Mariola Szafarz - Poezja z dna szafy

Kiedy byłam mała, lubiłam zakradać się na strych w domu dziadków. Czy to za przyczyną słońca wlewającego się do ciemnego pomieszczenia wąskimi strumieniami, czy też rozbujanej dziecięcej wyobraźni – wszystko, co tam znajdywałam, uznawałam za bezcenne skarby. Uczniowskie zeszyty mojej matki, flakonik po perfumach, portret dziewczynki o złocistych lokach… Nie przypuszczałam wówczas, że kiedyś przyjdzie mi brać udział w wyprawach po prawdziwe skarby, perły ukryte na dnie szafy…

    Po raz pierwszy o Janie Włodku usłyszałam wiosną 2009 roku. Zaprzyjaźniony z Małym Wydawnictwem krakowski fotograf opowiadał o bogatych zbiorach zdjęć przedwojennych będących w posiadaniu rodziny Włodków. Tak poznałam profesorskie rodzeństwo Zofii i Jana Mariana Włodek. Okazało się, że nie tylko fotografie ich ojca, profesora Jana Włodka, ale całe jego życie są tak wyjątkowe, iż warto je opowiedzieć w książce. Jesienią tego samego roku ukazała się biografia Jan Włodek. Legionista, dyplomata, uczony, autorstwa syna, Jana Mariana Włodka.
    Jan Włodek urodził się 31 sierpnia 1885 roku w Dąbrowicy (około 35 km od Krakowa) w ziemiańskim majątku swych rodziców: Zdzisława Romana i Albiny z Goetzów, właścicieli słynnego browaru w Okocimiu. Tam też spędził swoje pierwsze lata. W 1903 roku zdał maturę w krakowskim III Gimnazjum im. kr. Jana Sobieskiego i zapragnął studiować rolnictwo. Ojciec był temu niechętny, przekonywał syna, że najlepiej rolnictwa nauczy się przy nim – choć sam z wykształcenia był prawnikiem. Ostatecznie Jan na studia wyjechał, najpierw do Wrocławia, stamtąd do Fryburga, a wreszcie do Berlina, gdzie doktoryzował się w 1911 roku. Zdaje się, Zdzisław Roman do końca patrzył nieprzychylnym okiem na kształcenie się syna, gdyż ten zanotował w swoim pamiętniku pod datą 1 września 1910 roku: „Z życia młodego człowieka mającego lat 25 i jeden dzień. Puls: 105 na minutę. Oddech: nierówny. Na policzkach: wypieki. Pies: niespokojny, poszczekuje. Ów młody człowiek – nazwijmy go Pantaleon Nerwicowski – przyjechał na wieś, do rodziców na wakacje. Stoi blisko przed egzaminem. Wieczór. Wszyscy po kolacji. Głowa Rodziny czyta gazety. Pewna rzeźbiarka rzeźbi Schumanna na fortepianie. (…) walczy nasz Pantaleon pół godziny ze sobą; w końcu odważa się na … enuncyacyę do Głowy Rodziny, że z powodu bliskiego egzaminu chce jechać do B. do egzaminu uczyć się. Głowa Rodziny, ze spokojnego stanu trawiennego, przechodzi nagle w stan afektu i mówi głosem głębokiem. A że nad sobą panuje, więc nie wymyśla, nie krzyczy. Na wyjazd zaś nie pozwala pod żadnym warunkiem. Głowa Rodziny zna się na tego rodzaju rzeczach. W domu się można równie dobrze do egzaminu uczyć. Pantaleon nie kamienieje, gdyż zasadniczo niczemu się nie dziwi. Uśmiecha się tylko, mówi głosem spokojnym. (…) Jedynie Schumann podobny jest teraz do hałasu klekotki na polowaniu".
Po studiach Jan Włodek pracował jako asystent w Stacji Doświadczalnej Studium Rolniczego Uniwersytetu Jagiellońskiego w Mydlnikach pod Krakowem, a później również jako wykładowca UJ. W 1912 roku ożenił się z Zofią Goetz-Okocimską. Jednak szczęście małżeńskie przerwał wybuch I wojny światowej. Mimo że ze względu na słaby stan zdrowia zwolniony był ze służby wojskowej jesienią 1914 roku Jan Włodek zgłosił się ochotniczo, z własnym automobilem i aparatem fotograficznym, do oddziału Legionów Polskich stacjonującego w Jabłonkowie na Śląsku Cieszyńskim. Znać po tej decyzji, jaki i licznych zapiskach w pamiętniku, że sprawa niepodległości Polski leżała mu na sercu. Jego dowódcą był wówczas jeszcze ppłk Władysław Sikorski. W sierpniu 1916 roku Jan Włodek – jako łącznik I Brygady LP – został przeniesiony na front wołyński. Na Wołyniu był już tak słaby fizycznie, iż dowództwo postanowiło wysłać go do Hagi na nowo utworzoną placówkę dyplomatyczną. Kierował holenderskim oddziałem Komitetu Polskiego, który między innymi opiekował się polskimi uchodźcami i jeńcami wojennymi. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w listopadzie 1918 roku został mianowany chargé d’affaires w Holandii, a następnie pierwszym polskim posłem. Do Krakowa powrócił w styczniu 1920 roku.
    Lata powojenne to okres bardzo intensywnej pracy naukowej na UJ. Jan Włodek z wielkim przekonaniem o potrzebie chwili angażuje się w działalność na rzecz rozwoju polskiego rolnictwa, który ma się dokonać poprzez uświadamianie chłopów. Stąd organizowanie odczytów i stowarzyszeń rolnych, pierwsze parcelacje majątków, a nawet wycieczka polskich górali do Szwajcarii. Zachował się fotoreportaż (autorstwa samego Jana Włodka) z jednej z takich wypraw w 1928 roku, na którą górale pojechali w swoich strojach regionalnych. Trzeba bowiem wiedzieć, iż Jan Włodek był miłośnikiem Tatr i z troską obserwował nasilający się w międzywojniu ruch turystyczny w górach. Za granicą uchodził za pioniera polskiej ekologii. Jego osiągnięcia w 1936 roku zostały nagrodzone tytułem profesora. Wróżono mu nawet stanowisko rektora UJ, jednak kolejna wojna zaprzepaściła tę szansę.
    6 listopada 1939 roku profesor Jan Włodek – wraz z wieloma innymi pracownikami krakowskich uczelni – został podstępnie aresztowany w Sonderaktion Krakau zorganizowanej przez niemieckiego okupanta. Z Krakowa wywieziono ich do Wrocławia, a stamtąd, wieczorem 27 listopada, do obozu koncentracyjnego Oranienburg-Sachsenhausen pod Berlinem. Nieludzkie warunki, w jakich zmuszeni byli przebywać, rygor fizyczny i psychiczny sprawił, że starsi i słabsi profesorowie zmarli już w pierwszym miesiącu pobytu w obozie. Największą udręką były apele, powtarzające się codziennie po kilkakroć i trwające nieraz kilka godzin. Zima 1939/1940 zebrała srogie żniwo. Przetrwały wspomnienia obozowych kolegów o Janie Włodku. Wszyscy oni podkreślają jego dumną, niezachwianą postawę i pogodę ducha. Był dla innych podporą i źródłem pocieszenia. W czasie mroźnych apeli recytował cicho po grecku gniewne strofy Iliady Homera. Dzięki protestom opinii międzynarodowej oraz staraniom osobistości kultury i polityki w lutym 1940 roku Niemcy poczęli stopniowo zwalniać profesorów z obozu. Jan Włodek do domu powrócił 9 lutego, lecz był już tak wycieńczony, iż nie udało się go uratować. Zmarł dziesięć dni później.
    Tym, którzy pamiętali Jana Włodka, kojarzył się on właściwie tylko z wykładami o rolnictwie i obozem Sachsenhausen. Niewielu znało fotografie zrobione przez niego w czasie Wielkiej Wojny, nikt – nawet jego dzieci – nie wiedział, że pisał wiersze i pamiętnik. Dziś, ponad siedemdziesiąt lat po jego śmierci, Jan Włodek odkrywany jest na nowo. Dzięki wierszom i zapiskom poznajemy nie tylko wielkiego profesora uniwersyteckiego i gorącego patriotę, ale również człowieka obdarzonego niezwykłym poczuciem humoru zaprawionego autoironią, humanistę w prawdziwie renesansowym znaczeniu tego słowa: smakosza teatru, znawcę ludzkich charakterów, myśliciela rozważającego kondycję ludzi i państwa w pierwszej połowie XX wieku.
    Posiadanie własnego aparatu fotograficznego na początku ubiegłego wieku nie było rzeczą powszechną, choćby dlatego że wiązało się to ze znaczącymi wydatkami. Nie wiadomo, kiedy Jan Włodek zrobił swoje pierwsze zdjęcie. Być może posłużył mu do tego aparat jego ojca, który również interesował się fotografią. Niewiele zachowało się zdjęć rodzinnych autorstwa Jana Włodka. Aparat służył mu zapewne przede wszystkim jako pomoc naukowa w przeprowadzanych doświadczeniach i obserwacjach, do uwieczniania piękna tatrzańskiego lub wyjazdów naukowych za granicę. Musiał sobie zdawać sprawę z tego, jak cenne jest utrwalanie teraźniejszości, skoro w 1914 roku zabrał aparat ze sobą na wojnę. I choć próżno dopatrywać się na zrobionych wówczas zdjęciach obrazów bitwy, zniszczenia czy śmierci, to są one ważnym świadectwem tamtego czasu. W siedemdziesiątą rocznicę śmierci Jana Włodka, w lutym 2010 roku, Małe Wydawnictwo opublikowało książkę Andrzeja Rybickiego, specjalisty od fotografii wojennej, Z kamerą na froncie i w departamencie. Jan Włodek 1885–1940 fotoreporter legionowej epopei. Znalazły się w niej niemal wszystkie zdjęcia z okresu służby w Legionach. Odnaleźć można na nich najważniejszych legionowych dowódców: ppłk. Władysława Sikorskiego, rtm. Władysława Belinę-Prażmowskiego, gen. Stanisława Puchalskiego, płk. Józefa Hallera, płk. Kazimierza Sosnowskiego czy płk. Bolesława Roję, a także samego Jana Włodka i jego automobil. W albumie zostały również umieszczone dwa fotoreportaże wojenne przedstawiające wydarzenia z 1916 roku: paradę wojskową w Sławkowie oraz przegląd pułków legionowych pod Czeremosznem. Zdjęcia te były prezentowane na wystawie w Muzeum Historii Fotografii w Krakowie, w Centralnej Bibliotece Wojskowej w Warszawie oraz w Puławskim Ośrodku Kultury „Dom Chemika". Dzięki starannym opisom (co przedstawiają, kiedy zostały zrobione) fotografie wykonane przez Jana Włodka posiadają wartość dokumentu historycznego. Lecz nie tylko. Otóż Jan Włodek jako jeden z pierwszych w Polsce zaczął robić fotografie barwne (autochromy) i stereoskopowe (czyli dające wrażenie przestrzeni). I znów dzięki szczegółowemu dossier (czas, obiektyw, przesłona) zdjęcia te są niezwykle cenne dla historii fotografii.
    Fotografowanie było dla Jana Włodka sposobem na utrwalenie rzeczywistości, przemijających zdarzeń i stanów rzeczy, swoje emocje natomiast zapisywał w wierszach. O tym, że stateczny i powściągliwy profesor UJ przez całe życie tworzył poezję dowiedzieliśmy przypadkiem. Gdy pracowałam nad redakcją jego monografią, bardzo zależało mi na tym, by dotrzeć do jak największej ilości materiałów archiwalnych, szczególnie takich, które pomogłyby tchnąć ducha w opowieść. Poprosiłam więc prof. prof. Zofię i Jana Mariana Włodków, by przeszukali swoją pamięć i szuflady w poszukiwaniu pamiątek po ojcu: jego zapisków, notatek, wspomnień o nim. Wtedy to właśnie odnalazły się skarby: tomik wierszy i dwa pamiętniki. O ile ten pierwszy, choć zapomniany, znany był Pani Profesor, to istnienia pamiętników nikt nie podejrzewał. W grudniu 2011 roku nakładem Małego Wydawnictwa ukazały się Wiersze młodzieńcze Jana Włodka. Wiersze pochodzą z 1900 i 1901 roku, kiedy ich autor był uczniem krakowskiego gimnazjum. Zostały spisane czarnym atramentem i złożone w małą książeczkę. Na okładce Wanda Włodek, siostra Jana, namalowała ołówkiem portret poety w wieńcu laurowym i z lirą – nieodłącznymi atrybutami poetyckimi. Zaś napis u dolnego brzegu głosi: „Wydanie pośmiertne, nakładem spadkobierców Jana Włodka". Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Jan Włodek miał wówczas szesnaście lat, był w dobrym zdrowiu, a jego spadkobiercy pojawili się na świecie przeszło dwadzieścia lat później… Ot, żart dwojga nastolatków o artystycznej duszy i bujnej wyobraźni. A jednak po stu dziesięciu latach ten żart stał się faktem. Oczywiście, o publikacji liryków nie zadecydowała ich wielka wartość poetycka – daleko im do strof Słowackiego czy Mickiewicza, choć gimnazjalny poeta, jak sam przyznaje nieudolnie, próbuje je naśladować. Zaciekawiły nas one raczej jako świadectwo wiedzy uczniowskiej z przełomu XIX i XX wieku: odnaleźć można w nich ślady lektur szkolnych, a więc wymienieni już wyżej wieszcze, z pewnością Petrarka i Karpiński, także Horacy; poznać również po nich, iż autorowi nie obcy były formy literackie, jak oda czy sonet oraz starożytna łacina. Ciekawiło nas, Wydawców, jak dzisiejszy gimnazjalista, z epoki Internetu i audiobooków, odebrałby wiersze swojego rówieśnika sprzed wieku. Dlatego też wydaniu książeczki towarzyszy projekt zatytułowany „Projekt Włodek", który realizujemy wspólnie z Gimnazjum nr 2 im. Adama Mickiewicza w Krakowie. Przedsięwzięcie obejmuje spotkania z krakowskimi gimnazjalistami, mające na celu przybliżenie im postaci prof. Jana Włodka, historii jego życia i dokonań. Być może lektura wiersz szesnastoletniego Jasia zainspiruje któregoś z nich do tworzenia poezji i przekona, by swoją twórczość zachowywać, bo nawet po stu latach ktoś może ją odnaleźć i docenić.