Janusz Rulka - Po tamtej i po tej stronie

Niedzielne przedpołudnie. Idę z Gosią po mszy do stuletniego teścia. Przez skwer Sielanka, mijając trójnogi pomnik bez nazwy, dochodzimy do świateł na Markwarta. Po dłuższej chwili jest zielone. Przechodzimy ulicę, kątem oka patrzę na wystawę księgarni pedagogicznej.  
……………………….

    Widzę pokój w ostrych kolorach… Przeważa czerwień, ale jest też jaskrawa zieleń, obok zdecydowany brąz i trochę świeżej bieli… Te kolory mnie bolą… Cisza…

……………………….

    Znów te same kolory ułożone w fantazyjne kształty… Tak, to duży pokój w mieszkaniu teścia. Tylko co robią w nim aparaty medyczne?... Pewnie wydzierżawiła to pani Małgosia, pielęgniarka teścia, na swój prywatny gabinet i zleciła remont, wprowadzając te wściekłe kolory…

……………………….

    W rogu stoją dwie trumny. Jedna otwarta i pusta. To pewnie dla ojca, ale dla kogo ta druga, zamknięta?...

……………………….
    
Jacyś ludzie mnie przenoszą. Dziwne, nie czuję żadnego ucisku ani ruchu. Brak dźwięku. Niemy film?
……………………….
    
Gdzie ja jestem? To jakaś drewniana izba. Może to zajazd niedaleko Torunia? Tak, to na pewno ta gospoda. Co ja tu robię? Nie mogę ruszyć ręką ni nogą. To już świt. Chociaż nie czuję głodu, mogliby dać mi śniadanie, jak tym spod okna. Coś jedzą, chyba jajecznicę…

……………………….

    Znów mnie przewożą. To jakiś furgon czy mikrobus… Dziwna, duża sala. Duszę się. Próbuję się zerwać, ale ręce i nogi mam bezwładne. Bolą mnie plecy i kręgosłup. Ktoś koło mnie siedzi. Rozpływająca się biała postać. Znów się duszę. Czy ktoś mnie bije po plecach? Nic nie czuję…
……………………….

    Widzę okno, a właściwie kilka okien. Za nimi maszt z czerwonym światłem. W dali sosnowy lasek. Gdzie to jest? To chyba Fordon między handlowym Oszołomem a szpitalem.

……………………….

    To pewnie jest Gosia. Chcę coś do niej powiedzieć.
– Weź mnie stąd!
Chyba mnie nie słyszy.
……………………….

    Leżę na polowym łóżku. Nie, to są worki z mąką. Co one tu robią, na plebanii kalwińskiej? Obok wiadukt z torami kolejowymi. Mówię coś do Andrzeja, po co tu przyjechał? Namawiam go, żeby wracał do Warszawy, bo nie zdąży na szwajcarski samolot. Nic nie odpowiada, rozmawia tylko z matką. Chyba to trwa, ale nie mam poczucia czasu. Na tych workach z mąką strasznie mi niewygodnie, ale przekręcić się nie mogę. Andrzej coś do mnie mówi, a potem z Gosią wychodzą.

……………………….

    Raz jest ciemno, raz jasno, ciągle nie mogę się poruszyć. Słychać jakąś muzykę, która przewierca mi uszy. Co za męka! Pojawia się kobieta w bieli, potem mężczyzna. Po ich odejściu zupełnie nie mogę się ruszyć. Bolą mnie plecy, ręce i nogi. Co to za ludzie na tej sali? Mówią w jakimś dziwnym języku. To już nie ma Polaków w szpitalu? A może go sprzedali? Bo chyba jestem w szpitalu.

……………………….

    Znów ta wściekła muzyka. Ja już tego nie wytrzymam! Te bolące ręce, nogi i plecy. Nie mogę się ruszyć. Personel urządza jakąś zabawę, czy orgię, bo wciąż słychać muzykę.

……………………….

    Pojawia się Gosia. Tak, to ona.
– Weź mnie stąd! Ja chcę na Śląsk do profesora Bochenka albo do sanatorium w Nałęczowie, albo do domu.
W ogóle nie odpowiada, jakby mnie nie słyszała. Widzę Elę.
    – Córko, gdzie mama? Ja tu już nie wytrzymam! Nie mogę tak ciągle leżeć na plecach.
Też ze mną nie rozmawia, jakby mnie nie słyszała. Tylko patrzy, a potem rozmawia z kimś obok…
……………………….

    Teraz już wiem. Jestem w szpitalu. Chcą mnie tu zamęczyć. Jedyny ratunek, to uciec, ale jak, gdy jestem spętany… Wiem, trzeba wezwać policję. Zażądam, aby ją wezwała lekarka! Bo ona tu rządzi, ale najwięcej rządzi jej szef, taki dość młody.
    Lekarka się zgadza, wzywa policję. Widzę jak za oknem przesuwają się czarne sylwetki w kominiarkach z pistoletami maszynowymi. Jeden z nich wchodzi do środka. Rozmawia z lekarką. Coś takiego… Dają mu kilka paczek kawy i ten czarny wychodzi! Za moment wszyscy znikają. Nawet ze mną nie porozmawiali!

……………………….

    Długa noc. Czasem widzę w oknie czerwoną latarnię i jakiś oświetlony podjazd lub stację benzynową. Za oknami stoi dwóch skulonych ludzi. Przesuwają się dziwnymi skokami, nie, raczej jakby płynęli w powietrzu. Raz w lewo, raz w prawo. Pewnie od zimna mają na plecach dziwne płaszcze, takie trochę skrzydlate. Niby na mnie nie patrzą, ale widać pilnują, bym nie uciekł.
    Muzyka gra prawie całą noc i poranek. Przewierca mi uszy i mózg. Widzę coraz więcej ludzi. Świętują a o mnie zapomnieli, chociaż wszystko mnie boli. Nagle pojawia się parę osób. Wyciągają mi coś z gardła, coś mówią do siebie i do mnie, ale nadal jestem uwiązany. Pewnie to moi wrogowie. Nagle pojawia się ten najważniejszy. Widzę i czuję, że zdejmuje mi pęta z rąk i z nóg. Próbuję dziękować, ale nie mogę wydobyć głosu.

……………………….

Znów świta. Zjawiają się dwie kobiety. Ściągają mi pampersa.
    – Ale on śmierdzi! Trzeba go umyć!
Rzeczywiście, i ja to czuję.
……………………….

    Zasypiam. Budzę się od przytkniętego do ust dzióbka. Leci z niego cudowny napój. Przełykam parę razy.
……………………….

Znów się budzę. Z butelki na stojaku coś się sączy do żyły. W dali widzę czerwone światło. Za oknem, pomiędzy słupami, kryją się ci sami skrzydlaci strażnicy. Chwieją się jakby ich wiatr popychał, ale obserwują uważnie. Ależ mnie pilnują! Dlaczego?

……………………….
    
Pewnie wysłali mnie w jakąś podróż. To prom na Adriatyku, pewnie ze Splitu do Włoch. Leżąc, wyraźnie widzę jakąś metalową przegrodę. Na pokładzie strasznie dużo ludzi. Koło mnie też są. Jest też Gosia. Znów piję cudowny napój. Ale kim są ci dwaj? Czy to ci dwaj zza okna?
Pokład się wyludnia. Pewnie turyści poszli na zwiedzanie miasta. Zostali tylko ci na łóżkach. Duszno. Za oknami zmrok rozjaśniony latarniami. Przy słupach nadal ci dwaj przyczajeni. Jak mogą tak długo wytrzymać?

……………………….

    Zasypiam. Czuję, że zasypiam. Wiem, że mogę się lekko przekręcić. Co za cudowne uczucie!
……………………….

Sprzątanie i mycie. Co ja tu robię? Przecież to szpital! Dlaczego się tu znalazłem?

……………………….

Przychodzi Gosia z tą niezwykłą, aromatyczną herbatą, obok niej wnuczka Kasia.
– Dlaczego tu jestem? – pytam skrzypiącym głosem.
– Nareszcie przemówiłeś! Przedwczoraj wyjęli ci respirator. Zasłabłeś, ale jest już lepiej. Wieczorem też przyjdę.

……………………….
 
Budzę się w nocy. Kogoś przywieźli. Znów się budzę, znów kogoś przywieźli. Czerwonego światła za oknami nie widać. Ale czy są strażnicy? Nie ma! Nieprawda, siedzą skuleni za filarami stacji benzynowej. Pewnie im zimno. A tu tak duszno!

……………………….

    Poruszenie na sali, okazuje się, że nas tu jest sporo. Dokładniej nas myją, przez dłuższy czas wietrzą salę. Zimny poranek.
    Po jakimś czasie wkracza Zespół. Na czele Profesor, za nim świta lekarzy i pielęgniarek. Przy mnie Profesor mówi z uśmiechem:
    – To pan wrócił!
    – Nie wiem, co tu robię, ale jeśli nie umiecie sobie ze mną dać rady, to proszę mnie wysłać na Śląsk, jak przed kilku laty!
    – Teraz i my postaramy się o pana zadbać – odpowiada z uśmiechem na moją bezczelną wypowiedź.
    Gdy wychodzą, przysiada się do mnie doktor Maria B.
    – Cieszę się, że już pan mówi.
    – Ja też się cieszę, ale jest tu inaczej niż poprzednim razem. Chyba mnie wiązali, nikt się mną nie zajmował. Chcę się wypisać!
    – Ma pan rację, proszę się nie denerwować. Jutro znów pana odwiedzę. Zaraz przyślę rehabilitanta.
    Po godzinie pojawia się młody wesołek. To przecież ten, którego poprzednio uważałem za najważniejszego w całym Zespole!
    – Jestem Darek. Może chciałby pan pójść do ubikacji?
    – Nie mam siły…
    – Pomożemy…
Podprowadza wózek, z wprawą, ale ostrożnie przesadza mnie. Jedziemy. Obok mnie lekko bulgocze balon częściowo wypełniony moczem. Darek zgrabnie przenosi mnie na sedes.
    – Ale ma wprawę… Siłę chyba też… – myślę.
Zostaję sam na sedesie. Przypomina mi się rozmowa z moim lekarzem sprzed trzydziestu lat, nieodżałowanym pułkownikiem Burchackim.
    – Też byłem pacjentem w ciężkim stanie. Kiedy po dwu miesiącach samodzielnie usiadłem w ubikacji, ogarnęła mnie wielka, wprost ogromna radość.
    Spuszczam wodę. Za chwilę słyszę pukanie. Wchodzi Darek. Ostrożnie przesadza mnie na wózek. Umawiamy się za godzinę na próbę spaceru.

……………………….

    Kroplówka, potem ciężko odpoczywam.

……………………….

    Spacer nieudany. Po kilku krokach miałem dość.

……………………….

    Znów Gosia z herbata.
    – Co ja tu robię?
    – To ty nic nie pamiętasz?
– Nie.
– Wtedy, w niedzielę straciłeś nagle przytomność i przewróciłeś się na chodnik. Całe szczęście, że w ostatnim momencie przytrzymałeś się barierki przy księgarni.
– A co było potem?
– Ja chyba straciłam głowę, ale nagle pojawiła się młoda dziewczyna. Powiedziała, że jest po przeszkoleniu i zaczęła robić reanimacje. Chwilę potem przejeżdżała ulicą straż miejska i to oni przejęli akcję, a dziewczyna wezwała przez komórkę ambulans, który szybko przyjechał.
– Rzeczywiście, od stacji byłego pogotowia miał niedaleko.
– Ratownicy z ambulansu robili wstrząsy jakimiś szczypcami, a potem zabrali cię do Jurasza. Leżałeś dwa tygodnie w śpiączce, najpierw na OIOMIE, potem na oddziale ratunkowym, bo dostałeś zapalenia płuc, teraz znów jesteś na OIOMIE.
– To trzeba mnie było ratować? Ja nie mam chęci do życia.
– Profesor powiedział Romkowi, że masz dużą chęć i dlatego wróciłeś z tamtej strony.
……………………….

Poranny obchód. Tym razem jeden lekarz.
– Panie doktorze, co ze mną było?
– Jest już lepiej, poza tym jest pan po dwu operacjach serca, więc mogę powiedzieć. Wtedy na ulicy, nastąpiło u pana migotanie komór, a potem ustanie pracy serca. Tu na OIOMIE, po kilku dniach nastąpił kryzys i znów musieliśmy w Klinice Ratunkowej, uruchamiać serce. Miał pan jakieś 5% szans, ale się udało. Teraz kwalifikujemy pana na wstawienie „ICD". To rozrusznik nowej generacji. Być może już jutro przeniesiemy pana na zwykłą salę. Proszę tylko dziś pochodzić z rehabilitantem.

……………………….

Rzeczywiście, przed obiadem trochę z nim pod rękę spaceruję. Nie mam już cewnika. Podchodzę do okna. Widać z niego nie stację benzynową a podjazd do izby przyjęć. Nieco dalej, na wysokim pawilonie, maszt z czerwonymi światłami ostrzegawczymi. Ale las był tylko w moich wyobrażeniach.

……………………….
    Noc mocno hałaśliwa. Sąsiadkę w trybie pilnym przenoszą na zwykłą salę. Potrzebne jest miejsce dla stanu bardzo ciężkiego. To kobieta po sześćdziesiątce, która nie może nawet powiedzieć jak się nazywa. Personel oplątuje ją różnymi przewodami. Mimo maski tlenowej, strasznie chrapie.
    Zza częściowej ścianki, którą w śpiączce brałem za fragment morskiego promu, dobiega ostry świst innego pacjenta. Przychodzi do niego lekarz z pielęgniarką. Z daleka słychać rozmowę.
    – Panie Iksiński, musimy panu założyć maskę tlenową.
    – Nie pozwolę, nie chcę!
Po piętnastu minutach przychodzą znowu.
    – Panie Iksiński, jeśli jej panu nie założymy, w ciągu godziny pan umrze.
    – Nie chcę.
Przy trzeciej wizycie się zgodził i nastąpiła cisza. Sąsiadka chrapie i mimo uwiązania ciągle się rzuca. Po północy zasypiam.
    Świtem budzi mnie hałas. Sąsiadka ma już odłączoną aparaturę, a lekarz z pomocnikami ją reanimuje. Trwa to z pół godziny, a potem razem z łóżkiem wywożą do kostnicy. Szpital ma jednak w sobie dużo z fabryki.

……………………….

    Rano doktor Maria Bogdan mówi, że przechodzę na zwykłą, czteroosobową salę i po dwóch dniach wszczepią mi rozrusznik. Dostaję twarde lóżko z wybitą nożną ścianką, ale czuję się na nim lepiej niż na sterowanym elektrycznie łożu na OIOMIE.
    Mam przez te dwa dni sporo odwiedzin. Obok zwykłych dwukrotnych, codziennie odwiedzin Gosi z jej cudowną herbatą, przychodzi córka, a także odwiedza mnie niezawodny przyjaciel Leszek. Niespodzianka, bo przychodzi też Paweł, kolega z poprzedniej i obecnej uczelni. To miłe.
    Od Gosi dowiaduję się, że odwiedził mnie też Andrzej. Gdy tylko dowiedział się o ojcu, wsiadł w samolot w Zurychu. Rozmawiać ze mną nie mógł, bo przecież w gardle miałem respirator.
    Trochę już spaceruję po korytarzu. Wydaję się, że zaczyna mi wracać chęć do życia. W czasie ostrożnego spaceru, spotykam na korytarzu siostrę oddziałową, która mnie pamięta jeszcze z lat dziewięćdziesiątych.
    – O, świetnie, że już pan chodzi. Ale muszę powiedzieć, że wszystkie tu stwierdzamy, iż pana przypadek, to po prostu cud.
    – Ma pani rację, ale na ten cud złożył się cały łańcuch empatii ludzi, i na ulicy, i tu w szpitalu. A także i ta modlitwa, która była mówiona w radio, jak już się dowiedziałem od pani koleżanek.
……………………….

    Dzień zabiegu. W chłodnej, dużej sali, niecałe dwie godziny wstawiania rozrusznika w mięśnie, z końcówkami wpuszczonymi do serca. Robi to trzech kardiologów, a właściwie jeden, z pomocą, też znajomej z poprzednich pobytów, pielęgniarki. Dwóch pozostałych informuje tego, który umieszcza mi urządzenie pod obojczykiem, między skórą i mięśniami, o tym jak impulsy z baterii odbiera komputer i czy wszystko działa w porządku. Próby wstrząsowej nie robią, bo okazało się, że w przedsionku serca usadowiła się skrzeplina, nie wiadomo nowa czy stara. Potem już tylko, znane z wcześniejszych zabiegów, kilkugodzinne leżenie bez ruchu, z ciężarkiem na miejscu wszczepienia rozrusznika.
Po dwóch dniach wypis. Wejście na drugie piętro, pod kontrolą rodziny, powolne i ciężkie. Pierwszego dnia robię dziesięć przejść przez dwa pokoje. Każdego następnego podwajam dawkę. Czuję się już pewnie. Rozglądam się po mieszkaniu. Nagle olśnienie: na ścianie wisi płaskorzeźba z wypalanej gliny, jednego z tych szpitalnych strażników zza okna. To niewielki anioł, przysłany nam przed rokiem, przez Justynę, plastyczkę, córkę siostrzeńca!

……………………….

Zapraszamy na kawę Henię i Romka, który zdalnie czuwał nad moim szpitalnym przypadkiem. Mówię im o chęci spotkania się z moimi wybawcami ze straży miejskiej i z tą nieznajomą dziewczyną. Stwierdzam też, że nie ma we mnie chęci życia.
– Zobaczysz – z znawstwem profesora psychologii stwierdza Roman. – Za dwa, trzy tygodnie zaczniesz ponownie cenić życie, które jest ważne nie tylko dla ciebie, ale i dla twojej rodziny. Przypomnij też, co ci mówiło parę osób w szpitalu: Pewnie masz coś jeszcze do zrobienia po tej stronie.