Józef Janczewski - W pracowni zegarmistrzowskiej

Noc sprzyja skupieniu, więc
siedzę pośrodku zegarków –
cudzych dowodów osobistych.
Tu jest moja osobność, lecz
w żadnym przypadku samotność.
Biją godziny, świergot sekund
jak szum wody w fonntannie

Przykuła! wczoraj do naprawy
przedwojenny stojący zegar z
dziurą w skroni po zbłąkanej kuli.
Tu w tyglu ziemi szamocze się otchłań.
Skrępowani czasem znów będą szukać
sensu i ciągłości.

Dwiema nogami wsparty o ziemię,
Iową w chmurach wiedzy,
wskrzeszam tętniące chwile,
w zegarkach nadsłuchuję śmierci.
Jeszcze w tym puste oczodoły,
jeszcze niedomaga
cierpliwy stróż-towarzysz.
Wnet Hiob ożyje w jego wnętrzu,
a raz rzucony kamień
będzie spadać w ciemności lęk.

A ty mój stary przyjacielu Sokratesie
wiesz, że nic nie wiesz - stoiku, lecz ja
nie cofnę wskazówek, gdy mrą godziny,
bo w ogniu gwiazd tkwi kromka nocy.
W mojej klepsydrze szept piasku
własnej krwi. Pulsuje kotwica,
balansuje serce, choć kosa księżyca
tkwi oparta o ścianę.

Ile jeszcze chlebów dni jeszcze
do Przylądka Nadziei?

festina lente
darowany mi czasie.
Wyróżnienie