Norbert Skupniewicz - Plamka z obrazów

Wobec tej twórczości nie pozwoliłbym sobie choćby na jedno nierozważne słowo. Zamiar mój nie cierpi zwłoki, bo co się odwlecze-czmychnie z pamięci. Więc.
Obrazy nieprzedstawiające, nieczyniące aluzji do form biologicznych tak dalece, że nie pozwalają się złożyć w całość sugerującą, iż znalazłem się w obecności dziwo-ludzi, lub dziwo-dziwów.
W późnym okresie malowania próbował Tadeusz Brzozowski wrócić do postaci ludzkiej i czynił dla niej różne gesty, ale też umizgi. Powodowało to nie jedno odkrycie, dla formatu płótna i papieru, w „metodzie" obrazowania wywoływanego raczej z mentalności, aniżeli z ludzkiego obrazu czy podobieństwa. Postacie w obrazie mogą przekształcić się w rodzaje form, które, wyodrębniając się z przedstawień, prowadzą w dotąd nieznane, zatem trudne rozpoznania semantyczne, nieprzestające nawracać uwagi ku osobie - ku ich osobliwościom. Pospieszne działania na malowanej powierzchni, począwszy od chwili rozpoczęcia poprzez następujące po sobie podmalowane stany obrazu, wyprzedza odczuwanie zjawiających się plam, którym, zamiast uwagi, poświęcał Brzozowski błyskotliwość swej inteligencji. Zamiast pogłębienia znaczeń planów i nadawania im wyrazu samoistnej przestrzeni, wypełniał je z sobie właściwą dotykalną potrzebą uzupełnienia kolorystycznego i materialnego, co niekiedy przyoblekało pontyfikalną dekoratywność, to znowu parafialne zdobienie. Emocje, wywołujące stadium obrazu, najczęściej nie ewoluowały. Zakumulowane w pamięci, powodowały narastanie warstw niepokoju przez wyższe nałożenia farby, co wzmagało napięcie udramatyzowania. Podstawą dla tego malowania było malarstwo gestu. Był to jednak jedyny związek z tą, powszechną w tych czasach, manierą estetyczną, która nie przeszkodziła Brzozowskiemu zostać samotną, niepowtarzalną indywidualnością w Sztuce Polskiej, mimo kilku rodzimych /malarsko płytszych/ pokrewieństw /np. R. Ziemski i Tchorzewski/. Zastosowane wyrażenie „napięcie udramatyzowania" nie wszczyna sprzeczki o dramat, w znaczeniu scenicznym, a o wyraz artystyczny, który istnieje w samej rzeczy tego malarstwa i nie rzadko balansuje równowagę, rozchwianą przez groteskę. Wynikające stąd wyobrażenia wnoszą w obręb kultury wysokie znaczenia i wieloznaczności. Także i to, że geniusz równoważony jest przywarami, które posiadają prawo do miejsca w dziele; a ślad ich nie ujdzie uwagi świadomego badacza.
Osoba artysty, mogąca dziś zostać szczegółowiej rozpoznana, mniej jest tajemnicza, to też łatwiej wynajdywać i nazywać istniejące w obrazie odruchy i gesty, które bywają wyraźniej demaskowane przez malarstwo spontaniczne, zwane tu abstrakcyjnym. Z tych obrazów /nieprzedstawiających/ emanuje specyficzny heroizm, jednak niepoparty wyrazistą dozą optymizmu.
Cudownie inteligentne tytuły obrazów potwierdzają głęboką kulturę oraz wyszukane poczucie zdystansowanego humoru Brzozowskiego. Ale i one posiadają jemu właściwy teatralny greps, oczywiście przynależący od malowidła. Właśnie tytułów, jak żadne znane mi malarstwo, potrzebują obrazy Brzozowskiego. Bez nich trafiałyby w mniejszym stopniu do świadomość odbiorcy. W obrazach bliskich figuratywności /w których figuratywność jakoby zostaje przywracana obrazowi/ zabiegi utrzymujące kompozycję płaszczyzny są wzmożone, lecz znów nie pozbawione swoistej kokieterii, jako znakomitego popisu żonglera warsztatem malarskim. W obrazach tych bardziej trafiam na żonglera, niż ryzykanta doprowadzającego do skromniejszego końca obrazu, ale otwierającego w nim większe iluzje, zwłaszcza przestrzeni i wyprowadzającego poetyckość obrazu z onirycznych nie dookreśleń, ku metaforom uciekającym ciągle spod pewności, zakreślającej statyczny obszar wyobraźni.
Błyskotliwa inteligencja pozwalała Brzozowskiemu zamieniać, w toku malowania, podjętą wcześniej decyzję, kierowaną na akceptację zdarzenia wynikającego ze spontanicznego odruchu kładzenia farby i otwartego prowadzenia narastających form, co wymuszało na nowo ustawianie charakteru obrazu. Jedno zdarzenie wyzwalało następne. Wydarzenia nie wystarczały sobie, w dodatku wzmagały niepokój podążającego za frazą wirtuoza, obdarzonego przekorą.
Jego pobudliwość pikturalna może inspirować rozwagę nad ogólnym rozumieniem świata; pomaga odnaleźć stosunek do ludzi, oraz do pojedynczej osoby. Wynoszona stąd ogromna doza psychicznego napięcia, zdaje się, skierowanego ku odnalezieniu charakterów, a nawet - niemożliwej do zatrzymania - formy człowieka swojej epoki, epoki erupcji śmiecia. W obrazach nie znajdujemy śmiecia-manekina - tu i rozlana farba ścieka skośnie w górę - co najwyżej dane niewyrazistości domniemywać można jako kukiełki z rekwizytorni /jak w krakowskiej
piosence/. Zatem nie znalazł Brzozowski człowieka /gdy ten zsunął się był z huśtawki/ - formy zewnętrza współczesnego sobie. Mając tylu przyjaciół, nie znalazł nikogo w głębi swojej pracy. To główny zawód tej twórczości. Idąc dalej, nie znalazł też środków dla wyrażenia dramatu epoki, mimo że tragiczne w skutkach rozbłyski zostały-są w tych malarskich materiach. Efektownymi światłami i wspaniałym ich rozpięciem, w bogactwie tonów i faktury, przybliżył obrazy muzyce Ravela/Dafhis i Chloe/. Ten ślad uświadamia modernistyczną fakturę muzyki Szymanowskiego, De Falli, Strawińskiego, nałożoną wręcz na obrazy, które mimo to nie odchylają się w stronę przeszłości. Zaistniały w swojej kolejności za niemałą domieszką romantyzmu Dela Croix, który to niekiedy sfałdował się w obłe gęstości, odnajdowane też wyraziście w obrazach Monticcelli'ego. Pamiętając teatralne gesty Brzozowskiego, ten chyba korzystał ze scenografii, za której draperiami pół przezroczystej farby chronił się, czyniąc swój geniusz mniej dostępną osobnością. Toteż obrazy dzieją się pionowo, są równoległe do ściany. W tym sensie nie sprzeczają się z doktryną, która w latach sześćdziesiątych sprowadzała malarstwo do „jakiejkolwiek farby i jakiejkolwiek płaszczyzny", poddanej mało kontrolowanym, najmniej celowym, nie wiadomo już - po co - ludzkim odruchom. Galimatias kulturowy lat sześćdziesiątych przeszkadzał we wdarciu się malarskiej przestrzeni na tereny coraz bardziej iluzorycznego obrazotwórstwa, w którym wpierw utracono intencję /intencjonalne odniesienie/ dzieła oderwanego od przedstawiania. Zalepione umyślonymi zagęszczeniami substancji, obrazy zatracały potrzebę /i rozumienie/ znikomo już kreatywnych materii.
Aluzyjne baśnie z czasów, w których przyszło nam żyć - opowiedziane, gdy uśmierzył się jednostkowy ból, a wielkie wojny to już tylko film z efektowną pirotechniką - baśnie, rozpostarte na niekiedy wielkich płótnach, wywierają i nadal chcą wywierać wrażenia. Brzozowski, jak i Matejko, znalazł wspaniały stosunek do historii. Matejko do dawniejszej niż przedwczorajsza.
Jakie anioły, albo diaboły, wytyczają ślad moim myślom. Nie bardzo umiem sobie wytłumaczyć skąd, w kontekście Brzozowskiego, pojawił się mistrz Jan. I już widzę. Właśnie Bitwę pod Grunwaldem /ale i Hołd Pruski, oraz Rejtana/. Efektowna zawierucha, efektowne materie, a co najważniejsze, góra obrazu jest nieomylnie u góry formatu. Dół też jest nieomylny. To zdanie wnosi propozycję zwrócenia znów uwagi na obrazy Brzozowskiego.