Piotr Grygiel - Fokus fizjograficzny – magia czy irracjonalizm?

Wstęp
Nosić głowę wysoko to nie tylko lub nie dokładnie objaw cechy antropomorficznej. To nie tylko „pustogłowie" lub zadomowiony tik nerwowy. To coś więcej. U homo sapiens mieć oczy dookoła głowy to przysłowiowe wszechwidzenie, subspostrzegawczość, domena – marzenie owej głowy. Oczy człowieka są bodaj najważniejszym organem zmysłu postrzegania – wrotami dociekania rozumowego zjawisk nas otaczających, dotyczących także nas samych. Natomiast proces poznawania, rozumowania owych zjawisk, ze względu na spektrum doznań, fascynuje otwierając nieskończone możliwości poznawcze.
Piszącemu poezję przyjemnie jest w tym miejscu użyć określenia w rodzaju: „nosić głowę
w chmurach". To swoiste sacrum wyznaniowe. Jeśli głowa w nich, to jakby być i nie być. Zawisnąć w przestrzeni, być bytem nierealnym. W chmurach, co też nietrwałe
i nieprzewidywalne. Jakby dwa byty w nierzeczywistości. Natomiast tak naprawdę zatapiamy wzrok, lustrujemy, wodzimy, przenikamy itd. w przestrzeni zjawiska lub obiekty nad naszymi głowami. My zwykli śmiertelnicy. Chyba, że wystrzelą nas w kosmos lub polecimy statkiem powietrznym w obszar naszej penetracji. A wówczas to już  tylko moje wierszowe:

   Wizje stokrotne                    
   - fullereny niebiańskości                

 Moja starożytność to gulgająca niepokojem        
               wielka niebiańskość z rozrzuconą promieniście        
 koroną basilensa w potędze woni kadzideł        
              raczkującej dwoistości – kaprysu chwil        
         poczętych miechem wiatru                
             niedookreślona skrycie przeobrażona            
             stokrotnie pulsująca kolumnami rozświetlonych        
              sensów bezpiecznych wkad pod firmamentem        
              wyrastającej niepewności gdzie uparta strzyga        
                        zasiadła w katach powiek                
                          a suburbium pozbawiało stanów spoczynku        
        późniejsze zaś dotknięcie nieodległej            
       starożytności odmitologizowanej w pieluchach        
            wypranej miłości to już centrum gwieździstego        
             zbiegu ulic przygasających lampionów            
\                            - fullerenów mojej obecności                

Doza spektralna
Chmury są jedną z najpiękniejszych form spotykanych w przyrodzie. Od lat były obiektem zachwytu i fascynacji. Urzekały, wywoływały lęk i trwogę. Od wieków uznawano je za objaw łaski i niełaski. Stwórcy karzącego i nagradzającego ziemskich śmiertelników, a ich ulotne dostojeństwo, piękno, nieskończona zmienność, stawała się przedmiotem rozważań marzycieli i uczonych. Pod chmurami my, a nad nimi wyżej i wyżej to już tylko aniołowie, tajemna moc, i dociekania. Fizyczne  przenikanie tych warstw jest dane ciągle nielicznym, zwłaszcza wysokich form chmurowych, przekraczających warstwę tropopauzy, sięgających aż do granicy dolnej stratosfery, czyli wysokości blisko 20 km nad poziomem ziemi.
Czy nasz wzrok, w sensie doskonałości soczewkowej natury, sięga wyżej? Otóż, tak. Jednakże, zajmującym się zjawiskami pogody, wystarczy obserwacja „jądra" przestrzeni nad głową, tzn. stosunkowo cienkiej warstwy nadziemnej zwanej troposferą do jej granicy, czyli tropopauzy, mającej styk z obszerniejszą stratosferą (w niej znajduje się zbawienny dla życia ozon).
Oczywiście, przepowiadaczom pogody, do których zalicza się piszący niniejszą rozprawkę, by wyczerpać minimum błędu w diagnozie, potrzebna jest obszerna wiedza na dany temat.
W skład wiadomości wchodzą: przygotowanie teoretyczne zweryfikowane poprzez lata praktyki oraz pozytywna ocena wiedzy wydana przez uznane autorytety przedmiotu; w moim przypadku był to prof. dr Marian Molga, a także znany z poznańskiego radia „Merkury" dr M. Karliński. Obserwować  - trzeba wiedzieć co, kiedy, w jakiej kolejności, do czego przywiązywać większą lub mniejszą uwagę, hierarchizować zdarzenia, zapisywać, analizować, wnioskować i starać się tworzyć zjawiska wyprzedzające hipotetyczne (krótkoterminowe i w większej rozciągłości czasowej). A, że pogoda „kipi" nawet w okresie bezchmurnego, słonecznego dnia, wiedzą nie tylko znawcy przedmiotu. Ta świadomość winna przyświecać obserwatorom – przepowiadaczom. Pogoda na kuli ziemskiej to jeden zwarty, czyli powiązany ze sobą cykl – szyfr zmienności, na który to wpływ ma szereg zjawisk innych gatunkowo i odległościowo. Nie wystarczy tu obracanie głowy wokół wodząc oczyma, pomocne są akcesoria techniki wizualnej przedstawiające układy baryczne, także podstawowe dane – zmienne mające bezpośredni wpływ na ów wahliwy układ (proces dynamiczny – ciągły). W szerszym (pełniejszym) zakresie jest to introspekcja zachowania się zwierząt, roślin, etc. słowem – ekosystemu, szczególnie tych jego przedstawicieli będących w sposób szczególny podatnych na zmiany czynników pogodowych. Im więcej czynników składa się (szyfruje) nam na określoną „układankę" tym prawdopodobieństwo trafienia – przewidzenia pogody wyższe. Jednakże nie jest to warunek zasadniczy. Nie zgadzam się tu z tezą wypowiedzianą przez niektórych zawodowych meteorologów, że zrozumienie podstawowych mechanizmów rządzących pogodą wystarczy aby przewidzieć ją lokalnie. Mechanizmy lokalne i globalne bowiem wzajemnie się przenikają.
Chmury bezpośrednio odzwierciedlają dynamikę atmosfery, są wizualnym odbiciem różnorodności zawirowań konwekcyjnych będących wynikiem zmian ciśnień, wilgotności, temperatury, etc. Już w starożytności uważano je za symbol niepokoju i potęgi natury. Grecki komediopisarz Arystofanes w 420r. p.n.e. określił je jako „boginie mecenasa bezczynnych ludzi". Kobieca zmienność nastrojów przez wielu mężczyzn od wieków porównywana była do wielu czynników egzogennych. Podobieństwa do chmur, z wyjątkiem wysubtelniałych form, raczej unikano, częściej nadużywając słońca, jako ciepłego oddechu serca. Chmury jako twór wyjątkowej ulotności i niestałości zmieniają swój wygląd w każdej sekundzie. William Szekspir w Antoniuszu i Kleopatrze napisał: ich kształty ukazują się „tak niewyraźnie jak woda w wodzie".
W przeciwieństwie do innych zjawisk i obiektów przyrodniczych obawiano się sklasyfikowania ich i usystematyzowania. Stało się to dopiero w 1802 roku. Podjął się tego farmaceuta i meteorolog z zamiłowania, londyńczyk Luke Howard. Próbę tę uznano i opublikowano w 1803 roku. Klasyfikacja chmur odtąd znalazła się w zapisach oficjalnych. Z czasem ulegała korektom, poszerzeniom i uzupełnieniom zawsze w odniesieniu do języka łacińskiego. Klasyfikacja chmur przyjęta w 1939 roku przez Międzynarodową Organizację Meteorologiczną (IMO) to swoisty kod stanu (wyglądu) nieba. Natomiast ich objawiona bajeczność uwieczniona była i jest nadal, nie tylko jako składnik tła obrazów, lecz również w postaci głównej. Chmury – obiekty kształtują wyobraźnię, pamięć, choćby z racji owej ulotności i nieokreśloności, podkreślając nastrój, klimat i tendencje czasowe. Znamienitym przykładem jest arcydzieło „Droga Krzyżowa" Pietera Bruegela Starszego zwanego „Chłopskim" lub „Rubasznym" – obraz olejny namalowany na płótnie w 1564 roku. Sekwencja martwa, statyczna, a jakże urzekająca (obraz znajduje się w Kunsthistorisches Museum we Wiedniu) wpływająca niezwykle sugestywnie na naszą wyobraźnię, pamięć odtwórczą własnych doświadczeń, obserwacji, wprzęgając ów dramatyczny dla autora okres w nasze wyznanie prawdy o mowie obłoków. Dzisiaj wiemy pod jakim wrażeniem był współczesny reżyser Lech Majewski wpatrując się w to dzieło, stojąc przed nim jak zamurowany. Dzieło fascynuje i hipnotyzuje. Nie trzeba być krytykiem sztuki by dostrzec głębię stworzenia i z jego pozornego chaosu wyłaniać piękno ładu, cudownej harmonii, dźwięków intelektualnej satysfakcji i pobudzenia. Tak powstało kolejne dzieło, poświęcone obrazowi. Jest to książka pt. „Młyn i krzyż" napisana przez krytyka sztuki, eksperta malarstwa flamandzkiego Michaela Gibsona. Po latach, wspólnie ze wspomnianym L. Majewskim, napisali na podstawie tej książki scenariusz do filmu L. Majewskiego pod tym samym tytułem (film wykonany w technologii CGI oraz przestrzeni 3D). O wielkiej zmienności i niepowtarzalności składnika obrazu Bruegla – chmur świadczy sposób
i okoliczności ich nagrywania w naturze żywiołu. Otóż reżyser filmu niejako „łapał" je sekwencjami w „biegu" i niespodziewanie, np. aż w odległej Nowej Zelandii (wg niego tamte najlepiej wkomponowywały się do wyrazu tych na obrazie).
Tajemniczy, przepastny charakter otwartego dachu nad naszymi głowami dostarczał uniesień, pogłębiał wyobraźnie wielu twórcom sztuki nie tylko przy pomocy pędzla i farb, ale również
i tym z piórem w ręku. Pomimo szerszej wiedzy o niektórych fenomenach nieba, w tym chmur, trwa to do dzisiaj.
O chmurach pisał, m. in. niemiecki poeta i filozof przyrody J.W. Goethe, angielski poeta
i dramaturg Percy Shelley, nasz narodowy wieszcz Adam Mickiewicz. Któż nie pamięta „Dziadów". W jej części IV-ej („W zimie" – fragm.) czytamy:

                            „Burza w las wpada. Las lodem pobity        
I śnieżystemi obwisły kanary:            
Drzewa tak stare, twarde jak granity,        
Spokojnie wichru wytrzymują szały:        
                           Bo ich wierzchołek świstu nie powtórzy,    
                          Z ich głębi echo nie gada do burzy.        
              Wicher, wdarłszy się do cichego boru,        
              Po bryłach lodu i po śniegach puchu        
              Jak Napoleon biega bez oporu,            
              W końcu zdrętwiały, upada bez duchu.            

Przypomnę tu jeszcze, już niestety, nieco zapomnianą poetkę, prozaika, autorkę książek dla dzieci, tłumaczkę, przedwcześnie zmarłą, zacną Bronisławę Ostrowską. W wierszach symbolicznych również dotykała nieba, np. w wierszu pt. „Deszcz" (fragm..):

„Ktoś cucho płacze nad lasem:        
Na jasnem niebie deszcz pada…        
Nad blasku srebrzystym pasem        
Mknie chmur skrzydlatych gromada.    

Dobrze jest mieć dach nad głową. Jednakże taki, który swym gabarytem ogranicza naszą przestrzeń penetracji, ogranicza naszą wolność i swobodę wyboru. Któż z nas nie uciekał ku szerszej przestrzeni, pod gwiazdy. Źrebięce lata to często pozycja horyzontalna na tzw. łonie natury, czyli na trawie, ze źdźbłem w ustach i wolnymi myślami unoszonymi przez wiatr ku górze. W pochmurne dni myśli te przenikały tajemniczy woal rozciągnięty nad głową i jak w soczewce kumulowały zaciekawienie, fascynację w tajemną siłę związku. Pobudzało mnie to do dalszych obserwacji, rejestrowania poszczególnych zjawisk najpierw na karteczkach, kalendarzykach, wrzeszczcie w „specjalnych" notesach. W tak czynionych zapiskach,
w miarę ich przybywania, pojawiał się pewien bałagan, tym bardziej, ze wiedza na temat chmur nie była zgłębiona. Dobra pamięć i postępujące usystematyzowanie zapisanych obserwacji podpowiadały określone prawidłowości. Układały się one w pewien logiczny ciąg, jednakże powstające nowe rejestry zjawisk utrudniały osiągnięcie racjonalnej konkluzji. Ukończenie studiów przyrodniczych, w tym ukochanej meteorologii, przyśpieszyło proces zgłębiania jej tajników. Dziś podstarzała moja młodzieńcza „chmurna" miłość, tak jak mówi maksyma, nie starzeje się dla owej zasady. Natomiast, a graniczy to z pewnością, w procesie dalszego poznawania i prognozowania, nabiera posmaku artyzmu i animuszu. Dzisiaj są to dziesiątki lat zdobytej w ten sposób wiedzy; przeze mnie wykonywane analizy pozwalają samodzielnie przeprowadzić symulacje, prawdopodobieństwa, cykle odniesieniowe otwarte, zamknięte itp. w nieustawicznej zmienności materii w odniesieniu, tak do zjawisk meteorologicznych, jak i całego spektrum przyrodniczego. Nie wyłączając tych odleglejszych, niezwykle istotnych tzn. przestrzeni pozaziemskiej, szczególnie
w odniesieniach przybliżeń czasowych.

W okowach pasji, naprzeciw entropii i epistemologii z transcendentnym modułem
Poszukiwanie prawdy piękna, ładu, harmonii o nas samych, otoczeniu, wszechświecie, zajmuje ludzkość od jej zarania. W miarę rozwoju psychosomatycznego na bazie danych stawiano nowe pytania, wyznaczano cele i metody dociekania. Amatorszczyzna choć wprzęga się w cele poznawcze, sama w swej istocie niczego nie odkryje. Koherentność działań wymaga coraz wyższego profesjonalizmu, upartości z udziałem środków egzogenicznych. Jest tu głębia poznawalności zdarzeń – faktów, dzięki temu możliwa jest nauka a przez to rozumne piękno ładu odkrywanego w pozornym zdawałoby się chaosie. Osoby posługujące się poznawaniem poprzez prawa fizyko – matematyczne często w dalszych doświadczeniach – obserwacjach nagradzane są zdumieniem objawionych nowych faktów i zjawisk. Wielokroć sama nauka samo ogranicza się w swej zdolności wyjaśniania i jednoznacznego rozumowego przeniknięcia. Owa zmienność form jest jakby z przyrodzenia. Dotykamy tu procesu
o wyjątkowej złożoności i spontaniczności zwanego ewolucją, w którym cechy wykształcone w określonym celu mogą posłużyć do zupełnie innego wytworu tworząc dodatkowe wyzwania do dalszego wysiłku w poznawaniu środowiska życiowego. Nazywamy to „przypadkiem" w pracy, tzn. wydarza się coś innego od spodziewanego lub coś zamiast czegoś innego, często spontanicznie wbrew ustalonego porządku. To nowe jakby potwierdzenie chaosu – konstelacja sytuacyjna. Porządek i chaos w jednym współistniejącym w zgodzie. Jest to charakter procesu kosmicznego – natury rzeczy. Dotykamy tu korzeni prawdy Absolutu: płodności i wolności, a więc życia i świadomości. Pokonywanie kolejnych dróg doświadczeń poszerza świadomość, a także fizycznie zafalowuje wyobraźnią owulując metafizycznie. Dziś wiem, że chwilowy brak teorii w pełni tłumaczący jakiś stan rzeczy nie upoważnia do negowania doświadczonej rzeczywistości zjawisk. To mocno umacnia
w przekonaniu by czynić dalej, doświadczać, obserwować roztropnie i uporczywie. Rejestruj
i wyciągaj wnioski. Porównuj i wychwytuj rozbieżności od ustalonych reguł programowych. Jest to fundamentalna strategia przejścia od doświadczenia do zrozumienia. Stawiania pytań prób odpowiedzi na to co dla nas istotne. Poszukiwanie racji dostatecznej i całościowego zrozumienia strumienia zdarzeń, które zachodzą wokół, rodzi nieustannie dążenie „głów tęgich" do wzięcia w ramy uporządkowujące fakty. Jednakże, jak wielu doświadczyło, nie wystarczy owe oko, jest jeszcze coś, co określamy jako moc, wymykającą się z pod kontroli, nazywaną metafizyczną właściwością.
Cztery atrybuty zrozumienia prowadzące do zawnioskowania to: przekonanie, skonfrontowanie, opracowanie pojęciowe i uogólnienie. Przy tak bogatej, wielowątkowej scenerii naszej obserwacji ograniczając się tylko do nauki meteorologii, dochodzenie do przekonania a priori, co będzie i co ma być, pozostanie zawsze w sferze prawdopodobieństwa nawet jeśli „ochrzczone" zostanie sensowną interpretacją. Własne dociekania, wzbogacone innymi obserwacjami, to prawdopodobieństwo zwielokrotniają, gdyż sam może poznać
i opisać niewiele. Cierpliwy, zrównoważony obserwator staje się mędrcem, dostrzega własne ograniczenia i w zaśpiewie „mędrcy świata – monarchowie" czynnie uczestniczy. Tworząc własną niszę mikrokosmosu usiłuje pojąć obraz makrokosmiczny. To samowyznanie wcale nie przeszkadza istnieć i działać dalej, wręcz odwrotnie, rozumność swą wprzęga
w rozumność zewnętrzną, bo przecież sam składa się z tych samych cząstek ( z kwarków, gluonów i elektronów) co otaczający go wszechświat. W moim wierszu:

Lapidarium transgeniczne
                
   Ażeby być kamieniem, najlepiej granitowym,    
          Trzeba wpierw drzewem stać się dębowym        
  a jeszcze wcześniej magmą przestrzeni, rozdarciem
   chwil, komórką, co je w życie przemieni,        
          chaosem znaków, pytań bez końca            
          słońca promieni.                    

   W tej przemienności ruch kwarków, gluonów    
   w formy nieziemskie często przerasta, z pyłu    
   gleb – ziarno, z mąki do ciasta, z głodu do życia    
                               wolnych atomów – łez samotności            
          w twardej materii bytach.                

  Więc, jeśli w gęstym lesie stłoczeni, ty dębem    
   będziesz, ja głazem granitowym,            
   zaśpiewa – ci on starą piosenkę nowym        
   refrenem quasi – komórkowym.            

        O wiarołomnej miłości przestrzeni, tysiącach    
  pylących pyłków, ziarenkach gwiazd, fazach,    
  gazów stanach przemienności względnych        
           pod jedną płytą                    
         rosą poranną odświeżanych.                

Ambiwalentność: intuicja, czy jasnowidzenie…?
Pomimo istnienia żelaznych zasad i formuł określających przedmiot obserwatorowi niezbędna jest szczególnie cecha. To intuicja. Ułatwiona poznawanie i przewidywanie. Jest to swoista odwaga, immanentna – cecha osobowościowa, nie każdemu równo dana i objawiona. Tworzy ona wartość dodaną uzupełniającą. Podwyższa wartość przewidywania o trafność diagnozy.
Dla wielu zrozumienie świata jest tak oczywiste, że prawie go nie zauważa. Dla innych głód poznawania jest wyzwaniem, a zaspokaja się go różnie: czasami teologicznie, innym razem surrealistycznie. Prekursorem tego drugiego był m.in. w malarstwie wspominany P. Bruegel, z bardziej znanych S. Dali,M. Duchamp, J. Mirň, w filmie – L. Buňnel.
Moja wieloletnia obserwacja pogody to nic innego jak zajmowanie się wycinkiem szerokiej kosmologii czy biologii w pojęciu ewolucyjnym i tak, jak, i one zależne są od wielu innych dziedzin wiedzy, takich, jak np. fizyka, chemia, genetyka itd. Znajomość określonych praw różnych gałęzi nauki pozwala znaleźć odpowiedź na stawiane pytania. Cykliczność zdarzeń,
a szczególnie zdarzenia „niespodzianki", wymuszają coraz to nowe dociekania i gorączkowe poszukiwania odpowiedzi, dlaczego? Wiedzą o tym naukowcy, dostarczając w miarę nowych doświadczeń, sensowną odpowiedź, chociaż istnieją granice poznawalności o czym sami zdają sobie z tego sprawę. Z powyższego można wysnuć wniosek, ze nie jest łatwa interpretacja danego zjawiska, a tym bardziej jego projektowanie wyprzedzające w postaci prognozowania. Praca polega na swoistym przesiewaniu oczywistości tego co wiemy, a co jest istotne i znaczące od tego, co należy pominąć, bądź jest przypadkowe, niepewne. Warsztat mojego prognozowania pogody to w skrócie: analiza – dowody razy wyobraźnia – intuicja.
Warsztat ten jest wynikiem owej niestabilności złożonych układów dynamicznych powodujących określone zawirowania – przypadkowości, wykraczające poza naszą wiedzę na dany temat. Jednakże świadomość, że chaos i porządek są komplementarne, nie poddane mechanizmowi zegara a wynikające z tego współdziałanie to świat zamazanych granic wzajemnego przenikania i oddziaływania prowadzącego do względnej równowagi, czyni pewną ostrożność w przewidywaniu dalszych zdarzeń. W tym pozornym chaosie jest metoda przewidywalności. Zdarzenie jedno wymusza drugie, jakkolwiek kompensacja jest tu ograniczona, a komplementarność czasami zawodzi. Każdy nietypowy przepływ zdarzeń jest wynikiem procesu niepoukładania, szukania systemem wyższego nad ten, który jest wadliwy. Jest to zjawisko zwane anomalią ( w genetyce – mutacją). To jednak ciągle ten sam, odwieczny proces ewolucyjny, proces twórczy. Od Wielkiego Wybuchu trwa nieprzerwanie, jak naukowcy obliczyli, od 14 miliardów lat. Wobec tego czym są nasze nieodległe czasowo próby pojmowania tej perspektywy i odważnego przewidywania co ma nastąpić. Ten nieustanny taniec form istot w strukturach statycznych i giętkość ruchu wyzwala nieświadomą postać zrozumienia zwaną intuicją. Problemu nie można rozgryźć, pozostawiamy go
w spokoju, choć zalega w nieświadomości, gdy niespodziewanie po tzw. odleżeniu wybucha – eureką. Są to olśnienia, bonusy nieprzewidywalności. Sprawa jest na tyle interesujaca, iż matematycy nie negują znaczenia intuicji jako źródła w matematycznych badaniach idei nieskończoności. W wierszu wspomnianej Br. Ostrowskiej pt. „Co wy wiecie":

„ Co wy wiecie, co wy wiecie, drzewa,        
O jesieni – w krew i złoto strojne,-            
Że stoicie w czas skonu spokojnie,            
A liść złoty wasz o słońcu śpiewa,            
W mrok się sypiąc jak złota ulewa?            

Co my wiemy? My nadziei gońce,            
W jakiej wiedzy złotej stoim chwale?        
Mroku niema, śmierci niema wcale!        
Na ciemności zimowej bezkońce            
W siebie wzielim, w sobie mamy słońce.        


Gdybyśmy mogli ( w skali makro) poznać istotę kształtu wszechświata znając, jak nam się wydaje, w zarysie jego historię, z pewnością tak małe zjawiska jak pogoda (skala mikro), nie sprawiałyby nam problemów rozpoznawalności. I tu, i tu ( w odpowiedniej skali) działają siły w stanie względnej równowagi. Nie wiemy nic o ich przewadze. Wiemy jednak, że są to potężne dwie siły: siła ekspansji Wielkiego Wybuchu i siła odwrotna – siła grawitacji. Mocowanie się tych sił trwa. Nowe badania sugerują, iż ta pierwsza przeważa i wszechświat „puchnie" – galaktyki się oddalają, co w fizyce i kosmologii oznacza degradację    materii nuklearnej, spodziewaną degradację czarnych dziur; świat zakończy swój żywot przechodząc w formę śmierci cieplnej. W przypadku odwrotnym, gdyby przeważyła siła grawitacji, po wielu miliardach lat nastąpiłoby Wielkie Zgniecenie i świat zapadnie się w siebie. Obie perspektywy nie są zachęcające. Za to są przyczynkiem do Wielkiej Spekulacji.
W moim wierszu pt. „Z bumerangiem entropii":

             1.
po cóż wytaczać armaty na przednie pozycje    
by cedzone słów potoki świstem głuszyły        
dudniące echo galaktyki?                
tu ucho przyłóż wchłaniając sekundy świadomości    
a z chaosu dezinformacji wyławiaj powracający    
refren zatraconego rytmu bezsensu trwania        
dbając o równowagę swojej alegorii            
codziennych czynności choć dzień jest własnością    
słońca a dzień i noc awerso – rewersem wyrzutu    
ziemi w przestrzeni Lamia – mackach        
mocarnej reinkarnacji.                

                   2.
po cóż budować tory do nieba dla dusz        
tańczących bolero lub sambę?            
i tak z walcem impetu odbić trampoliny        
energetycznej materii wędrować będą po łukach    
niebiańskich miłości eksplodujących        
i pochłaniających.                
przeto nie pytaj dlaczego czynię ślady skupienia    
pod wersem nicości – pokarmu wiatrów poczęcia    
przyszłej supernowej.                    

Powracając do naszej skali mikro – ziemskiej pogody, do Małych Spekulacyjek; na często zadawane pytania, objawiające troskę, czy nasz obecny klimat ulega degradacji (anomalii), ociepla się, czy ochładza w sposób niekontrolowany, meteorologowie gorączkowo gromadzą dane by dać maksymalnie obiektywną odpowiedź. Moje obserwacje zarejestrowane na przestrzeni kilkudziesięciu lat z terenu zachodnio – środkowych Kaszub oraz wcześniejsze, którymi dysponuję (PIHM – Słupsk), również dotyczące tych obszarów, wskazują na tendencję do coraz łagodniejszych zim, następują systematyczne przesunięcia ustalonych latami granic czasowych rozpoczęcia i zakończenia pór roku. Zanikają okresy przejściowe tych pór. Pojawia się coraz częstszy fenomen ( w oparciu o astronomiczny kalendarz) fenologiczny. Zakłócenia rozwojowe są wyraźne, jednakże, póki co, nie można popadać w panikę, gdyż nie widzę dramatycznych zagrożeń w dostosowaniu się świata ożywionego do owych zmian rytmu. Zbierając dane z obserwacji zerkam na wcześniejsze zestawienia
z okresów porównywalnych, wieloletnich.
Wnioski na przyszłość nie są zbyt budujące. Zachwianie równowagi jest wyraźne. Niemniej, określone prawidłowości są zachowane, pewna powtarzalność okresowa, pomimo tendencji zanikowej, istnieje. W prognozowaniu jest to wartość pomocnicza. Groźne zjawiska jakimi są burze atmosferyczne, tak o zasięgu lokalnym, jak i frontowym nadal „chadzają" swoimi drogami, zwanymi od lat liniami lub torami burzowymi, często z gradem, huraganem
i ulewami. Novum są pojawiające się ostatnio coraz częściej silne wiry powietrza sięgające powierzchni ziemi, towarzyszące komórkom burzowym, swą siłą przypominające amerykańskie tornada. Charakterystyczne jest to, ze występują one na wspomnianych ustalonych od dawna szlakach burz silnych zwanych gradowymi.
    Prognozowanie pogody najczęściej odnoszę do terenu mego miejsca zamieszkania, tu gdzie zjawiska te rejestruję. Od kilku lat moją prognozę na kolejne tygodnie drukuje miejscowy oddział dziennika (gazeta ogólnopolska). W odniesieniu do Pomorza – cyklicznie oddział wojewódzki gazety (są to prognozy na dłuższy okres), sporadycznie miejscowe radio. Debiutowałem również na antenie ogólnopolskiej – w radiowej „3"- ce. Obecnie „uruchamiam" gruby plik materiałów – zapisanych przez okres wielu lat moich obserwacji, często ciekawostek ze świata przyrody, jako źródła do napisania książki o mikroklimacie zachodnio – środkowych Kaszub. Nadal utrzymuję pomocne, dobre kontakty z miejscowymi leśnikami, myśliwymi, rolnikami oraz ludźmi mającymi coś więcej do powiedzenia
o otaczającym nas świecie przyrody. Korespondencyjnie miałem również kontakt ze znanym z Polskiego Radia, niestety, już nieżyjącym śp. Andrzejem Zalewskim, który tak barwnie przez okres szeregu lat opowiadał nam o pogodzie, a który też tutejsze tereny odwiedzał dzieląc się z innymi swoim bogatym życiem. Wspomnę też również niedawno zmarłego śp. Michała Sumińskiego – pasjonata przyrody i krajobrazu, którego tu miałem przyjemność zaprosić na spotkanie z młodzieżą.

Uwagi końcowe
Ludzie odchodzą, świat kręci się dalej. Istotna jest ciągłość i wiara w to co robimy. Dla siebie i dla porządku publicznego. Jeśli to czynimy umiejętnie, z nie przymuszonej woli, tym bardziej powinniśmy to czynić.
Moja działalność w tym zakresie jest niekomercyjna. Satysfakcję dają mi oklaski na odbywanych spotkaniach z ludźmi, kiedy w wymiarze długofalowym w ten sposób osoby te potwierdzają trafność mego prognozowania. Ponadto telefonują, wypytują przy każdej okazji.
Ciągłość to również zastępy młodych, uzdolnionych, ukierunkowanych przedmiotowo osób. Jak wiem, jest ich sporo. Pojawiają się nowe roczniki pogodowców – przyrodników. To cieszy. Jeśli przeczytają niniejszą rozprawkę o mojej niewyczerpanej – na szczęście ( w przeciwieństwie mojego fizis) pasji „chmurnego" tworzenia, sami osiągną zdolność tzw. „nosa", wcześniej zaopatrując się w warsztat metodologiczny i techniczny, dzisiaj łatwy do zdobycia. Reszta jest milczeniem, a na odbiorze tylko czuwanie.
Zakończę urywkiem z noweli Juliana Ejsmonda pt. „Cud słońca":

„ – Regium tibi nomen damus et honorem…Dajemy Ci, bracie królewskie imię i godność, i czynimy Cię od dnia dzisiejszego sojusznikiem Rzymskiego Imperium i przyjacielem cesarskiego majestatu"…
To mówiąc zdjętą z głowy swej koronę włożył na głowę książęcia. Poczem zawołał:
 „Niech żyje król polski, Bolesław!"
Gdy zaś obecni okrzyk ten radośnie podchwycili Cesarz dodał: -
„Zaś natarczy Twej, bracie, i na twarzy Twojego królestwa umieść orła
białego, który dziś ku zwycięstwu wzbił się w słońce…Albowiem korony miną i królestwa miną, orły zaś będą zawsze śmiało ulatać ku błękitom prosto w słońce"…

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora