu ta ułomność Agnieszki, ba  kochał ją jeszcze bardziej – całym sercem. A tak w ogóle, to miał ją, za co kochać. Agnieszka była nad wyraz miłą, bardzo zaradną, gospodarną żoną. Umiała rozsiewać wokół siebie ciepło i spokój tak potrzebny Zbigniewowi zajętemu prowadzeniem firmy. Ich gorąca miłość szybko zaowocowała dwójką dzieci. Bliźniaki Jaś i Małgosia – ładne, miłe, zawsze zadbane, czyściutkie. Chodziły już do pierwszej klasy. Agnieszka była dla nich najlepszą matką a on Zbigniew Hirsz najszczęśliwszym, zakochanym w dzieciach ojcem. Byli dobrze dobranym małżeństwem, a firma teścia, ciągle utrzymywała renomę wzorowego zakładu, w którym Zbigniew przejmował coraz więcej obowiązków po schorowanym teściu. W końcu teść zmarł na zawał, a jego śmierć zaczęła jakoś tak zbiegać się z mniejszym popytem na usługi blacharskie i lakiernicze.
Żeby zapobiec upadłości firmy, on Zbigniew Hirsz - teraz już właściciel zakładu, postanowił wejść w inną branżę. Zaczął produkować lampy, żyrandole i wszelkiego rodzaju sprzęt oświetleniowy, który sam projektował, konstruował i wykonywał. Mały zakład blacharsko-lakierniczy w szybkim tempie przeistoczył się w firmę produkcyjną. Z biegiem czasu budynki po teściu stały się niewystarczające. Zbyszek dobudowywał więc, coraz to nowe pomieszczenia, a nawet wykorzystał te, które były przedtem domem, zamieszkałym przez ich rodzinę. Nic dziwnego, że oprócz rozbudowy warsztatu, kończył już budowę nowoczesnego domu na działce przylegającej do firmy. Przy okazji produkcji lamp i żyrandoli, które rynek nadspodziewanie chętnie wchłaniał, a firma zaczęła zdobywać nagrody na ogólnopolskich i nawet światowych wystawach i targach. Zbyszek odkrył w sobie talent malarza. Jego żyrandolowe szkice rysowane na początku ołówkiem na kartkach z bloku rysunkowego, podobały się. Lekkość ręki, „kreska" i niebywała wyobraźnia pozostawiana już później, na malarskim brystolu, stawały się samoistną sztuką. Rysunki żyrandoli i lamp jakby zawieszone w przestrzeni, w obłokach, podobne do kwiatów, motyli, ptaków - teraz rozświetlone kolorami farb - robiły na oglądających niebywałe wrażenie. Malowanie stawało się jego hobby. Jego obrazy wisiały na ścianach w domu i w całej jego firmie.
 Zabiegany, zapracowany Zbigniew Hirsz, właściciel firmy produkcyjnej, nowego pięknego domu, wspaniałej żony i dwójki dzieci, kończył czterdziesty ósmy rok życia, kiedy nagle wybuchła bomba! Rodzina, przyjaciele i znajomi dowiedzieli się, że… Zbigniew Hirsz - napisał powieść! Książka została wydana i sprzedawana z nadspodziewanie dobrymi wynikami. Miała również dobre recenzje. Bestseller! – pokrzykiwali niektórzy. Zbigniew sam zaskoczony sukcesem zaczął wierzyć, że gdzieś tam głęboko, na dnie duszy, ukryte marzenie zaczęło się spełniać. Uwierzył, że jego pociąg do literatury jest nieprzypadkowy, uwierzył w swój literacki talent, w swoje powołanie. Już nie jakaś tam blacharka, żyrandole, malowanie… Pragnął pisać. Pisać z głębi serca dla ludzi, otwarcie… A nie do szuflady w zeszyciku, głęboko ukrywanym przez lata przed wszystkimi.
Jego dotychczasowe życie zaczęło się zmieniać. Pisały o nim, o jego książce gazety, bywał w telewizji, udzielał wywiadów. Wyjeżdżał na targi książek, na spotkania z czytelnikami, rozdawał autografy i poznawał wielu ciekawych ludzi z kręgu kultury. Zaczynał obracać się w innym świecie, w świecie, o którym marzył, do którego ciągnął go instynkt, ale…ciągle był pełen obaw, że nigdy nie będzie miał do niego wstępu.
 Agnieszka patrzyła na to, co zaczęło się dziać wokół męża, wokół ich życia z otwartymi ze zdziwienia oczami i z przestrachem. Zajęta dziećmi, nowym domem, który od początku urządzała po swojemu w ogóle nie brała udziału w tym wszystkim, w tej burzy rozpętanej wokół męża. Owszem przeczytała książkę. Dyskutowali o niej ze sobą nawet po nocach….
- Nie powinieneś tak się obnażać, pisać o sobie, o nas w ten sposób… Przecież, to, co napisałeś to nie powieść to życiorys! Jesteś teraz „kimś"! Po co ludziom przypominać o domu dziecka, o tym, że kradłeś, że sam się wychowywałeś? Że w ogóle nie znasz swoich rodziców? Jak teraz będą patrzeć na nas znajomi, nasza rodzina?
Kobiecy instynkt, kazał Agnieszce obawiać się tej książki. Obawiać się tego, co będzie ze sobą niosła. Zauważyła, że Zbigniew już nie żyje firmą, że nie angażuje się, tak jak kiedyś, w tworzenie nowych wzorów. Nowe rysunki, szkice już nie zdobiły ścian nawet w zakładzie.
Zbigniew wielokrotnie uspokajał Agnieszkę, kiedy ta próbowała uzewnętrznić swój niepokój.
- Panuję nad wszystkim. Nie obawiaj się niczego. – Mówił i zaraz przechodził do tematu książki. – Zgodziłem się na to, że nie chcesz brać udziału w tym, co dotyczy mojego pisania. Nie chcesz towarzyszyć mi w spotkaniach z czytelnikami, nie było cię, kiedy odbierałem nagrodę od prezydenta, nie jeździsz ze mną na targi… ale pozwól mi być sobą, realizować się. Ja chcę tworzyć, będę pisał! – Kończył stanowczo.
Agnieszka za bardzo kochała męża by przeciwstawiać się jego woli. Godziła się z tym, ale kiedy nie wracał do domu na czas, gdy czekała na jego przedłużający się powrót – gdzieś tam na dnie serca odkrywała niepokój. Zbigniew wyczuwał taki stan jej lęków. Wynagradzał to obcałowując na powitanie jej oczy, wpijał się w chętne usta i opowiadał podekscytowany o różnych wydarzeniach i spotkaniach z ciekawymi ludźmi związanymi z literaturą. Zawsze jednak z nutką żalu, że wszystko to odbywało się bez niej, że nie było jej przy nim…
- Masz swoje wielbicielki… już ci jestem niepotrzebna…. – Odpowiadała niby żartem Agnieszka, ale Zbyszek zbyt dobrze ją znał, żeby nie wyczuwać w jej głosie niepokoju.
- Niepotrzebnie się lękasz. Wiesz, że cię kocham ponad wszystko, kocham nasz dom, ten klimat, który tworzymy wspólnie. Ty i dzieci jesteście dla mnie największą radością, wszystkim najważniejszym na świecie. Nigdy was nie zawiodę. – Przekonywał ją i siebie po wielokroć, kiedy tylko dojrzał niepokój w oczach Agnieszki.
Minął prawie rok od momentu ukazania się jego książki na rynku. Była ciągle dobrze przyjmowana przez krytykę. Jechał właśnie po jeszcze jedną nagrodę do Warszawy. W literackim konkursie im. Władysława Reymonta otrzymał nagrodę specjalną…
Nie była to główna nagroda. Tą otrzymała znana poetka i pisarka tworząca „dla kobiet". Zbigniew dużo słyszał o niej, ale nie czytał jej książek. Literatura „kobieca" nie interesowała go. Jadąc po nagrodę, Zbigniew gdzieś głęboko w duszy czuł niedosyt. Nutka zazdrości przebijała się z głębi serca, jak roślina z gleby. Jego „Nagroda Specjalna" nie była wyróżnieniem stricte literackim. Była to nagroda środowiska biznesu, wyróżniająca „piszącego biznesmena", a on w skrytości ducha pragnął wspiąć się na wyżyny literackie, zostać pisarzem z prawdziwego zdarzenia. O, choćby tak jak wyróżniony w tym konkursie za całokształt swojej bogatej twórczości Józef Hen. Zbigniew wiedział, zdawał sobie sprawę jak daleko było mu do takich literackich sław, do wielkości Hena. Żałował, że tak późno zaczął rozczytywać się w jego powieściach. „Jaki to wspaniały i mądry człowiek! Wspaniały pisarz! Nigdy bym się chyba nie ośmielił wziąć do ręki pióra, gdybym wcześniej przeczytał na przykład jego „Dziennik na nowy wiek". Jaki ja jestem malutki przy Henie! Cóż ja potrafię?".
Poranny ekspres do Warszawy stukotem kół wkomponowywał się w jego myśli. W końcu Zbigniew przerwał literackie dywagacje i postanowił zjeść śniadanie. Musiał przemierzyć dwa kolejne wagony nim znalazł się w wagonie restauracyjnym, pachnącym smażonym boczkiem i piwem. Akurat jacyś podróżujący opuścili dwuosobowy stolik. Usiadł na zwolnionym miejscu. Kelner zabrał pozostawione naczynia.
- Zaraz przyjmę od pana zamówienie…
- Można przycupnąć do pana?
- Proszę, proszę. – Zbigniew popatrzył bez entuzjazmu na kobietę sadowiącą się na krześle po przeciwnej stronie stolika. Chciał zjeść sam, w spokoju, a tutaj…
- Co państwo zamawiacie? – Kelner nawykłymi ruchami doczyszczał blat stolika.
- Proszę, proszę. – Zbigniew ruchem głowy wskazał na kobietę, by zamówiła pierwsza.
- Chyba najbezpieczniej będzie… Poproszę jajecznicę na maśle, sałatkę z pomidorów, herbatę… Poproszę pomidory bez cebulki. – Dodała rzucając miły uśmiech kelnerowi.
- Poproszę to samo, tylko jajecznicę na boczku, kawę zamiast herbaty, sałatkę z pomidorów, też proszę bez cebulki. - Dodał kierując wzrok i uśmiech w stronę kobiety. Patrzyli teraz na siebie nawzajem. Była chyba w jego wieku, może odrobinę starsza. Na pewno około pięćdziesiątki. Zarysowujące się malutkie bruzdy na górnej wardze, zmarszczki „uśmiechu" wokół oczu… Mimo dobrego makijażu, wszystko to nie uszło uwadze Zbyszka. Utlenione na kolor bałtyckiego piasku, krótko ścięte włosy, zielone oczy oprawione mocnym zarysem namalowanych henną brwi i oliwkowy, dobrze dopasowany żakiet z pod którego wystawała jedwabna, brązowa  bluzeczka rozpięta na tyle by Zbigniew mógł dojrzeć krągłości jej piersi… „Bizneswoman – jedna z wielu jadących w ważnej sprawie do stolicy…" pomyślał.
- Ależ wloką się teraz te pociągi… Dopiero Malbork. – Powiedziała kobieta odrywając wzrok od wszystkiego, co pociąg pozostawiał za oknem.
- Tak, kto wie, czy nie zjemy tu obiadu i kolacji nim dojedziemy do Warszawy…
Zaśmiali się jednocześnie. Kobieta swoją bielą ładnych zębów. Zbigniew dostrzegł w jej twarzy coś miłego, budzącego sympatię, coś, co zrobiło na mim wrażenie…
- Och! Niech pan nie straszy. Muszę być o czternastej w Warszawie. Odbieram nagrodę.
- Ja też… odbieram nagrodę o czternastej – powiedział nieśmiało Zbigniew – literacką… - Dodał nie umiejąc pohamować dumy.
- Literacką?! - Zdziwienie kobiety było tak nie skryte, że Zbigniew, aż zarumienił się, zawstydził.
–Tak… Dostałem nagrodę specjalną w konkursie imienia Władysława Reymonta – mówił jakby próbując się tłumaczyć.
– Mogę wiedzieć jak się pan nazywa?
– Przepraszam.. – Uniósł się z krzesła i podszedł do kobiety. - Zbigniew Hirsz . - Kobieta również wstała i podała mu wyciągniętą rękę.
- Kinga Malczewska… Ja… jestem laureatką tego konkursu. Coś podobnego! Co za spotkanie! – Dodała szybko.
- Och! Miło mi! Przepraszam, że nie poznałem! – skłamał. Słyszał jedynie o niej. Wiedział, że taka powieściopisarka istnieje, że jej książki kupują kobiety, że na podstawie jednej z nich powstanie serial.
- Jedziemy na ten sam konkurs! –  Wykrzyknęli jednocześnie.
Oboje swoim zachowaniem zaczęli zwracać uwagę podróżnych.
Usiedli na powrót przy stoliku. Jedli i rozmawiali. Zbigniew nie umiał ukryć emocji. Ona też. Ogarnęła ich wzajemna fascynacja tym, co robią, tym, co piszą. Opowiadali o sobie, o swojej twórczości… Ona pisze od przeszło dwudziestu lat. Wydała już jedenaście książek, parę tomików wierszy… Właśnie, za ostatnią, dzisiaj dostanie nagrodę główną w tym konkursie…
Pisarka Kinga Malczewska z każdym kilometrem zbliżającym ich do Warszawy stawała się dla Zbigniewa kimś nadzwyczajnym. Był nią oczarowany! Po zjedzeniu wspólnie śniadania, Zbigniew przesiadł się do jej przedziału. Łączyło ich tyle tematów! Tyle mieli sobie do powiedzenia, do przekazania, rozmawiali, rozmawiali… Zbigniew zwierzał się ze swoich kłopotów z wydawcą, ona opowiadała mu o podobnych. Oboje dochodzili do wniosku, że książka to przemysł, rządzący się swoimi własnym, z rzadka uczciwymi prawami.
- Dopóki nie znalazłam sobie agenta, ze mną było podobnie. Dzisiaj pisarz i jego wartości literackie mało kogo obchodzą i mało kto się z tym liczy. Wydawcy chodzi tylko o zysk! Teraz, kiedy mam agenta i on pilnuje moich spraw, jest lepiej…
- Napisałem już drugą powieść. Mam zbiór opowiadań i nie wiem, co robić dalej. Kto mi ma to wydać? Boję się, że znowu źle trafię. – Zbigniew dziwił się sam sobie, że tak szczerze rozmawiają o wszystkim, że zwierza się tej przypadkowej kobiecie, jak nikomu dotąd, że tak swobodnie rozmawia z nią o pisaniu, o swoim warsztacie. Czuł się taki podekscytowany. Zaśmiewali się z opowiadanych sobie historii… i z szybkością jadącego pociągu poznawali swoje wnętrza.
- Warszawa! Już Warszawa! Ależ ten pociąg dzisiaj pędził!. Jeszcze nigdy tak szybko nie dojechałam do Warszawy!
- Ja też!
Jedną taksówką podjechali pod hotel Sheraton. Byli przed czasem. To tutaj, na dużej sali, odbędzie się inauguracja konkursu – gala.
- Może po koniaczku? Mamy jeszcze czas…
Kawa, koniak, koniak… w końcu weszli na wypełnioną salę. Oboje mieli wypieki na twarzy. Zajęli zarezerwowane dla zwycięzców konkursu miejsca w pierwszym rzędzie. Na scenie przystrojonej „konkursowo" przy długim stole, zasiadało już zacne jury. Wokół nich siedziało wiele literackich znakomitości, krytyków i dziennikarzy. Ktoś biegał z telewizyjną kamerą, błyskały flesze.
Kinga Malczewska była na celowniku. Z wypiekami na twarzy, jak nowicjuszka, wysłuchała laudacji o sobie, znanego pisarza. Mówił pięknie, dowcipnie o jej twórczości, wyjątkowej osobowości, chwalił ostatnią powieść. Po uhonorowaniu głównych zdobywców nagród, wyczytano nazwisko Zbigniewa.
Nagroda specjalna! Poszedł po nią na scenę przy gromkich oklaskach. Trząsł się cały, nie umiał uspokoić ciała, kiedy prezydent BCC odczytywał jego laudację. Zbigniew czuł, że za chwilę serce rozerwie mu klatkę. W tym momencie spełniały się jego najskrytsze marzenia, najskrytsze… Taki był szczęśliwy! Dlaczego Agnieszka i dzieci nie widzą tego wszystkiego? Tego, jak mu gratulują, jak mu ściskają rękę najznakomitsi pisarze, jak udziela wywiadów dziennikarzom, których tylko widywali w telewizji…?
Kinga Malczewska bije brawo, chyba głośniej niż wszyscy. Widzi jej twarz rozpromienioną swoim i jego sukcesem. W końcu Zbigniew podchodzi do niej i przypadkowo (?), gorąco całuje ją w usta. Czuje jak mu się oddają słodyczą zabarwioną koniakiem…
W hotelowym foyer, szwedzki bufet zachęca smakołykami. Hostessy roznoszą alkohole. Błyskają flesze. Zbigniew udziela wywiadów, ciągle podpisuje kolejne egzemplarze swojej książki… Do nagrody specjalnej hotel Sheraton dołącza voucher dla dwóch osób… Wykorzystują go od razu! Nim znajdą się – on pisarz (!) Zbigniew Hirsz z poetką i pisarką Kingą Malczewską w hotelowym pokoju, w barze nocnym hotelu Sheraton piją dużo whisky i tańczą, tańczą…
Ułomność Agnieszki nie pozwalała małżonkom bawić się, tańczyć ze sobą. Nie chodzili na dyskoteki, bale. Agnieszka nigdy nie zdobyła się na to, z resztą, Zbigniew też nie umiał i nie lubił tańczyć. Taniec był mu obcy, niepotrzebny, ale tu z Majką sławną pisarką, kiedy czuł w tangu jej piersi przy swoich, kiedy w walcu z nieukrywanym uwielbieniem patrzył w odchyloną do tyłu rozpromienioną twarz, a alkohol robił swoje - Zbigniew przechodził samego siebie. Czyżby posiadł jeszcze jeden ukryty talent?
W hotelowym pokoju było jeszcze ciemno, kiedy się zbudził. Ciężkie mięsiste story, nie przepuszczały wschodzącego świtu i odgłosów budzącego się miasta. Był nagi. Obok niego spała obca kobieta… Wracała świadomość. To nie był tylko kac alkoholowy. Z powrotem świadomości Zbigniew, coraz gorzej zaczynał się czuć - nie tylko fizycznie. „Co ja zrobiłem?! Boże! Agnieszko!"
Odkryta, odwrócona tyłem do niego naga Kinga Malczewska - poetka i pisarka - spała pochrapując. Wstał najciszej jak potrafił. Pozbierał porozrzucane wokół łóżka swoje rzeczy. Poszedł do łazienki, umył twarz, ubrał się i cichaczem wymknął z pokoju. W recepcji pozałatwiał wszelkie formalności i taksówką pojechał na dworzec.
Pociąg jakby czekał na niego. Ruszył natychmiast, gdy Zbigniew usadowił się w pustym przedziale. Usiadł przy oknie, w rogu, i przez jakiś czas patrzył na oddalający się dworzec. Potem otulił się w wiszący płaszcz i…próbował zasnąć. Choć na jakiś czas, zniknąć z rzeczywistości, z życia. Sen nie przychodził. Bolała go głowa. Miał kaca. Potwornego kaca! Jak mógł to zrobić Agnieszce, dzieciom? Co ma począć teraz ze sobą? Jak ma spojrzeć im w oczy? Znowu stał się złodziejem! Okradł ze szczęścia własną rodzinę, własny dom. Z czym ma wejść teraz w drzwi tego domu? Z prawdą - żeby „zabić" Agnieszkę, żeby zniszczyć ich miłość?
Nie przyznać się do zdrady? Czuł obrzydzenie do siebie jeszcze większe, niż kiedyś, kiedy stał w progu ich domu, z ukradzionymi dokumentami.
Wtedy się przyznał. Powiedział prawdę i… otwarto przed nim drzwi i serca. Dzisiaj wie, że jeżeli powie prawdę wszystko, co kochał straci. Wiedział, że całe ich bogactwo brało się z ich miłości, głębokiej mocnej miłości, którą zawiódł, zdradził.
Co ma począć? Jak postąpić? Myśli rozsadzały mu głowę.
Otworzyły się drzwi.
- Dzień dobry. Można? Nie lubię być sam w przedziale. Przydarzyła mi się kiedyś brzydka historia… - Do przedziału wszedł starszy pan o rzucającej się w oczy miłej powierzchowności.
- Proszę, proszę – mruknął Zbigniew i już chciał na powrót owinąć się płaszczem, ale z ciekawością zaczął obserwować, jak mężczyzna zdejmuje z siebie granatowy, markowy, perfekcyjnie uszyty płaszcz, jak usadawia się naprzeciw niego koło okna. Z przyjemnością patrzył na przybyłego, na to, co miał na sobie; garnitur, koszula, krawat a nawet skarpetki i buty były z rozmysłem dobrane, harmonizowały ze sobą, ze śniadą cerą i szpakowatymi włosami obcego. „Gość!" – przemknęło przez głowę Zbigniewa. „Ile to razy przyrzekałem sobie, że w końcu zadbam o siebie, o swój wygląd?" Poczuł się jeszcze bardziej nędznie. „Kim ja jestem? Co z tego, że mam firmę, pieniądze, nawet, że napisałem książkę? Żebym nie wiadomo jak się starał, będę kundlem! Zawsze da znać o sobie moje pochodzenie, mój „dom dziecka". Nigdy nie będę gentlemanem, pod żadną postacią. Takim trzeba się urodzić!.
Ciągle spoglądał z nieukrywanym zachwytem na mężczyznę, który jakby odczytując myśli Zbigniewa uśmiechnął się z zażenowaniem. Instynkt podwórkowego kundla, który tkwił w Zbigniewie od urodzenia, zaczął podpowiadać mu teraz, że ten elegancki mężczyzna, mógłby mu pomóc w jego zaistniałych problemach. Może, powinien wykorzystać szansę -  otworzyć się przed nim - wyspowiadać. Może on, ten obcy, doradzi mu, podpowie, jak ma postąpić, może znajdzie rozwiązanie - jak dalej mam żyć?
Mężczyzna wysłuchiwał w skupieniu opowieści Zbigniewa. Tylko stukot kół i od czasu do czasu pochrząkiwanie:
- Hmm, hmm, hmm. Nie łatwa sprawa, nie łatwa…. – towarzyszyło opowieściom Zbigniewa.
- Co mam zrobić? Jak żyć dalej z tym, co uczyniłem? Jak postąpić? – Dopytywał obcego i siebie.
- To sobie pan napytał biedy. No… no… Przyznać się i błagać o przebaczenie? Żona panu tego nigdy nie wybaczy. Im bardziej kocha, tym bardziej poczuje się urażona, upokorzona, tym na dłużej to w niej pozostanie. Z reguły na zawsze… Wiem coś o tym sam…
- Nie przyznać się do zdrady byłoby najłatwiej, ale czy wtedy pan da sobie z tym radę…?
- Och! Dojeżdżamy do Gdańska. Tutaj wysiadam. - Mężczyzna ubrał w pośpiechu płaszcz, już trzymał w ręku neseser. - Do widzenia. – Wyciągnął rękę, którą Zbigniew uścisnął. Zaczął wychodzić z przedziału.      – Gdybym, naprawdę miał panu doradzić, to… - Jeszcze raz odwrócił się do Zbigniewa. – Wszystko to wydarzyło się, stało przez pisanie! - Więc… albo dom, rodzina, firma, albo pisanie… Po tym, co usłyszałem od pana, co mi pan tak szczerze opowiedział - nie połączy pan jednego z drugim, jak nie połączy pan wody z ogniem. Musi pan wybrać… Do widzenia!     
- Wiem, wiem nieszczęśniku, że wybierzesz pisanie! Że będziesz pisał… Twojego pociągu do literatury nikt już nie zatrzyma… Wiem, że będziesz pisał. - Na swoje nieszczęście… – dodał, ale tych ostatnich słów Zbigniew już nie usłyszał.
Mijały lata. W kinach wyświetlano właśnie najnowszą produkcję rewolucjonizującą cały przemysł filmowy. Po raz pierwszy, w filmie zastosowano na taką skalę, komputerową technikę 3D. Trójwymiarowy obraz oglądano w specjalnych okularach. Film „Awatar" ściągał do kin tłumy, bił rekordy popularności. Były to lata światowego kryzysu i zapędzeni, zabiegani za przyziemnymi sprawami, za sprawami bytu ludzie, nie znajdowali już czasu na czytanie książek…
W podziemnym przejściu z dworca do centrum miasta, stał zaniedbanie wyglądający człowiek, z zapuszczonym zarostem na twarzy. Ubrany był w wytarty granatowy paltocik, spod którego wystawały nogi odziane w brązowe zaplamione spodnie, od wieków niewidzące pralni czy żelazka. Nogawki tych spodni rolowały się na rozczłapanych butach, obok których, stała otwarta walizka pełna książek.
- Najnowsza powieść! Prosto od autora! Może być z dedykacją! Tanio! – Nieśmiało wykrzykiwał Zbigniew do mijających go przechodniów…

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież