Piotr Stareńczak - GDZIE JESTEŚMY?

Pamiętam ten moment z końca
grudnia 1990 r. na zamku królewskim.
Nie mogłem na to patrzeć.
Zobaczyłem flagę państwową,
 którą nakryto stół...
To był dla mnie jakiś koniec...
Sławomir Cenckiewicz


    Przysięgałem przed trybunałem własnego sumienia, że nigdy nie będę pisał o polityce. Dziś muszę złamać tę przysięgę, bo i sytuacja jest wyjątkowa. 20 marca br. na zaproszenie Instytutu Filozofii bydgoskiego UKW, przyjechał Andrzej Zybertowicz , bez wątpienia jeden z największych umysłów tej części Europy, by wygłosić wykład : „Polityka od kulis". Jego energiczne wystąpienie, które miało dla mnie wymiar katarktyczny, stanowiło impuls, choć nie jedyny, do wydobycia na jaw skrywanych długo refleksji, z nadzieją, iż będzie to przedłużenie wypełniającego mnie oczyszczenia. Otóż nadszedł czas rozliczenia. Pokolenie synów, których świadomość dojrzała do jasnego i odważnego postawienia sprawy, ma prawo ukazać błędy swoich ojców . Urodzony pod koniec lat 80-tych, posiadam wystarczający dystans badawczy i perspektywę historyczną, pozwalającą na względnie bezstronną ocenę przeszłości. Nie chcę być badaczem sumień, wnikać w psychologię motywacji – chodzi mi tylko o fakty. Moje analizy nie są jedynie trwonieniem teraźniejszości. Są projekcją przyszłości, którą, w przeciwieństwie do Michnika i Giedroycia, uważam, iż trzeba budować na prawdzie.

    Kiedy rodziła się III RP w niektórych zagranicznych publikacjach, również akademickich, wyrażano bardziej lub mniej jawny pogląd, że predyspozycje i tzw. doświadczenie historyczne Polaków nie spełniają wystarczających warunków do wyłonienia sprawnej elity politycznej. W swojej długiej historii Polacy niejednokrotnie przejawiali tendencje anarchistyczne i megalomańskie. Z faktem tym trudno dyskutować: Polska przeżywała liczne katastrofy, jak załamanie się organizacji państwowej już w 1031 r., kataklizm szwedzkiego Potopu, dramat rozbiorów, zagrożenie bytu narodowego w trakcie i po II wojnie światowej. Wszystkie te nieszczęścia, trzeba sobie to otwarcie powiedzieć, w znacznej mierze spowodowane były nieudolnością rządzącej elity, jej hamletycznym charakterem oraz brakiem kompetencji poznawczych.
    Jeżeli komuś koniecznie zależy na dobrym samopoczuciu, to można wysunąć następujący kontrargument: każdy z nas, każdy pojedynczy człowiek, jest nieprzeniknioną tajemnicą, dlatego naród, będący niezwykle złożoną mozaiką takich niepowtarzalnych i niezastępowalnych indywidualności, nie poddaje się łatwo teoretycznemu werdyktowi. Naród nieustannie zmienia swoje oblicze, dlatego wygłaszanie o nim poglądów jest ryzykowne, grozi wpadnięciem w pułapkę stereotypowego myślenia. Jest wysoce nieprawdopodobne, aby taki wielomilionowy naród jak Polska, miał tylko jeden dominujący typ charakteru – gdyby tak było w istocie, życie stałoby się nie do zniesienia. Nawet w krajach kulturowo zestandaryzowanych istnieje, niewidoczna na pierwszy rzut oka, różnorodność.
    A jednak nie sposób odmówić racji Józefowi Kozieleckiemu, czołowemu polskiemu psychologowi i humaniście, który na początku lat 90-tych pisał: „Wraz z odejściem komunizmu powstała swego rodzaju horror vacui, czyli pustka w sferze władzy. Obecnie kształtująca się klasa polityczna jest bez wątpienia  n a j s ł a b s z y m  ogniwem w sztafecie elit. W Polsce żyją dojrzałe i rozwinięte społeczności uczonych i artystów. Ludzie sztuki, kompozytorzy, pisarze, plastycy, konserwatorzy zabytków – osiągnęli w wielu przypadkach przyzwoity poziom europejski; w minionym okresie, na ogół, zachowywali się godnie, co podniosło ich prestiż międzynarodowy. Tymczasem rodzimi politycy nie mają dostatecznego doświadczenia profesjonalnego, kultury politycznej, własnych mitów, odrębnego języka i autorytetu. Czasami przypominają mi przedszkolaków, którzy chcą wdrapać się na uniwersytecką katedrę" .
    W walce o niepodległość Polski, decydującą rolę odegrali ludzie kultury. Elity polityczno – biznesowe III RP nie rozumieją roli kultury. Nastąpiła pauperyzacja klasy inteligencji – profesor zarabia mniej niż panienka po maturze pracująca w prywatnej firmie. Skutkiem tego jest transfer klasowy – ludzie kultury, aby zarobić na życie, próbują robić karierę w sferze biznesu. Nierzadko ich wysiłki kończą się w gabinecie kardiologa.
    Brakuje nam polityków posiadających ogólną perspektywiczną koncepcję przemian gospodarczych, społecznych, edukacyjnych i ekologicznych. Polityka to sztuka kompromisu i przystosowania do nieprawdopodobnego, a naszym „władcom" brakuje wiedzy i sprawności prakseologicznych. Nie rozumieją podstawowych mechanizmów funkcjonowania społeczeństwa. Odznaczają się dyletanctwem z dziedziny ekonomii, historii, socjologii, filozofii. Nie znają nowoczesnych orientacji, dlatego ożywiają upiory wczesnego kapitalizmu, czy XIX – wiecznego liberalizmu, ekshumują stare, rodzime tradycje, mity mesjanistyczne o narodzie wybranym, widma populistyczne, mitologię europejską (UE). Krótko mówiąc, są ignorantami. A ponadto charakteryzuje ich efekt kameleona, czyli zmiana politycznej orientacji, wynikająca z deficytu doświadczenia. Aktywiści państwowi III RP, to osoby o mentalności radarowej, ludzkie chorągiewki, chorzy na uzależnienie władcze. Są egoistami, łakną przywilejów i pomnożenia własnych wpływów, chcą potwierdzić przekonanie o własnej wyjątkowości. Nie produkują niczego poza inflacją i bezrobociem.
    Komuniści do absurdu doprowadzili kult niekompetencji: wystarczy opanować jedyną słuszną ideologię, aby sterować państwem. I choć dziś odchodzi się już od tej pokracznej retoryki, to jednak słyszy się o bezkonkurencyjnym programie gospodarczym, czy o doskonałej decyzji, dla której nie ma alternatywy . Politycy koncentrują swoją uwagę na korzystnych efektach decyzji, popadają w nadoptymizm pełni przekonania, że może zdarzyć się tylko coś wartościowego i tak ignorują niebezpieczeństwo. Nie biorą pod uwagę klęski. Potwierdza to historia polskich powstań.
    Wiara w lepsze jutro jest iluzją, zresztą ci, którzy ją głoszą nie robią niczego, aby uprawdopodobnić te proroctwa. Już sam fakt, że w czasach socjalizmu „świetlana przyszłość" wypisana była na każdym sztandarze, przemawia za jej fałszywością. Szczęśliwe prognozy paraliżują ludzką motywację do podejmowania innowacyjnych czynów, zmniejszają aktywność, wręcz demoralizują. Kiedy się nie sprawdzają, przesunięty zostaje horyzont czasowy: jutro nabiera wymiarów metafizycznych, żeby nie powiedzieć eschatologicznych.
    W minionym okresie działacze partyjni i biurokraci władali językiem orwellowskim. W obecnym procesie komunikacji politycy papugują praktyki zachodnich demokracji: „Rząd Przełomu", odkurzają starą frazeologię: „Bóg, Honor, Ojczyzna", niekiedy sięgają po terminologię ulicy: „gruba kreska". Pilną potrzebą jest wypracowanie nowego kodu językowego.
    Jak słusznie zauważa Kozielecki: „W naszym kraju ‘góry najszybciej ulegają erozji’. Zjawisko to staje się narodową skazą" . Dlatego, w moim mniemaniu, największym polskim politykiem powojennym był, paradoksalnie, kardynał Wyszyński. Zresztą dzisiaj polityka zastąpiona została makiawelizmem .

    Żadna klasa polityczna nie powstaje ex nihilo. Jej rodowód jest skomplikowany, ludzie władzy rekrutują się z różnych środowisk i warstw społecznych. Niestety wiele osób żyjących w Polsce jest niezakorzenionych w rzeczywistości, ponieważ nie rozumie przeobrażeń strukturalnych, które miały miejsce po 89 roku. Ale nie można ich za to obwiniać. Zarówno mainstreamowe, najbardziej opiniotwórcze, czyli agorowo – tvn – owe media, jak i szkolne podręczniki, utrzymują dorosłych i dzieci w przekonaniu, że Okrągły Stół stanowił zwycięstwo nad komunizmem. Najnowsze badania nad tym okresem, przeprowadzone zwłaszcza przez Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, których uważam za mistrzów analizy historycznej, bezkompromisowo obalają tę legendę. Transformacja ustrojowa była fikcją – możemy to powiedzieć z całą stanowczością.
    Żeby zrozumieć sytuację, w której się znaleźliśmy, musimy nieco cofnąć się w czasie. Otóż realna szansa zmiany systemu zaistniała nie w roku 89, lecz w latach 80-81. Ówczesne władze doskonale zdawały sobie z tego sprawę, dlatego postanowiły wprowadzić stan wojenny, który skutecznie zdławił ten wielki ruch społeczny jakim była Solidarność, pozbawiając go wpływu na rzeczywistość. Wybitne jednostki albo wyrzucono z kraju, albo tak zastraszono, że same go opuściły, i teraz mamy takie elity jakie mamy.
    Zaraz po ogłoszeniu stanu zaczęto wprowadzać reformy sprzeczne z ideologią Solidarności, aż do Okrągłego Stołu, będącego restytucją kapitalizmu, który sprawcom odpowiedzialnym za wprowadzenie stanu wojennego pozwolił się uwłaszczyć na narodowym majątku. Pod hasłem reformy działacze komunistyczni stali się właścicielami wielkich przedsiębiorstw. Ta szczególna, strategiczna zagrywka, swój początek miała w latach 70-tych, kiedy polskie państwo socjalistyczne zmieniło regulacje prawne i umożliwiło ludziom, przynajmniej formalnie, nabywanie swoich mieszkań na własność. Pieniądze za tytuł własności. Najistotniejszy w tym wszystkim był fakt, że z tej możliwości skorzystali w pierwszej kolejności wysocy funkcjonariusze partyjni. Ci sami ludzie, w 89 r., dokonali drugiej fali prywatyzacji – optowali za wprowadzeniem względnie wolnego rynku, gdyż dzięki swojej pozycji politycznej błyskawicznie przekształcili się w klasę kapitalistyczną. Zwykły, szary obywatel, nie miał sposobności na otwarcie własnego biznesu.
    O tym, jak wyglądał sposób zagospodarowania i przejęcia majątku narodowego, czy wyrażając się bardziej powściągliwie, pomieszanie własności publicznej i prywatnej, najlepiej ilustrują słowa Jana Olszewskiego: „aby ukraść 100 zł, trzeba było zmarnować 1000". Ten proceder doprowadził Polskę do ekonomicznej ruiny.
    Maria Łoś, profesor socjologii na uniwersytecie w Ottawie, wyjaśnia, że obok prywatyzacji strategicznych gałęzi gospodarki, jak sektor finansowy, telekomunikacja, przemysł komputerowy, energetyczny, handel bronią, przeprowadzono prywatyzację tajnej wiedzy służb specjalnych. W 1986 r. powstaje pierwsza prywatna firma detektywistyczna, za którą utworzono kolejne: firmy ochroniarskie, wywiadownie gospodarcze, banki danych. Te służby zgromadziły ogromne bogactwo informacji przydatnych dla nomenklatury.
    W wolnej Polsce, grupy nacisku, tzn. międzynarodowe koncerny, gracze giełdowi, lobbujące i korumpujące grupy biznesowe, tajne służby, medialne elity posiadające także czysto gospodarcze interesy, działające skrycie i pasożytniczo, przy pomocy manipulacji i dezinformacji, posiadają wręcz nieograniczone pole manewru, co jest logiczną konsekwencją wydarzeń, jakie miały miejsce w latach 70-tych. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że komuniści przygotowali gotowy scenariusz przemian. W polskiej partii brakowało ideologów, ale zasilali ją twardogłowi pragmatyści i karierowicze, którzy potrafili wykorzystać sprzyjające okoliczności.

    Stan wojenny rozproszył i zabił nadzieję ruchu Solidarność. Jednakże jest to tylko część problemu. Czymś znacznie potwornym był fakt, że już w 1981 r., ludzie tworzący Solidarność, zostali skompromitowani i skorumpowani. Odebrano prawo głosu m.in. małżeństwu Gwiazdów i Annie Walentynowicz. To nie oni mieli decydować o dalszych losach Polski, lecz Lech Wałęsa i Adam Michnik, którzy już w połowie lat 80-tych zmierzali do tego samego celu, co Kiszczak i Jaruzelski. Tym celem było nadanie sobie prawa do stanowienia społeczeństwa według własnych pomysłów.
    W latach 87-9 polska partia komunistyczna może spokojnie samodzielnie sprawować władzę. Traci jednak poparcie społeczne, a także nie może liczyć na pomoc Związku Radzieckiego, który daje do zrozumienia poszczególnym rządom Bloku Wschodniego, że nie jest w stanie dalej ich wspierać ekonomicznie i militarnie. Krótko mówiąc, system się zmieniał i partia musiała się do tego dostosować. Nie jest to niczym nadzwyczajnym – tak samo było po roku 56, 70, 76, 80. W krajach, gdzie opozycja nie istniała, jak Węgry, komuniści, żeby pozyskać zaufanie społeczne, musieli taką opozycję wykreować . W Polsce kompromis został wynegocjowany przy użyciu sił bezpieczeństwa, gdyż tylko one zdolne były stworzyć platformę komunikacyjną. To zwyczajne sprawdzanie i ocenianie partnerów rozmowy – jest to typowe dla bezkrwawych rewolucji. I tutaj dochodzimy do najbardziej newralgicznego punktu: inicjatywa Okrągłego Stołu wyszła z MSW, czyli organu, który prześladował, represjonował i mordował opozycję! W tych represyjnych siłach ujrzano szansę pokojowego przejścia do sytuacji, w której wszyscy moglibyśmy być zwycięzcami, tzn. coś dla siebie uzyskać. Ale przecież Solidarność, nie mówiąc o jej masach członkowskich, nie brała w owych przemianach podmiotowego udziału. Transformacja polegała na zmianie elit, a nie systemu. Zamiast wyborów do sejmu, powinny wpierw odbyć się wybory do samorządów. Budowa powinna rozpocząć się od fundamentów. Nie pytano czego ci ludzie na dole pragną. Elity solidarnościowe nie ufały społeczeństwu, dlatego postanowiły ograniczyć jego udział w tworzeniu nowej Polski. Rządzący „umówili się" na jakąś Polskę – nas nikt nie pytał o zdanie. Tymczasem tylko konsultacje społeczne, zakrojone na szeroką skalę, mogły odmienić rzeczywistość.
    Jadwiga Staniszkis w swej pracy Postkomunizm. Próba opisu, pisze: „Mniej więcej połowa członków obecnej elity władzy i pieniądza w Polsce zajmowało w czasach komunizmu stanowiska kierownicze, jedna trzecia – wykonywała zawody ‘specjalistów’, a tylko 11 procent plasowało się na niższych szczeblach drabiny społecznej". O czymś jednak świadczy fakt, że Polska była ostatnim krajem Bloku Wschodniego, z którego wyszły wojska sowieckie. Komuś było to na rękę, komuś zależało na konserwacji pewnego układu. Polską rządzą ludzie wytresowani w partyjnym inkubatorze, przyjmujący obcą ideologię, nie liczący się ze zdaniem opinii publicznej i kontrolujący społeczeństwem głównie za pomocą behawiorystycznych wzmocnień negatywnych, jak obniżanie pensji i głodowe emerytury, przybierające formę powolnej eutanazji.
    Słusznie zauważył Maciej Rybiński w znanym artykule, Koniec Polski Kiszczaka i Michnika, że III RP to w gruncie rzeczy państwo socjalistyczne, z homogenicznym ideowo społeczeństwem, bez dyskusji, bez fermentu i nade wszystko bez ocen historycznych. Dziś już nie stawia się pytań o kształt Polski. Każdy, kto publicznie przemawia językiem aksjologii, czuje się w obowiązku puścić do słuchaczy oko. Podejmowanie tematu patriotyzmu, czy suwerenności jest źle widziane, ma być dowodem zapiekłości i wystawiać marne świadectwo intelektualnym kwalifikacjom, bowiem oznacza skupienie uwagi na problemach przebrzmiałych, a pomijanie spraw istotnych z punktu widzenia „normalnego państwa" i demokracji. Zapomina się jednak o tym, że polski model transformacji doprowadził do zaniku państwa, natomiast otwarcie systemu nie było równoznaczne świadomemu kształtowaniu demokracji. „Budowanie demokracji – dowodzi Bronisław Misztal  - to trwały proces konstruowania wielowarstwowych współzależności i samoograniczeń w taki sposób, aby żadna grupa społeczna nie była w stanie uzyskać nadmiernej korzyści w stosunku do drugiej grupy". Tak więc w Polsce panuje półdemokracja, albo używając sformułowania Zybertowicza, „demokracja fasadowa" . III RP – tłumaczy profesor – to nie po prostu hybryda ustrojowa. Jest ona czymś, co uniemożliwia budowanie sprawnych struktur państwa niezbędnych dla zapewnienia podmiotowości Polski na arenie międzynarodowej. Nie możemy godzić się na spokój i wygodę – próby zmiany w obecnej tkance państwa budzą niepokój, ale tylko niepokój może nam przywrócić normalność .
    Nie wykluczam, że ktoś zdegustowany moimi wynurzeniami, rzuci mi w twarz pytanie: „ale o co tak naprawdę tobie chodzi?". Mamy pełne półki, otwarte granice, wolność słowa i wyznania. Więc czego nam brakuje? Brakuje sprawiedliwości. Ludzie, którzy wyszli na ulice, którzy mieli odwagę sprzeciwić się władzy, zainwestowali ogromny kapitał emocjonalny i nie otrzymali odpowiedniego zwrotu w postaci wdzięczności systemu . To nie oni są bezpośrednimi beneficjentami ruchliwości społecznej.
    Trzeba wiedzieć, że wszystkie rewolucje osierocają całe rzesze ludzi, na których zazwyczaj ktoś żeruje. Z reguły z ich klęski korzystają ci, którzy kiedyś tworzyli z nimi wspólnotę, stali w tym samym szeregu, społecznie i kulturowo byli ich profitentami. Podobnie było w czasie Rewolucji francuskiej i bolszewickiej. Mówiąc brutalnie: komuniści ani nie oddali władzy, ani nie zostali rozliczeni, zaś większość osób o pięknych życiorysach opozycyjnych – jak wskazuje historyk Leszek Żebrowski – współpracowała z SB, za co była sowicie nagradzana.
    Zdaniem Krzysztofa Wyszkowskiego, Okrągły Stół sprawił, że Jaruzelski i Kiszczak przestali być karani, a komunizm nie został uznany za system ludobójczy. Aktualne triumfy postkomunizmu i lewicowości na całym świecie, są pośrednim skutkiem działalności Solidarności przy Okrągłym Stole.
    Natomiast Andrzej Zybertowicz, zapytany o rzekome zwycięstwo nad komunizmem, odpowiedział: „Ale kto jest zwycięzcą? Kto wygrywa transformację? Należy obawiać się, że obóz zwycięski stanowią nieformalne układy powiązań polityczno – biznesowo – kryminalnych, które – użyję języka prof. Jadwigi Staniszkis – nie mogąc oficjalnie usankcjonować swoich wpływów, skutecznie działają na rzecz zachowania stanu państwa słabego, zanarchizowanego, niezdolnego do realizacji swoich zadań w zakresie infrastruktury oraz bezpieczeństwa. Mówienie o po prostu mafii lub korupcji nie sięga istoty rzeczy. Myślę, że sytuacja jest o wiele poważniejsza" . Wyrastające z powiązań władzy systemu komunistycznego, ale obejmujące całą sferę naszej sceny politycznej, nieformalne układy biznesowo – polityczno – kryminalne obezwładniają państwo. Mafia to organizm zewnętrzny wobec państwa usiłujący doń przeniknąć. Tymczasem nasze państwo jest sparaliżowane od wewnątrz. W dużym stopniu aparat państwa nie jest zdolny wykonywać swoich zadań konstytucyjnych. Inna rzecz, że konstytucję Polski z 1997 r. współtworzyli komuniści.
  

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież