Janusz Orlikowski - Mądrość braci mniejszych

To było na plaży, nad brzegiem średniego jeziora spośród trzech turawskich mieszczących się niedaleko Opola z jednej, a Dobrodzienia z drugiej strony. Kilkuletnia dziewczynka stała nad nim i wpatrywała się w małe rybki pływające tuż obok niej i mnie, który na leżaku, wraz z żoną zażywaliśmy kąpieli słonecznej. Podniosłem się z niego, gdy usłyszałem ciekawy dialog pomiędzy mamą małej, a nią. Stała pełna niepewności, czy powinna wejść do wody czy też nie, kiedy słowa rodzica będącego po kolana w jeziorze zachęcały. Dialog brzmiał mniej więcej tak:
– Wejdź do wody, nie bój się
Dziewczynka nadal trwała przy brzegu poprawiając dmuchane koło ratunkowe na biodrach.
– Wejdź, nie bój się rybek
– Mamo, nie boję się rybek
– To wejdź, kochanie
– Ale one się mnie boją – powiedziała po chwili.
Ta pointa, jedwabna riposta mówi z jednej strony o tej małej, o jej wrażliwości i wrodzonej dobrotliwości, z drugiej natomiast porusza problem miejsca i tożsamości. Według myślenia dziewczynki ona nie miała prawa spotkać się z mamą w jeziorze, gdyż naturalnym środowiskiem człowieka jest ląd,  ryb – woda i jedni drugim zagrażać nie powinni.  
Działania człowieka zawsze zmierzały do ogarnięcia wszystkiego. Chciał być ptakiem, wymyślił więc samolot, chciał być rybą – butle tlenowe i nurkowanie. Także na ziemi by miał być najszybszy – samochody formuły jeden. A tu taka dziewczynka zupełnie nieświadomie przypomina nam, że jesteśmy ssakami naziemnymi i tak naprawdę nic nas od tej przynależności nie uwolni, albo lepiej – nie spowoduje by mogło być inaczej.
Tym niemniej „ogarnęliśmy" świat istot żywych, podporządkowując go sobie. Ba, i to bywa, że w sposób drastyczny tworząc na przykład ogrody zoologiczne, które skupiają zwierzęta żyjące w różnych warunkach klimatycznych w jednym miejscu. To budziło zawsze mój sprzeciw. Pamiętam z młodości szkolne wycieczki do ZOO. Tygrys za żelazną kratą z powierzchnią kilku metrów kwadratowych biegający w tę i z powrotem, podobnie wszystkie inne drapieżne koty. To był dla mnie szok. Nienaturalność miejsca budziła sprzeciw. Przypominał mi się wtedy cyrk, gdy niesforny niedźwiadek nie chciał wykonać zamierzonej przez tresera sztuczki i dostał po kościach.
Dziś ZOO wygląda inaczej. Każde zwierzę ma swój wybieg. Stwarza się warunki, które by mu najbardziej odpowiadały. Ale nie da się uniknąć prawdziwego wrażenia, że jest to getto. Jednak one nie są u siebie. Są ograniczone. Tu pod prądem dzieje się stop, które informuje zwiedzających o niebezpieczeństwie. A zwierzęta, że poza te miejsca dzieje się coś, co powoduje że dalej nie można, co je zniewala.
Jednak miło jest kiedy w słoneczny, jesienny dzień zaparkujemy swój pojazd w odpowiednim do tego miejscu i idziemy do krainy zwierząt z różnych stron świata, by mieć  wrażenie że pomimo, iż dziejemy się tu, jednocześnie jakby w różnych szerokościach i długościach geograficznych będąc. Jesteśmy przy tym bezpieczni bowiem lew, którego będziemy widzieć nic nam poczynić nie może. Podobnie tygrys. Jednych i drugich dzieli zabezpieczenie stworzone przez człowieka jako wyraz zapobiegliwości homo sapiens. Są ci, którzy są oglądani i ci – oglądający. Nasza ludzka, naturalna, intelektualna wyższość ma tu znaczenie. My – oglądamy.
I rodzi się pytanie. Czy nasi bracia mniejsi chcą być oglądani? Czy im to nie przeszkadza w codziennej krzątaninie i  tak w quasi naturalnym środowisku?  Bo wyobraźmy sobie człowieka, którego ktoś ogląda. Stop. Nie trzeba sobie wyobrażać, bo przecież to się dzieje a wynalazki, które służą człowiekowi mają drugą, parszywą stronę. Smycz telefonu komórkowego, szmatława strona Internetu, prasa brukowa, w większości kiepska klasa przekazu telewizyjnego, czy cyfrowe aparaty fotograficzne, a później do komputera i – oglądamy. Oglądamy dosłownie i w przenośni i co najbardziej dziwne lubimy być oglądani i oglądać siebie, jakby przeżycie chwili, poszczególnych chwil danego nam czasu nie było tym, o co nam chodzi. Że dopiero sztuczny obraz nadaje sens owym zdarzeniom, wtedy jest obecny, ważny. Z pewnością podświadomie chodzi tu o próbę zatrzymania czasu, nadanie mu sztucznie statusu stałości, ale również, podejrzewam, chodzi o nasycenie – i to już nie jest sztuczne – własnej pychy. Miast cieszyć się chwilą wolimy być zatrzymani w kadrze zdjęcia, chętnie odbieramy SMS, telefon, coś dzieje się na naszej stronie w Internecie, a w telewizji reality show z naszym udziałem, a jakże – oglądamy. W prasie brukowej napisano nie prawdę o naszym intymnym życiu. Trzeba będzie powiedzieć, że dowiedzieliśmy się o tym z niej i że to jest kłamstwo. Świat na niby i jak ktoś ukuł to głupawe powiedzenie – fakt medialny. Czyli co?...  Lecz dzieje się ten zmanierowany sztuczny potwór danej nam rzeczywistości na nasz własny, czyli rodzaju Homo rachunek.
A zatem wróćmy do ogrodu zoologicznego, a tam jedna z największych atrakcji z uwagi na duże podobieństwo z człowiekiem, czyli goryle.
To największa spośród żyjących małp naczelnych, zaliczana do  człekokształtnych. Preferuje naziemny tryb życia, jest roślinożerna i zamieszkuje lasy tropikalne w Afryce. Żyje w strefie równikowej w dwóch obszarach wyraźnie oddzielonych przez rzekę Kongo. Pierwszy opis naukowy na podstawie osobników pozyskanych w Liberii sporządził w 1847 roku amerykański lekarz i misjonarz Thomas S. Savage nadając mu nazwę  Ttroglodytes grilla. Nazwa gatunkowo pochodziła od greckiego słowa Gorilla, czyli plemię owłosionych kobiet. Były tak nazwane goryle przez Hannona, kartagińskiego żeglarza, który prawdopodobnie przybył na obszar dzisiejszego Sierra Leone.
To co istotne to zachowanie owych goryli w ZOO. Od 2005 roku utrzymywana jest grupa trzech samców w ogrodzie zoologicznym, który odwiedziłem w Opolu, a od 2008 dwóch  w warszawskim.
 Nie było im w smak patrzeć  na ludzkie zaglądania. To znaczy w tym opolskim. Pomimo odpowiedniego, by tak powiedzieć, stanowiska dla zwiedzających w tym ZOO, czyli ławeczki, stoliczki, taki mikroklimat by z praojcami nawiązać w zaciszu bardziej intymny by tak rzec, kontakt, goryle nie pokazały swej twarzy. Jeden przyszedł, popatrzył i odwrócił się tyłkiem, tak jak ten, który już tam był w podobnej pozycji, trzeci w ogóle nie wyszedł pomimo, że pogoda była znakomita, świeciło wczesno jesienne słońce prowokujące do wyjścia z domu.  Oglądający czekali, ale nic z tego. Goryle nie zmieniały swej pozycji. Natomiast, gdy już się wydawało że to nastąpi jeden z nich wypiął się solidnie, po czym drugi – nie mniej. Tak że obecnym były przede wszystkim widoczne ich – pupy. I tak trwali jakby zahipnotyzowani, w bezruchu.
Z braku innej perspektywy przyglądałem się twarzom zwiedzającym. Matki, ojcowie i dzieci, pary starsze i młodsze, tu i tam gdzieś pojedyncze osoby płci obojga. Oprócz dzieci, które nieświadomie były faktycznie zawiedzione, widziałem na tych twarzach pewien rodzaj pierwotnej satysfakcji, uśmiechy, które mówiły. Przedstawiały jakby pewien rodzaj zadowolenia z zaistniałego stanu rzeczy. Jakby ich właściciele temu sekundowali, a przynajmniej nie mieli nic przeciw. Może tylko było im szkoda tych paruletnich, którzy chcieli zobaczyć goryla, by tak powiedzieć, w całości.
DNA goryli jest w około 98% identyczne z ludzkim, co wskazuje na bardzo bliskie pokrewieństwo ewolucyjne z rodzajem Homo. Ono dało się zauważyć w sytuacji, gdy człowiek pewien swej wyższości nad istotami zwierzęcymi, a tu tak bliskimi jak  oglądane ssaki, „poczuł" pierwotny związek z nimi, solidarność i to, że tak naprawdę nie chce być oglądanym, iż tak w istocie jest temu przeciw. Odezwała się w nim za pośrednictwem goryli jego skrywana we współczesnym świecie pierwotna prawdziwość mówiąca o dorodnej intymności, a oglądanie jest przejawem niezaspokojonych rządz.
W sytuacji przedstawionej powyżej goryle staja się ich nośnikiem. I nie chodzi tu o wzajemne relacje miedzy kobietą a mężczyzną, by było wszystko jasne. Goryle w opolskim ZOO to przecież samce, a szukanie tak daleko idących wniosków jest tu przecież idiotyzmem. Chodzi o rodzaj społecznych zachowań. Oglądający dorośli i ich satysfakcja w obrazie  dwóch goryli, które wypięły się do zwiedzających tyłkami i tak trwali jak w hipnozie jest przejawem  wolności tych drugich, jeśli inaczej w getcie ZOO jej wyrazić nie mogą. To właśnie to spowodowało niezamierzony, zauważony uśmiech na twarzach dorosłych. Patrząc na wypięte, trwające w bezruchu tyłki goryli ci ludzie mieli, pewnie nieświadomie satysfakcję, że ktoś szczerze nie chciał być – oglądanym. Nie przywiązywał do tego żadnej wagi. Miał to po prostu w d… A, że tak tego dosłownie, to z uwagi na te dwa procent, które różnią DNA człowieka i goryla nie powiedział, gdyż powiedzieć nie mógł, to już rzecz inna.
Goryle w ZOO doskonale wiedzą, że nie są na swym właściwym terenie, iż to getto, choć z pewnością tak tego nie nazywają. Jedyne co mogą zrobić to zachowywać się tak jak to wcześniej opisałem.
I przypomina mi się dziewczynka, która nie chciała wejść do wody, gdyż to nie jej naturalne środowisko. Rybki przy brzegu, których nie chciała spłoszyć.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora