Ariana Nagórska - Nisza Koziorożca - Szkolne kawały, poezja i sport

U progu wakacji, kilka dni przed rozpoczęciem EURO 2012, w rozgłośni radiowej ogłoszono konkurs na wspominanie kawałów z lat szkolnych. Nagrody były kuszące - wejściówki na prestiżowe mecze. Szczęśliwym trafem na antenie prowadził ten konkurs niezły humorysta, organizator licznych happeningów - dlatego też nagrodził kawały niestereotypowe, świadczące o wyobraźni i inteligencji kawalarzy, czyli o cechach, które również w poezji cenię ponad wszystko. Radiowa audycja oczywiście poezji nie dotyczyła (bo któż by wtedy jej słuchał?), ale zbieżności ze strategiami poezjowania postaram się wskazać. Do radia napływała wielka masa telefonów i esemesów rejestrujących szkolne dowcipy. To zupełnie tak, jak z wierszami napływającymi na konkursy - jest ich mnóstwo. Większość jednak niczym nie zaskakuje ani się nie wyróżnia - jest znaną od lat SZTAMPĄ. Wspominane kawały szkolne też w większości były typowe: zasmrodzenie klasy chemikaliami, uruchomienie gaśnicy, wrzucanie dziewczy-nom robaków do teczek i za kołnierze, żaba w torebce dyrektorki szkoły itp. Nawet wprowadzenie krowy do sali gimnastycznej zbytnio mnie nie zdziwiło, bo z informacji wynikało, że drzwi tej sali były blisko pastwiska, czyli (tak jak w przeciętnej poezji) usiłowano szokować po najmniejszej linii oporu, bez szczególnych pomysłów, korzystając z tego, co trafia się w zasięgu wzroku.
Nieco wyższą szkołę kawalarskiej jazdy zaprezentowali autorzy dowcipu niby prymitywnego, ale za to inteligentnie wykorzystującego umiarkowaną bystrość określonej nauczycielki. Otóż uczniowie ci, chcąc uniknąć lekcji, kładli tej nauczycielce na biurko cegłę. Wiedzieli oni doskonale, że z mądrzejszymi nauczycielami ten numer nie przejdzie, bo po prostu cegłę wyrzucą i przystąpią do zajęć. Tymczasem ta jedna nauczycielka obojętnie obok tej cegły nigdy przejść nie mogła. Najpierw marnowała czas lekcji na wyrażanie oburzenia i wygłaszanie pouczeń, a następnie przystępowała do drobiazgowych przesłuchań, które i tak nigdy nie doprowadziły do zdemaskowania winnych. Kawał powtarzano wiele razy, bo za każdym razem nieodmiennie dawała się wpuszczać w maliny. Przypomina mi to pewnego krytyka z czasów PRL, który ma mój debiutancki tomik reagował tak, jak owa śmieszna nauczycielka na cegłę. Pienił się, miotał, oburzał, usiłując dociec, kto stoi za tym, że książka ukazała się drukiem. Zawsze miałam w zanadrzu jego pełną ortograficznych błędów recenzję i dla reklamy z premedytacją pokazywałam ją osobom, co do których byłam pewna, że błędów nie zauważą nie zwątpią więc w kompetencje krytyka, zapamiętają natomiast treść sugerującą że książka jest zbiorem obscenicznych ^wierszydełek godnych zapisu jedynie na ścianach toalet". Po raz pierwszy w życiu niektórzy wydawali więc pieniądze na tomik, a następnie klęli recenzenta: „- Skąd ten zboczony dziad uroił sobie świństwa, których nie ma w tej książce ani na lekarstwo! Nic z niej, kurde, normalny człowiek nie zrozumie, ani to ab śmiechu, ani do płaczu. Same wariactwa ".
Jeśli chodzi o tzw. „wariactwa", nie od dziś wiadomo, że treści odlotowe i kawały absurdalne są najlepszym testem na inteligencję. Nigdy nie łudzę się, że ktoś, kto takich przekazów „nie może załapać", będzie błyskotliwym czytelnikiem, interpretatorem lub autorem poezji. Prawdę mówiąc, nie będzie ciekawy pod żadnym względem i najlepiej go ominąć. W czasach szkolnych testowałam bystrość otoczenia za pomocą dwóch krótkich kawałów-dialogów, toczących się w placówce sprzedającej płyty i książki. Puenta pierwszego była łopatologiczna, rozśmieszała więc wszystkich:
Czy jest „Pan Tadeusz"?
Chwilowo nie ma, bo wyszedł na śniadanie.
Jednak puenta drugiego dialogu dla wielu była już niepojęta:
Czy są płyty Chyły?
Nie ma.
A były?
Też nie ma!
Zapewniam, że znajomość lub nieznajomość piosenek Chyły nie ma tu najmniejszego znaczenia dla percepcji, a żadne tłumaczenia i wyjaśnienia nie spowodują by ktoś, kto nie rozumie, co w tym dialogu jest śmiesznego, zdołał dostąpić iluminacji. Bariera jest nie do przebycia! W radiowych wspomnieniach szkolnych dowcipów też znalazł się absurdalny, który zyskał uznanie prowadzącego audycję. Do autobusu wsiadał chłopak, podchodził do kasownika, stukał w niego i głośno mówił do biletowego otworu:
- Poproszą gazetę i gumę do żucia! Oczywiście wszyscy patrzyli na niego jak na świra, ale prawdziwe skołowanie ujawniali dopiero wtedy, gdy na najbliższym przystanku wsiadał inny chłopak, wołając: - Kto z państwa zamawiał gazetą i gumą do żucia? Pasażerowie autobusu na pewno mieli takie miny, jak standardowi bywalcy „wzruszających" poetyckich spotkań przy obowiązkowych świecach, gdy znienacka trafią na poezję z gruntu nietypową i na dodatek prezentowaną bez (ponoć) „nastrojowego" zaciemnienia sali.
Jeśli chodzi o laureata radiowego konkursu, słusznie wygrał szkolny dowcip zbiorowy o cechach happeningu, wielce też moim zdaniem pouczający. Grupa uczniów, którzy sami określali się jako zupełne antytalenty piłkarskie, stworzyła w szkole drużynę futbolową, by w związku z planowanym meczem międzyszkolnym uniknąć lekcji. Szybko dowiedzieli się, że ich przeciwnikiem ma być drużyna, która znacznie lepszym od nich zawodnikom nastrzelała aż 18 goli, sama nie tracąc żadnej bramki. Kiedy doszło do zawodów, nasi desperaci grzecznie wyszli na boisko, ukłonili się przeciwnikom i publiczności, wymienili proporczyki i gdy tylko sędzia odgwizdał początek meczu, całą drużyną uciekli do szatni i się tam zabarykadowali. Oczywiście przegrali walkowerem, ale dało to im zaszczytne miejsce przedostatnie, bo ostatnie zajęła inna drużyna, którą w końcu sprowadzono, by mecz mógł się odbyć. Namęczyli się biedacy na boisku, a efekt był gorszy niż w wypadku tych, którzy uciekli z meczu! Naturalnie i tu nasuwa mi się analogia z pewną publiczną prezentacją literacką. Przed laty w moim liceum zorganizowano spotkanie autorskie dla sześciorga piszących wiersze uczniów. Jak to u nastolatków bywa, pięcioro natychmiast poczuło się gwiazdami, szósty jednak przeprosił publiczność, stanowczo odmawiając prezentacji z tej przyczyny, że nie uważa się za poetę tak świetnego jak pozostali. Następnie też uciekł, choć nie był to sprint, bo poeci (nawet skromni) z wysportowania na ogół nie słyną. Jednak efekt był taki, że przez całe spotkanie autorskie wszyscy myśleli tylko o tym uciekinierze. Co by było, gdyby jednak swe wiersze zaprezentował? A nuż byłby lepszy od tych pewniaków? Czy go przypadkiem ktoś z zawiści nie szykanował i nie zniechęcił? Może trzeba z nim szczególnie popracować, by uwierzył w siebie? Ja też przyznaję, że choć ponad 40 lat minęło od tamtego wydarzenia, nieraz się zastanawiam, jakie też wiersze ten kolega ukrywał? Bardzo możliwe, że były to bzdury, ale nikt ich nie poznał, a tajemnica ma to do siebie, że zawsze fascynuje, nawet po latach.
Z niezwykle modnym dziś powiedzonkiem, że „nieobecni nie mają racji", nie zgadzałam się nigdy, prawdopodobnie dlatego, że wszędzie dookoła widuję właśnie niemających racji, ale obecnych! Obecny - może też znaczyć chwilowy, tymczasowy, doraźny itp. Często funkcjonuje też zbitka językowa, znany i ceniony", gdy tymczasem coraz więcej jest osób znanych, ale niekoniecznie cenionych (najlepszym przykładem są tu całkiem liczni politycy, a w bardziej kameralnych i ambitnych „twórczo" środowiskach natrętnie produkujący się grafomani). Niejeden pcha się wszędzie, a tymczasem lepiej by na tym wyszedł, gdyby choć raz wycofał się, odmówił lub nawet uciekł. Zwłaszcza bez żadnych talentów można na takiej strategii tylko zyskać. Właśnie tak, jak ci niezdolni piłkarsko uczniowie, którzy za humor, samokrytycyzm, dystans do siebie i ucieczkę z zawodów, nawet po latach wygrali wejściówki na mecze EURO 2012, o które bezskutecznie walczyły całe rzesze osób traktujących swe sportowe kompetencje ze śmiertelną powagą!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora