• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ariana Nagórska - Uroki gościnności

    Urok niekoniecznie oznacza coś wspaniałego. Ludowa tradycja zna różne sposoby odczyniania głównie złych uroków!
              Nastał czas ogólnonarodowego grillowania, biesiadowania, spotkań ogródkowych, działkowych, plenerowych, balkonowych i ...„salonowych" z braku sprzyjającej aury. Te „salonowe" często powodują rozdwojenie jaźni u posiadaczy „salonów". Ostatecznie po to urządza się „salony", by jak najwięcej osób mogło je podziwiać i zazdrościć. Z drugiej strony jednak im więcej osób przewinie się przez wypasiony „salon", tym większa jego dewastacja. Kategoryczny zakaz palenia tytoniu w „salonie" wcale sprawy nie załatwia. Prawdziwy pan z panów każe wprawdzie zaproszonym pozostawić obuwie przed drzwiami posesji (a w bloku na klatce schodowej), ale nawet goście puszczeni do „salonu" w skarpetkach potrafią w nim  napaskudzić. Satysfakcję gospodarza obniża też fakt, że po niektórych gościach zupełnie nie widać, by wystawności i pompy zazdrościli. Są tak bezczelnie nonszalanccy, że nawet nie wysilą się, by szczerą zazdrość udawać.
              Stół stanowi z reguły odrębny problem. W naszym nowobogackim kapitalizmie najczęściej jest „rodowym zabytkiem", czyli wytaszczoną gdzieś z rupieciarni landarą o rozmiarach armatniej lawety. Gospodarz-dzikus natychmiast informuje gości o tym, że jeść będą na dziele sztuki, należy więc uważać, bo np. gorące szklanki, ocet, wszelkie sole i alkohole mogą pozostawić trwały ślad na bezcennym blacie. Nigdy nie mogłam wyjść z podziwu, jak całe pokolenia chamskich przodków gospodarzy jadły przy takim stole, nie pozostawiwszy na wrażliwym blacie żadnej skazy! –  „Nie przy nim jedli, tylko POD NIM! Dopiero z nastaniem komuny ukradli go z jakiegoś dworku albo w kapitalizmie od złodziei wycyganili" – poinformował mnie rzeczowo zagorzały wielbiciel współczesnych z dziada panów. Tak czy owak, jeśli zlokalizujesz, gościu, pod obrusem jakieś polakierowane lub zabejcowane wiekowe dechy, pilnuj się, byś nie uszkodził „zabytku" dokumentującego chlubne dzieje zapraszającej cię dynastii.
              Piękne staropolskie porzekadło „Gość w dom, Bóg w dom" chamstwo dawno już przerobiło na „Gość w dom, złość w dom", ale na tym nie koniec, bo coraz częściej słychać typowo lumpiarską „sentencję": „Gość jak ryba, na drugi (trzeci) dzień śmierdzi". Znając gościnność niektórych nie wątpię, że gość (nawet przez nich zapraszany) cuchnie im już pierwszego dnia, od razu po przyjściu, jednak porównanie do smakowitej początkowo ryby zupełnie by tu nie pasowało, a na razie (do czasu!) jeszcze „salonowcom" nie uchodzi porównywać gości np. do odchodów.
              Zawsze byłam zwolenniczką odpłacania pięknym za nadobne, z przyjemnością więc odnotowuję, że goście też mają swoje sposoby brania odwetu na gospodarzach. Na przykład tańczą akurat wtedy, gdy zapraszający pragnie rozpocząć narzekanie, ile szmalu na nich wydał lub próbuje wygłosić peany na temat swej doskonałej (czasem tylko w jego mniemaniu) kuchni. W kręgach literackich wiadomo, że gospodarz na ogół zechce zaprezentować płody swego pióra. Wtedy goście śpiewają chórem wszystkie możliwe piosenki biesiadne lub przez wiele godzin opowiadają znane wszystkim kawały. Jeśli znajdzie się wśród nich tak zwana dusza towarzystwa, sama śpiewa, tańczy, opowiada kawały i deklamuje swe
    utwory – nikogo do głosu nie dopuszczając. Pożytek z tego taki, że nikt się nie zakrztusi, jedząc i pijąc w milczeniu, a gospodarz może spokojnie obliczać, ile stracił.
              Ponieważ najbardziej interesują mnie obserwacje przemian społecznych, spieszę poinformować, że epoka „dusz towarzystwa" i objedzonych smakołykami, autentycznie rozbawionych gości powoli odchodzi do lamusa. WKRACZAMY W CZASY TERRORYSTYCZNYCH RZĄDÓW GOSPODARZY IMPREZ. „Jestem we własnym mieszkaniu i będę robić to, co mi się podoba!" – mówi np. dama świado-
    mie zapraszająca gości nieznoszących głośnej muzyki i natychmiast po ich przyjściu włączająca swe piekielne machiny na cały regulator. Inna wszystkie potrawy przyrządza na słodko: ryby, grzyby, jaja, sałatki, mięso – istny lukier! Goście więc z tęsknotą dopytują o zwykły chleb i dużo gorzkiej herbaty, ale chleba, niestety, nie ma, a herbatę podaje się „modnie", czyli głupio, w maleńkich naparstkach, dopiero po zapchaniu się gości słodyczami mięsno-warzywno-rybnymi, ewentualnie bigosem o smaku czekolady. – „Herbatka będzie później, a chleb uważam za zbędny, bo oprócz tego, co na stole, jest jeszcze pełna lodówka! Wiem, że na słodko wam nie smakuje, ale ja tylko tak lubię, a przecież jesteście u mnie".
              Coraz częściej gości zaprasza się po to, by nimi komenderować, pouczać, rozstawiać po kątach lub wykorzystać przy okazji do prywatnych celów (np. pożyczania pieniędzy, wrobienia w załatwianie jakiejś sprawy, zaprezentowania im na siłę talentów własnych lub, co gorsza, geniuszu dzieci albo wnuków). Spotkałam się też z sytuacjami prowokowania przy stole konfliktów rodzinnych i inicjowania kłótni po to, by goście spoza rodziny chcąc nie chcąc byli świadkami rozróby i stronnikami osoby, która ich zaprosiła. Sytuacja jest szczególnie niezręczna, gdy z wszystkimi stronami sporu żyje się w zgodzie. Bezstronnego każdy chce dla swych racji pozyskać, ale wygrywa tylko ten, kto nie stanie po niczyjej stronie. To jemu przypadnie w udziale godzinami pocieszać przy kielichu inicjatora kłótni, płaczącego i narzekającego, że wszyscy już jego gościnne progi opuścili.
              Kiedyś istniały całkiem liczne poradniki zachowania się przy stole. KONWERSACJA była podstawowym wymogiem dobrego wychowania. W jakiejś mgliście przeze mnie pamiętanej satyrze staropolskiej wyśmiewano się np. z tępego milczka, co to „siadł za stół" i „patrzy w niego jako wół". Ktoś, kto się w ogóle nie odzywa, raczej nigdy nie bywał mile widzianym gościem. Jednak w naszych popapranych czasach jest zupełnie inaczej, co oczywiście wiąże się z sygnalizowanym już rozkwitem terroryzmu gospodarzy wobec gości. To gospodarz chce się nagadać, a gość ma siedzieć cicho i w skupieniu słuchać! Znam niemało takich gospodarzy płci obojga i nazywam ich wykładowcami-kazno-dziejami. Wiadomo, że podczas wykładu lub kazania słuchacze gadać nie powinni. Każdego, kto się odzywa, gospodarz uważa za uciążliwego gadułę, który go denerwuje i zanudza. Pewien znany mi wykładowca-kaznodzieja w okresie przedświątecznym zamieścił w Internecie wyrazy współczucia dla tych wszystkich, którzy będą musieli przy świątecznym stole słuchać ględzenia „ciotki sklerotyczki" czy „kuzyna debila" (tak pięknie o cudzych, nieznanych sobie krewnych raczył się wyrazić). Nie było tam jednak ani słowa współczucia dla tych nieszczęśników, którzy wysłuchują JEGO kazań i wykładów znacznie częściej niż tylko od święta! Gdy swój wykład-kazanie gospodarz uzna za zakończone, pozostawia gości i idzie spać. Ten typ gospodarzy (z racji swych wykładów bardzo szybko sennych) na szczęście raczej nie wymaga, by goście poszli do domu. Nieraz nawet zaprasza na kilka dni, by móc swe zgrywy, odchyły i fanaberie prezentować przed kimś przez czas dłuższy. Gdy pan (pani) domu zwala się do snu, gość może czytać, pisać, szyć, robić swetry na drutach, malować, wykonywać ciche prace itp., zawsze jednak pamiętając o przesłaniu piosenki Stary niedźwiedź mocno śpi, która (jak wiadomo) kończy się słowami: „jak się zbudzi, to nas zje!" Zaproszony powinien wiedzieć, że choć zbudzenie takiego „niedźwiedzia" jest praktycznie niemożliwe, i tak będzie on przez długie tygodnie do wszystkich wokoło gościa obgadywał, że przez niego nie zmrużył oka. Gdy jednak gość raczy się obrazić, niedźwiedź błyskawicznie zmienia się w nadskakującego kundelka. Całkiem zabawna to reinkarnacja!
               W związku z kultem pracoholizmu modne jest obecnie w niektórych kręgach popisywanie się brakiem czasu. Nie oznacza to wcale, że ludzie się nie spotykają. Spotykają się właśnie po to, by pokazać, że wiele czasu nie zamierzają sobie poświęcić. Ze strony gości „wpadających na pięć minut" jest to lekceważenie gospodarzy, że strony gospodarzy zapraszających gości, by mówić o braku czasu i czekać na ich szybkie wyjście, jest to po prostu chamstwo, które najlepiej zwalczać jego własną bronią. Oto modelowy przykład: „– Zaprosiłabym cię na dzisiejsze popołudnie, ale pod warunkiem (!), że nie będziesz siedzieć u mnie dłużej niż dwie godziny, bo nie mam więcej czasu. – A co ty sobie myślisz, że ja mam czas dwie godziny wysiadywać bez sensu?! Mogę ewentualnie wpaść na pół godzinki. To mi wystarczy, by się najeść i napić!"
               To, że skupiam się na gościnności fałszywej i interesownej, na popisach egoistów, snobów, bufonów, chamów i zgrywusów, nie oznacza wcale, że nie ma już w ojczyźnie miłych spotkań towarzyskich, że nikt nie umie bawić się spontanicznie ani ciekawie z prawdziwymi przyjaciółmi rozmawiać. Niemniej jednak opisane zjawiska negatywne nasilają się tak bardzo, że zwraca na nie uwagę coraz więcej osób. Zrelacjonowałam nie tylko własne obserwacje i doświadczenia, nie jest to więc wypowiedź po względem treści całkiem subiektywna. Subiektywna jest jedynie prześmiewcza forma opisu. Ludzie raczej skłonni są złościć się, święcie oburzać, narzekać i ubolewać – niż się z durnoty śmiać. Dlatego też wszystkim, którzy podczas wakacyjnych spotkań towarzyskich zetkną się z takimi sytuacjami, jakie w Urokach gościnności opisałam, życzę, by nie patrzyli na dziką rzeczywistość jak na dramat narodowy, tylko jak na wyborny, bezpłatny kabaret z darmowym jadłem i wyszynkiem, równie zabawny w scenerii proletariackich „salonów", wprost pod chmurką na ojczystej niwie, jak i na wycackanych włościach otaczających monumentalne meliny nowobogackich. Bystrej obserwacji i szampańskiej zabawy!

    Również tego autora