Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - Archetyp Duszy (1)

PANI EGUCKA spała niespokojnie: listopadowy wiatr już pod wieczór dość gwałtowny i zrywający ostatnie liście z drzew nocą przeszedł w huragan, toteż teraz wył i gwizdał we wszystkich przewodach wentylacyjnych apartamentowca, a że ogrzewanie było wyłączone, przenikał chłodem nawet przykrytą po uszy kołdrą – pyszniącą się metką z napisem: MERYNOS w runie 100% wełny – PANIĄ EGUCKĄ.
– No, jeszcze nie jest tak źle – szepnęła PANI EGUCKA – jak opisywał w swej podróży do Chin Jan Potocki, wysłannik cara Aleksandra I do cesarza tychże Chin – jeszcze mi, tak jak jemu wówczas, całymi tygodniami koczującemu pod chińskim murem w oczekiwaniu na łaskawe pozwolenie przekroczenia granicy tego tajemniczego – ZAWSZE – kraju, kołdra do twarzy nie przymarzła, a nos nie zlodowaciał – mówiąc to przezornie dotknęła swego wąskiego i długiego nosa, sprawdzając jego stan.
– W porządku – jest tylko zimny, ale swoją drogą ta kołdra za bardzo filtruje powietrze – dla mnie: za bardzo, choć wszyscy się tak zachwycają. Widocznie jestem wyjątkowym zmarzlakiem – cała dygoczę ! Zrobię sobie kubek czekolady MILKA, a na wierzch tej kołdry zarzucę moje czarne karakuły – wiszą przecież na drzwiach biedermajerowskiej szafy – tej uratowanej przez pana Adama, kiedy na wpół zgniłą, wyciągnęłam ją z rozpadającej się drewutni, przylegającej do STAREJ KUCHNI pałacu pana von HOFF: wykonana z czereśniowego drewna bez jednego gwoździa, której z tajemniczych powodów – jak diabeł święconej wody unikały mole; żadnych śmierdzących współczesnych klejów ! to dopiero sztuka, nie to co teraz ! – zachwycała się i owym zachwytem uzasadniła swą miłość do ANTYKÓW PANI EGUCKA. Bo PANI EGUCKA zawsze powtarzała za DEBUSSYM:
 – ze wszystkich ludzi na świecie najbardziej kocham moje ANTYKI – choć w przypadku PANI EGUCKIEJ nie była to tak do końca prawda – ludzi kochała też, ale pojedynczo, można powiedzieć: WYBIÓRCZO… nienawidząc FIZJOLOGII, szukała średniowiecznych ascetów nie: facetów ! Bo zawsze tęskniła za tym, co TRANSCENDENTNE… Nie było to łatwe… znajdowanie takich OSOBISTOŚCI DUCHA, no ale przecież też nie każdego dnia, znajduje się w starych drewutniach biedermajerowskie szafy !
Ta epoka ! Nawet chrześcijaństwo naznaczyła SEKSEM… nawet POETOM nakazała wtargnąć pod powierzchnię kobiecej skóry… PANI EGUCKA ze smutkiem rozmyślała o pewnym poetyckim ? wieczorze, na którym POETA wydyszał taki akapit swego wiersza: – brzmiał mniej więcej tak:
LEŻAŁA NA PODŁODZE I POZWOLIŁA MI ROBIĆ ZE SWOIM CIAŁEM CO TYLKO CHCIAŁEM… MĘSKA LITERATURA ? Równie żałosna jak KOBIECA… Tylko ANIELSKA – BEZPŁCIOWA… WIELKA… – minęło jej ulotnie przez głowę.
Według Flauberta, którego PANI EGUCKA czytywała zawsze w uniesieniu, to już KONIEC ŚWIATA ! Tak.. ma on po tysiąckroć rację… trzy wielkie ewolucje ludzkości:  poganizm, chrystianizm, chamstwo… powiedziałby Flaubert temu panu: ale też – "przypisuje pan przesadne znaczenie organom płciowym… waga jaką przypisuje się do strefy genitalnej zadziwia mnie coraz bardziej"
– Tak. Najbardziej ze wszystkich ludzi na świecie kocham moje ANTYKI… To co, że norwidowskie – DZIŚ NIE KOCHA NIKT PIĘKNA ! – To co !
Jeśli Aleksander Rogalski zwykł był domniemywać, że Flaubert CZŁOWIEKIEM ŚREDNIOWIECZA był, to i ona PANI EGUCKA średniowieczną DAMĄ… to PEWNE, no bo ktoś nią być musi, by zaprzeczyć tym, którzy głoszą, że bycie kobietą jest rzeczą niemoralną… na Soborze Trydenckim, choć tam jednym głosem ponoć, ale jednak, przegłosowano, że kobieta DUSZĘ MA !

– Czarne karakuły ! Acha ! Wywiesiła je tam wczoraj… właściwie: DLACZEGO ? – zastanawiała się PANI EGUCKA siedząc w swej czarnej satynowej piżamie męskiego kroju, nieco za dużej i w wielkich czarnych okularach przysłaniających jej zaprószone niewypłakanymi łzami oczy – na brzegu posłania: wyglądałaby jak jakaś zjawa z tej tajemniczej DOLINY CIENI, którą miała zamiar, zmuszona pewnymi okolicznościami, spenetrować… ach, ten SZALONY KNIAŹ… gdyby nie jasnozłocista karnacja i ŚWIATŁOWŁOSA koafiura – związane w secesyjny węzeł włosy, – a także wystająca z czarnej nogawki spodni, biała goła stopa, na której teraz PANI EGUCKA – wbrew wpajanym przestrogom Stasi – kołysała tego ISTNEGO.
– Oczywiście ! Czeka mnie PANICHIDA. PANICHIDA – modły w cerkwi za duszę biednej ciotki Helenki… jak ją nazwał w rozmowie telefonicznej SZALONY KNIAŹ ? KNIAGINI JELENA – ustaliła już zupełnie wyrwana ze snu PANI EGUCKA i wsunęła stopy w czarne aksamitne trepki, bo bardzo zmarzły; stopy o bardzo długich – podobnie jak u rąk – cienkich palcach. PANI EGUCKA potrafiła przebierać każdym z nich z osobna i się zaśmiewała, że mogłaby zrobić prawdziwą karierę w cyrku, grając nimi na fortepianie; teraz jednak nie było jej do śmiechu, bo te cienkie place były najzimniejsze.
Zakrzątnęła się w kuchennych zakamarkach i z kubkiem koloru kwitnącej glicynii… ROTE WERANDE w pałacu pana von HOFF – rozmarzyła się PANI EGUCKA tym przypomnieniem kwitnącej tam wiosną glicynii – pełnym czekolady, w czarnych karakułach zarzuconych na ramiona, wsunęła się ponownie w swe białe posłanie: MERYNOS 100% wełny w runie.
Za oknami wiatr wył nadal, z głębi tego wycia przedzierały się teraz do PANI EGUCKIEJ ucha jakieś jęki, jakby litościwe prośby, czasami się dawało nawet słyszeć wołający rozpaczliwie głos:
– GOSPODI POMIŁUJ… GOSPODIIIIiiiii… – poświstywało upiornie.

PANI EGUCKA wsparta o poduszki ogrzewała swoje arystokratyczne długie palce obu dłoni obejmując ów kubek z gorącą czekoladką MILKA i uspokajała rozdrażnione wypadkami wczorajszego dnia – nagłą śmiercią ciotki Helenki – nerwy: – To tylko wiatr… wiatr i deszcz… ta śpiewająca deszczem klatka schodowa z przeszklonym dachem…   

Śmierć zawsze spada znienacka: PANI EGUCKA niosła właśnie do samochodu pięknie upraną i uprasowaną bieliznę ciotki, by ją dostarczyć do Grodziszcza, biegnąc po dwa stopnie naraz w swym szarym ubranku i białej bluzeczce z ulubionym kołnierzykiem bebi spiętym broszą – małą kameą rzeźbioną w kości – chyba jednak słoniowej, bo na reliefie widoczne były jakby delikatne prążki, a tego na bawolej kości nie bywa – przywiezionej z Sanktpetersburskiego Leningradu – jeszcze ! bo rok 1990 wtedy – gdy naraz z górnej kieszeni żakietu dobiegła ją melodyjka chopinowska – jej nowy dzwonek komórkowy.
Na ekraniku pod hasłem: NUMER PRYWATNY, skrywał się kryptonumer czyjegoś telefonu.
Głęboki, wschodnim akcentem naznaczony, głos wycharczał:
– Pani Szlachecka ?
– Obcesowe pytanie – jaki numer pan wybrał ?
– WŁAŚCIWY – poznaję po głosie, że to PANI – warczało coś złowrogo w telefonie. – JELENA pochowana – UMIERŁA…
– Jest pan pewien, że dodzwonił się pan do właściwej osoby ? Nie mam nic wspólnego z pańską JELENĄ, jak mi się zdaje i dlaczego mówi pan po rosyjsku, a może to telefon z Leningradu… przepraszam: teraz już z Sankt – Petersburga, gdy mu to trzystolecie stuknęło… Jelena z Pedagogicznego Instytutu ? Taka blondynka z zadartym noskiem, taka młoda i UMIERŁA ? dopytywała więcej zdziwiona niż przestraszona taką wiadomością PANI EGUCKA.
– Po co te wygibasy, hę ?! – wrzasnęło coś w słuchawce. – Dobrze wiemy, że to o tę nieszczęsną ciotkę Helenę… KNIAGINIĄ ! chodzi.
– Ciotkę Helenkę z Grodziszcza – przeraziła się PANI EGUCKA – to niemożliwe – rzuciła zdecydowanie. – Pani Magda… no, ta fryzjerka, co to od ciotki wynajmuje fryzjerski salonik, natychmiast by mnie o jej śmierci, a tym bardziej o pogrzebie zawiadomiła… a pan tu – mówiąc kolokwialnie: NAWIJA, że już po pogrzebie – oburzyła się PANI EGUCKA.
– Ciotka nie życzyła sobie na pogrzebie OSÓB POSTRONNYCH – wyraźnie to zaznaczała w rozmowie ze mną – na łożu śmierci. Umarła o pierwszej w nocy po tym, jak pani wyjechała… – głos nieco łgarsko zafalował, rozmówca znów dziwnie zacharczał i głośno przełknął ślinę: – POCHOWANA – dodał jakby z ulgą w głosie, nieznajomy – znajomy.
– Jak to ?! To pan był osobą NIEPOSTRONNĄ ? – domagała się dalszych wyjaśnień PANI EGUCKA. – Był pan dla niej tylko lekarzem i do tego pozbawionym uprawnień – wygadała się niebacznie.
– TAAK ?! – zasyczał głos. – Tak GAWARIŁA ? a SZTO JEŚCIO GAWARIŁA ABA MNIE ?! – w głosie słychać było groźbę.
– O obcych mi ludziach i z obcymi, nie mam zwyczaju rozmawiać – skwitowała PANI EGUCKA, wściekła na siebie, że się dała wciągnąć taką głupią, a może nawet niebezpieczną rozmowę. Postanowiła ją zakończyć.
– To po co pan właściwie do mnie telefonuje ? – zapytała niby to obojętnie – trzeba się pilnować – pomyślała i schować emocje do kieszeni, choć nadal była w szoku.
– A pa TAMU SZTO TIEPIER ja w Grodziszczu BUDU KNIAZIEM – roześmiał się ciężkim jakimś śmiechem, zakończonym znów głośnym połykaniem śliny. – Jakby oblizywał się, czy co ? – zastanawiała się PANI EGUCKA.
– JELENA napisała – WSIO MAJO ! – znów zaskrzypiał, jak wieko trumiennie, głos.
– Jak pana, to pana. Koniec rozmowy – KROPKA. – ironicznie się zaśmiała PANI EGUCKA, bo dobrze znała podszewkę sprawy. – SZALONY KNIAŹ ! Nie taki znów SZALONY – mruknęła w duchu.
– No, jak ja KNIAŹ, to ja CHOCZIU SKAZAT SZTO… – przeszedł na polski – u nas w prawosławiu na trzeci, dziewiąty i czterdziesty dzień po pogrzebie PANICHIDA bądź PARASTAS odprawiamy… a ! – warknął.
– Jutro – dzień trzeci – PANICHIDA będzie za ciotkę odprawiana w cerkwi św. Mikołaja w Poznaniu. Telefonuje, by panią o tym powiadomić.
– Mam przyjść na PANICHIDĘ do cerkwi, aby się modlić za ciotkę Helenę – słabym głosem wyszeptała PANI EGUCKA, bo dopiero teraz do jej świadomości dotarł fakt, że ciotka się przeniosła do wieczności. – Przecież ciotka katoliczką była !
– Jakaż to ona katoliczka, kiedy kniaziowska krew w niej – PANICHIDY się domaga: w katolicyzmie waszym DUSZA po śmierci od razu: albo potępiona, albo zbawiona… no, ta ŁASKA UŚWIĘCAJĄCA – dyszał nienawistnie po drugiej stronie słuchawki – a w naszym prawosławiu istnieje możliwość zmiany stanu DUSZY po śmierci, aż do czasu sądu ostatecznego istnieje dla DUSZY możliwość uwolnienia się od piekielnych mąk – zajęczał, czymś bardzo poruszony.
– MOŻNA ! MOŻNA się URATOWAĆ – gorączkował się, wyrzucając gwałtownie słowa.
– W naszej cerkwi się modlimy za zmarłych, bo nie przyjmujemy, by już – tuż po śmierci – ktoś został potępiony ! Los człowieka po śmierci tak ukazany, że nie przesądzony; modlimy się za niego, by go uratować… – coś jeszcze bełkotał, charczał, ale PANI EGUCKA przerwała ten wywód krótkim:
– Dobrze. Jutro będę w cerkwi na PANICHIDZIE. Będę się modliła za ciotkę Helenkę.
– To proszę przynieść KOLIWO i ustawić na PANICHNIKU – rozkazał władczo, ów KNIAŹ ? NIEKNIAŹ ?
– Ależ ja nie wiem CO TO ?! – przeraziła się PANI EGUCKA, zupełnie już rozmotana spadającymi na nią wydarzeniami.
– Już mówię– naraz bardzo spokojnie i bardzo rzeczowo instruował SZALONY KNIAŹ :   
– KOLIWO – łaskawa pani (tu ironicznie parskną) – to gotowana pszenica; nooo, może też być kasza albo ryż z miodem, ale MIÓD być musi KONIECZNIE – powiedział z naciskiem – bo to on symbolizuje SZCZĘŚCIE WIECZNE. Proszę wszystko przyprawić rodzynkami, migdałami, śliwkami suszonymi. Jak pani do cerkwi wejdzie, to zauważy pani, na lewo, taki stolik – PANICHNIK, to przy nim się odprawia PANICHIDĘ. Tam proszę postawić KOLIWO. Proszę też osadzić, w znajdujących się opodal tulejkach, świeczki z prawdziwego ! wosku – można je kupić w cerkwi – objaśniał.
Naraz PANI EGUCKA usłyszała w słuchawce ni to jęk jakiś, ni to szloch: głos SZALONEGO KNIAZIA przeszedł w dramatyczny szept, gdy ni stąd ni zowąd zapytał:
– Czy można wyciągnąć DUSZĘ z PIEKŁA ?!! KAŻDĄ DUSZĘ ?! – a potem rozległo się przeciągłe wilcze wycie, a może zaśpiew ?!
– GOSPODI POMIŁUJ ! GOSPODI POMIŁUJ !!! GOSPODI POMIIIŁUUUUJ… Tylko TWOJA MOC może wyciągnąć DUSZĘ z piekła… GOO…SPOOO…DIIII…

PANI EGUCKA przerażona wyłączyła komórkę: tak; zrobi KOLIWO, kupi świeczkę z czystego wosku, pójdzie na PANICHIDĘ… teraz już tylko tyle można zrobić dla ciotki Helenki.

Do tej pory sądziła, że – być może – dotrze kiedyś do FURTY wiodącej ją do TAJEMNICY ISTNIENIA, ale teraz ta TAJEMNICA ISTNIENIA zaczynała się jej plątać z TAJEMNICĄ NIEISTNIENIA ?! NIEISTNIENIA tylko w trzecim wymiarze ? NIEISTNIENIA – ISTNIENIA ?! GDZIE ?!!! Nawet się nie wysilajmy, by to zrozumieć – nawet ! – PANIĄ EGUCKĄ opuściły naraz siły i by je nieco zebrać, przysiadała na marmurowych schodach apartamentowca, a torba plastikowa z upraną bielizną ciotki potoczyła się aż na mezanin.
Trwała jednak w owym bezruchu tylko chwilę – bezruch zawsze więcej ją wyczerpywał – wręcz osłabiał – nieźli ruch, toteż powstawszy, powiedziała na głos, aż rozdudniło się to jej wypowiadanie na całe przestrzenie schodowej klatki:

– Zaufajmy TRADYCJI – jest naszą mądrością odwieczną ! Niczego lepszego w trudnych chwilach nie wymyślimy – ponadto, co czynili nasi przodkowie. W trudnych chwilach. Przyszyjmy guzik.

Pozbierała osieroconą przez ciotkę bieliznę i ponownie wniosła ją do mieszkania. Biedermajerowska szafa była głęboka – na jej dnie, w ciemnym zakamarku, spoczęła dawna RZECZYWISTOŚĆ trzeciego wymiaru – istnienie ciotki.
– Czyż należy wyrzucać rzeczy zmarłych ? Jeszcze jedna tajemnica – tajemnica tkwiącej w nich ENERGII, która – być może – do czegoś jest zmarłym potrzebna – trzeba nam będzie powrócić do ARCHETYPU DUSZY… tak, tak – EGIPSCY KAPŁANI… – zaświtało PANI EGUCKIEJ w ciężkiej od smutku głowie.
Jeszcze tylko popołudnie i kolejna NOC dzieliła PANIĄ EGUCKĄ od PANICHIDY. Dobrze. Zdąży. Zdąży się przygotować, by wyjść na spotkanie z CIENIAMI W CZAPCE MONOMACHA i KAPELUSZU BORSALINO.

Teraz już tylko pozostawała POŁOWA NOCY… Tak, PANI EGUCKA spała niespokojnie – tak, rozbudzona – zmuszona była uspokajać rozdrażnione nerwy filiżanką gorącej czekolady MILKA.

W oświetlonym jedynie nocną lampką salonie, światła ulicznych latarni układały na posadzce jakieś ruchome kompozycje – obrazy jakiejś nierealnej rzeczywistości – realnej w swej nierealności… – plątało się PANI EGUCKIEJ w jej udręczeniu.

– Tak niezwykłe, jak te, które PANI EGUCKA widziała ? Oglądała w Sankt Petersburskim Leningradzie tamtego, 1990 roku: równie nierealne swą realnością, a może realne nierealnością… – nadal plątała swe myśli PANI EGUCKA.

Bo wówczas, w tym Sankt Petersburskim Leningradzie PANI EGUCKA się znalazła w takim miejscu, gdzie nic niby nie było realne… bo realne swą nierealnością, bo wszystko było CIENIEM. W muzeum ? W pracowni uczonych ? Raczej w TEATRZE CIENI – tam wszystko było CIENIEM CZEGOŚ CO BYŁO.

W tajemnych miejscach… TAJEMNE myśli… właśnie tam, w tym muzeum HOLOGRAMU nawiedziła ją ta myśli… – EGIPSCY KAPŁANI …

Jakąż to niezwykłą wiedzę tajemną posiedli i jak skrzętnie ją skrywali przed pospólstwem, formując na jego użytek tylko religijne wnioski, no bo jak np. wytłumaczyć takie osobliwe zdanie:
– Oprócz CIAŁA i ŻŁOŻONEJ (proszę zauważyć: ZŁOŻONEJ ) DUSZY, człowiek posiada rzekomo SOBOWTÓRA ! Ale jakiż ten SOBOWTÓR dziwny ! Jest niby wierną kopią organizmu danej jednostki, ale abstrakcyjnej osobowości, ale z jakiejś innej delikatnej materii ! – dziwiła się PANI EGUCKA – wówczas w tym muzeum i nadal – teraz też, upijając łyczek czekolady MILKA.
– Najbardziej niezrozumiałe jest to stwierdzenie starożytnych, podane bez żadnego komentarza, że SOBOWTOR istnieje i bez ciała człowieka żyjącego, a więc już nie przebywającego w przestrzeni trójwymiarowej, ale człowiek nie może istnieć bez swego SOBOWTÓRA.
Jak to wyjaśnić ? Jeszcze jedna TAJEMNICA ISTNIENIA ? A może TYLKO tajemnica, za której dymną zasłoną starożytni coś skrywali ? Ale CO ?

Skrywali swą – zapewne rozległą – wiedzę o DOLINIE CIENI, w której żywot pędził po śmierci człowieka jego CIEŃ… który ? … – PANI EGUCKA aż podskoczyła na łóżku, rozlewając, na szczęście na tackę, swą czekoladę MILKA:  
– Że też wcześniej na to nie wpadłem ! Ja – bądź co bądź: chemik – rzuciła w przestrzeń ciemnego pokoju:
                                        – KTÓRY BYŁ HOLOGRAMEM !

PANI EGUCKIEJ naraz zrobiło się gorąco… MILKA ?    TAJEMNE MOCE ?!
Chcąc jej przeszkodzić w dochodzeniu do PRAWDY ? Bo elektrownia naraz wyłączyła światło ? Nie – wyskoczył bezpiecznik, który to – automatyczny – wystarczyło jedynie ponownie wcisnąć… komuś w zaświatach moje myśli przeszkadzają… – parsknęła śmiechem. Nocna lampka rozbłysła ponownie.

PANI EGUCKA wsunęła się do łóżka, poprawiła swe ogromne czarne okulary by sprawdzić, czy rzeczywistości taka ezoteryczna, że aż bezpieczniki maltretuje i zastanawiała się nadal:

– Starożytni – zapewne kapłani – posiedli tajemnicę HOLOGRAMÓW, ba ! nawet mogli posiadać własne MUZEUM HOLOGRAMÓW – rozważała – w których umieszczali postacie – CIENIE wszystkich kiedyś żyjących ? Ważnych żyjących poprawiła: FARAONÓW… na pewno ! No… po ich śmierci ? Jeśli nawet trochę fantazjuję moim BLIŹNIACZYM zwyczajem, to coś w tym jest.
WSIO RAWNO… najważniejsze, że teraz nauka dotarła nareszcie do tej DOLINY CIENI, bo w tym 1990 roku – w Sankt Petersburskim Leningradzie, PANI EGUCKA znalazła się w MUZEUM HOLOGRAMÓW – w owej DOLINIE CIENI !

CZARNE OKULARY ? – PANI EGUCKA opuściła je teraz na sam czubek nosa, by wyglądać jeszcze bardziej frapująco, bo właśnie miała swym przypomnieniem tamtych chwil, zadziwić samą siebie: tą swoją opowieścią…

– Któregoś ranka – czyż nie tak się zaczynają OPOWIEŚCI – cieszyła się PANI EGUCKA, bo przecież ludzie spod znaku BLIŹNIĄT za opowieściami przepadają: taki ZAGŁOBA ! Zapewne spod znaku BLIŹNIĄT był. Na pewno ! PANI EGUCKA zrobiła do niego PERSKIE OKO – w tych jego przestrzeniach literackich – bo rozumiała, jak nikt, tę jego potrzebę radosnego gadulstwa ubarwiającego ten szary świat.
– Zatem: któregoś ranka przyszła do OBSZCZEŻYTIJA wykładowczyni psychologii i zwracając się do oczekującej na nią w hallu polskiej grupy, z nieukrywaną dumą w głosie powiedziała:
– Nu, prigotowties?. Wy siewodnia uwiditie czto to takoje, czewo wy nikogda jeszczo nie uwidieli. Nigdzie tego nie ma, a u nas w Leningradzie – jest ! Uwiditie MUZEJ HOLOGRAMOW ! WOT ! – westchnęła rozemocjonowana i dmuchnęła w górę, na swą grzywę czarnych włosów, bo z tych jej emocji, opadła jej na oczy.
Takim sposobem PANI EGUCKA się znalazła w DOLINIE CIENI – MUZEUM HOLOGRAMÓW. CIENI iluzją ? w trójwymiarowy świat przeniesionych – EISTANOWSKIE PŁASZCZAKI ? … – jest… jest taka bajka EINSTEINA o PŁASZCZAKACH… trzeba czytać ! wyzłośliwiała się PANI EGUCKA na tych co to książek nie lubią – naraz nam spuchły ! Znalazły się w trzecim wymiarze… hm… zatem dla nich ta zmiana wymiaru, mogła oznaczać przeniesienie się do WIECZNOŚCI – rozważała PANI EGUCKA. Każda zmiana wymiaru, to przecież wędrówka w przestrzeni…

W ciemnym, no, raczej CZARNYM – jak pokój MASONÓW w pałacu pana von HOFF: był tam taki – pomieszczeniu płonęły tajemnym tajemniczym światłem gabloty, a w nich ?! Pyszniły się carskie klejnoty, a nawet wyroby jubilerskie z czasów Rusi Kijowskiej oraz arcydzieła ikonograficzne. Sprawiały wrażenie trójwymiarowości – na pierwszy rzut oka niczym się nie różniły od tych oryginalnych dzieł sztuki – autentyków, jakie swego czasu PANI EGUCKA oglądała w moskiewskich muzeach – zwłaszcza ikony RUBLOWA, które PANI EGUCKA znała – poznała z oryginałów; bądź to w ODESSIE, w muzeum kosztowności, w którym to PANI EGUCKA się ukryła przed czterdziestostopniowym mrozem po powrocie z rejsu po Morzu Czarnym… grudzień… SOCZI… upały, a tu naraz: taki ziąb ! – w oczekiwaniu na pociąg ODESSA – WARSZAWA.

– Dzieła ikonograficzne ? – PANI EGUCKA powróciła naraz do tego pobytu w moskiewskim muzeum: te ikony RUBLOWA… zastanawiające ! Wymalowane na nich aureole świętych – to ją uderzyło – przypominały kaski kosmitów – kosmonautów ? miały nawet takie punkty… jakby zakręcone były specjalnymi śrubami… ach, to TRZECIE OKO !
Ikony oglądała wówczas także grupa małych dziewczynek w czerwonych pionierskich chustach wraz z ich UCZITELNICĄ. Mała dziewczynka zapytała, wskazując na ikonę TRÓJCA ŚWIĘTA – oczywiście RUBLOWA ! Dopytywała o treść obrazu:    
– KTO ETO ?
Ze zgrozą PANI EGUCKA usłyszała odpowiedź owej nauczycielka ?!
– ETO TRI DURAKA…

Ale tutaj, w muzeum hologramów wyjaśnienia padały jasno i wyraziście sformułowane: żadne takie – ETO TRI DURAKA ! bo tutaj samyje umnyje ludzi wsjo eto zdziełali.

– To są KOPIE OPTYCZNE wyrobów artystycznych – objaśniała z dumą przewodniczka – tę metodę zapisu hologramów już w 1962 roku przedstawił ukrainski uczony J. DENISIUK – dodała.

Błądząc na chybił trafił po tym ciemnym wnętrzu, z którego się wyłaniały rozmigotane jakąś księżycową poświatą niebywałe skarby – istny SEZAM ! – zachwyciła się PANI EGUCKA – PANI EGUCKA odnosiła wrażenie, że widzi je… ich obraz ? postać ? … jakby poprzez przeźroczystą szklaną płytkę; dawały się oglądać pod każdym kątem, a ich światłocień, faktura materiału, nasilała wrażenie trójwymiarowości.
– Taki hologram potwierdza – starożytną myśl egipskich kapłanów, że KAŻDY może mieć swego SOBOWTÓRA – jest nim bowiem jego hologram. Nareszcie zrozumiałam to niby dziwaczne zdanie, wydobyte z wiedzy – TAJEMNEJ przecież ! Jak to oni głosili.
Człowiek nie może istnieć bez swego SOBOWTÓRA – czyli CIENIA !!! – krzyknęła PANI EGUCKA wyskakując z łóżka – ale SOBOWTÓR – CIEŃ… Ależ TAK ! Jego HOLOGRAM ! MOŻE ISTNIEĆ ! ISTNIEJE !
PANI EGUCKA biegała teraz na bosaka po jesionowych klepkach podłogi w salonie, a za nią fruwały, jak czarne skrzydła nietoperza poły rozpiętej czarnej piżamy o męskim kroju, ukazując równie czarny podkoszulek: od przejścia w świat hologramu ratowała ją jedynie jej ŚWIATŁOWŁOSA uroda – jasne włosy roztańczyły się na ramionach i urągały tej czerni – czerni tego niezwykłego muzeum.  

– OPOWIEŚCI CHIŃSKIEGO MANDARYNA ?! – akurat – oburzała się PANI EGUCKA na Gertrudę – Żannę, która wszystkie jej niezwykłe opowieści swego czasu tak kwitowała.
– No bo człowiek się dawno przeniósł do wieczności, a tu jego HOLOGRAM – CIEŃ – SOBOWTÓR krąży po tym świecie ! Proszę ! znowu coś odkryłam ! I niech to się nawet nazywa: OPOWIEŚCIĄ CHIŃSKIEGO MANDARYNA !
– Acha ! Czy HOLOGRAMY posiadają CIEŃ ? – zapomniałam o to zapytać, ależ nie – w gablotach nie zauważyłam żadnego cienia, płonęły tajemniczym światłem. Coś co CIENIEM jest, cienia posiadać nie może – hologram jest zatem cieniem IN STATU NASCENDI – jak chcą starożytni – może się oddzielić od ciała i powędrować do DOLINY CIENI, a ta DOLINA to właśnie muzeum hologramów – skonstatowała PANI EGUCKA.
Kapłani egipscy nie tylko znali metodę holografii, ale posługiwali się hologramami – postawiła swoją tezę PANI EGUCKA, przysiadając na ziemmlerowskim fotelu, pokrytym nieco już wyblakłym i trochę podniszczonym gobelinem, przedstawiającym sielankową scenkę rodzajową: przebraną za pastereczkę damę w objęciach romantycznego kochanka: no tak, wówczas ten fotel antykiem jeszcze nie był, nie mogła zatem kochać antyków… – usprawiedliwiała ją PANI EGUCKA, ponownie huśtając tego ISTNEGO prawą stopą – tą z dłuższym palcem, zawsze trochę obolałym od przyciasnego fabrycznego pantofla, bo już nie istniał na tym świecie szewc z Warszawskiego Osiedla, no a jego hologram nie pochyli się nad kopytem w swym warsztacie, by zrobić dla PANI EGUCKIEJ giemzowe pantofelki NA MIARĘ !

– Uporządkujmy nasze rozważania – uporządkowane myśli zawsze ukazują nam NOWE PRZESTRZENIE – a więc:

CZŁOWIEK – posiada CIEŃ – kiedy żyje – dorzuciła PANI EGUCKA.
Po śmierci CIEŃ oddziela się od człowieka.
CIEŃ – wędruje wówczas do DOLINY CIENI i tam pędzi żywot.
CIEŃ – to HOLOGRAM, a DOLINA CIENI to muzeum. HOLOGRAMÓW.
CIEŃ – HOLOGRAM to według wierzeń egipskich – oczywiście utajnionych – SOBOWTÓR CZŁOWIEKA.
CZŁOWIEK nie może istnieć za życia bez CIENIA, czyli… SOBOWTÓRA, który HOLOGRAMEM jest !
Ale HOLOGRAM – CIEŃ – SOBOWTÓR – istnieje sobie i  bez ciała CZŁOWIEKA.

Istnieje nawet wówczas, gdy były właściciel cienia od dawna już nie istnieje w przestrzeni trójwymiarowej !
Dla PANI EGUCKIEJ wszystko stało się jasne – mianowicie to, co tak mgliście formułowali Egipcjanie: jakby nie mogli napisać wyraźnie:
– CZŁOWIEK nie może istnieć bez cienia – SOBOWTÓRU, ale jego SOBOWTÓR – CIEŃ, może istnieć bez CZŁOWIEKA – jako HOLOGRAM.
Dlaczego się nie przyznawali, że posiedli wiedzę, która oddała w ich ręce metodę otrzymywania optycznych kopii realistycznych obiektów – Hologramów ? Egipska wiedza tajemna kryje zagadki do dziś, do malutkiej cząstki tej wiedzy PANI EGUCKA – jak się zdaje – właśnie dotarła… ale: TYLKO cząstki ? Tak. Pozostaje bowiem pytanie, czy CIEŃ – HOLOGRAM jest ILUZJĄ czy Einstanowskim PŁASZCZAKIEM ? HOLOGRAMY można oglądać – choć nierealne, a ojciec opowiadał w dzieciństwie o takich filozofach, którzy głosili: czego nie widać – tego nie ma ? HOLOGRAMY można oglądać… – wszystko mi się pomieszało – zmartwiła się PANI EGUCKA. Muszę się choć trochę przespać… – stwierdziła samokrytycznie.

Wsunęła się ponownie w głąb ciepłego łóżka – karakuły grzały jak piec kaflowy w pałacu pana von HOFF. By zasnąć, zamiast liczyć barany Stasiną metodą, przeniosła się myślą do carskich komnat w GATCZYNIE, które też zwiedzała, podziwiając świetność rosyjskiego tronu i blask jego korony, odkąd w 1724 roku CZAPKĘ MNOMACHA carską koroną zastąpiono. Pod powiekami przechowywała obraz klasycystycznego pałacu – pałac angielski – i te widoki ze wszystkich wyniosłych okien komnat tego pałacu na park ze srebrnym okiem jeziora pośrodku, połyskującym wilgotno jakąś z dawien dawna przechowywaną tu WIELKĄ ŁZĄ, pozostałą PO KIM ? PO CZYM ? Na takie pytania próbują tylko czasami odpowiadać historycy, usiłując zgarnąć w jedno szczątki wiadomości o tych ludziach ogarniętych szaleństwem WŁADZY ? PYCHĄ ? Ludzi – PÓŁBOGÓW ?

A może ludzkich CIENI, które wypełzły z tej DOLINY CIENI którą zamieszkują prastare dusze tajemniczych ATLANTYDÓW, podobno bardzo złośliwe, bo tajemniczą śmiercią naznaczone – nagłą ! Zatopienie Atlantydy na skutek jakiegoś nieznanego kataklizmu nastąpiło w ciągu jednej nocy – o czym starożytni Egipcjanie – ich kapłani wspomnieli.

Teraz te CIENIE wszędzie za PANIĄ EGUCKĄ goniły, przypominając jej ową pradawnością znaczone rysy twarzy Szlacheckich.
Z licznych portretów zawisłych na ścianach komnat tych rosyjskich pałacy spoglądały na nią oczy – nawet całe twarze – które PANI EGUCKA widywała na złocisto – rudawych starych secesyjnych fotografiach w albumach Praszlacheckiej, przeglądała w Palenicy, oglądała u ciotki Helenki w Grodziszczu. Zasypiając, widziała jak te podobizny – te z portretów i tamte z albumów – nakładały się jedne na drugie… jedne na drugie… nakładały… i w tej swojej portretowo – fotograficznej jedności – identyczności, domagały się teraz, by to ich bliźniacze podobieństwo uhonorowane choć myślą… choć podziwem… ba ! nawet czołobitnością, było, wręcz pokłonu się domagało !
Ale i żywe twarze współczesnych Szlacheckich z Palenicy wyzierały z tych rysów, z tych oczu, a nawet z kształtu – tu upierścienionych dworskiego portrecisty zamysłem, a tam, gospodarskich spracowanych palenickich – dłoni.

Czy to w CZAPCE MONOMACHA, czy w KAPELUSZU BORSALINO, czy TAM, czy TU – to byli ONI… to był ten ciotki Helenki ŁÓÓN… KNIAGINI JELENY – NIEKNIAGINI ?! Zapętleni… opętani… spętani swymi CIENIAMI… ważyli się na każdą zuchwałość… podnosili rękę… dla zabawy ? Zemsty ? ZEMSTY – ZAWSZE ! …była rozkoszą tych PÓŁBOGÓW, wpisanych w nieodgadnioną DOLINĘ CIENI… z niej czerpali tę ponurą siłę dla zdobywania dla siebie wszystkiego w sposób NIELUDZKI… władczy… pogardą dla MOTŁOCHU naznaczeni, któremu od nich nic, prócz PAŁKI się nie należało… PAŁKIN… Mikołaj I… taki wyniosły jak SZALONY KNIAŹ, Aleksy… tak opętany jak KNIAŹ SZALONY.          

PANI EGUCKA zasypiała – NARESZCIE ! – nie, nie w Sanktpetersburskim Leningradzie, jeszcze dwudziestowiecznym, bo rokiem 90 – tym naznaczonym tamtego wieku, ale w swym poznańskim apartamencie, w 21 wieku, w którego przewodach wentylacyjnych – poprzez jęki wichury – ktoś stale, jak S. O. S. nadawał : NA PEWNO ! GOSPODI POMIŁUJ… POMIŁUJJJJJJJjjjjj…

ZASYPIAŁA ! Jakże tu, przy takim akompaniamencie można zasnąć ! – oburzyła się na niecne sprawki WICHURY – NIEWICHURY PANI EGUCKA. Teraz już na pewno do rana nie zaśnie. NA PEWNO !

Za ścianą, w pustym mieszkaniu GARGAMELA, który zawsze znikał na całe noce, stojący zegar wydudnił dwa uderzenia.
– Dopiero druga w nocy, trzeba się czymś zająć – pomyślała zmartwiona tą męką bezsenności, PANI EGUCKA.
   Jakby tych nocnych jęków wichury, dudnienia zegara, było mało, zapiszczała jej nowa komórka domagając się żałośnie doładowania i grożąc, że jeśli PANI EGUCKA tego nie uczyni natychmiast, to ona tak długo będzie jęczała, aż się rozładuje.
PANI EGUCKA ponownie się wysunęła ze swego wąskiego łóżka CHIPEENDALE i otulona w te czarne brajtszwance usiadła przy swym ulubionym stoliku przerobionym z maszyny do szycia marki PHENIX i podłączyła komórkę do sieci, która teraz, jak niemowlę pierś matki, ssała z kontaktu energetyzujące ją pożywienie.
Trzymając ją taką zadowoloną w dłoni, PANI EGUCKA przesunęła jej wieczko i z nudów, na chybił trafił, połączyła się z jakimś numerem.
– Co ja robię – przeraziła się. – Budzę kogoś o tak zwariowanej godzinie ? Już zamierzała wyłączyć telefon, gdy po drugiej stronie odezwał się naburmuszony zaspany głos :
– PANI EGUCKA… zlituj się, umarł ktoś, co ci się stało ?! Mam tyle pracy… GRANTY ! GRANTY – syczał głos. – Ja nie mam czasu na jakieś twoje nocne pomysły – głos brzmiał teraz dokładnie tak, jak głos GALARETY – był nieprzyjazny i nabzdyczony, głos tego kogoś, kogo PANI EGUCKA karmiła i zabawiała – niańczyła – jak był malutki, miast chodzić do szkoły w ÓWCE


– Jesteś profesorem antropologii. – rzeczowo przerwała tę tyradę PANI EGUCKA.
– I po to telefonujesz o drugiej w nocy by mi to oświadczyć ? Ojciec mnie zawsze ostrzegał, bym się trzymał od PANI EGUCKIEJ z daleka – ZWEI SCHRITTE VOM LEIBE ! Jest nieco myszygene.
– Cha, cha – ale kawał ! Szkoda, że nie kazał ci się trzymać od PANI EGUCKIEJ z daleka, kiedy mnie zmuszał, bym była twoją nianią, zamiast, jak inne dzieci w moim wieku, chodzić do szkoły, ale to na marginesie tej śmiesznej twojej wypowiedzi. A teraz : no to do kogo mam telefonować, jak nie do antropologa, aby skonsultować życiową dla mnie sprawę CIENI ? – sucho wykrztusiła PANI EGUCKA, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że teraz to już na pewno w oczach przyrodniego brata jest pogrążona, ale – prawdę mówiąc – zawsze poświęcała bratu tyle czasu, że kiedy towarzystwo NOCY się stało nie do wytrzymania, to ostatecznie ten brat, też się powinien dołączyć do jej nocnego czuwania.

– Nie jestem antropologiem kultury – zainteresuj tym problemem kogoś innego – ze zjadliwością GALARETY w głosie rzucił profesor.
– Czy musisz do mnie przemawiać głosem twego ojca – rozżaliła się PANI EGUCKA. – Ostatecznie mogę cię nieco poduczyć w tej sprawie, zawsze musiałam cię w dzieciństwie uczyć rzeczy interdyscyplinarnych… nie, nie biologii, od dziecka, w tych swoich woderach rybackich uganiałeś się po bagnach Wirenki za tymi twoimi ulubionymi STWORAMI, a słoiki pełne rozwielitek zapełniały parapety wszystkich okien pałacu pana von HOFF – jęknęła PANI EGUCKA na wspomnienie tego zapachu zgniłej wody z parkowych sadzawek, jaką w tych słoikach przechowywał jej młodszy brat.

– Czy PROFESOR musi być taki monotematyczny, że aż NUDNY ? … GRANTY… GRANTY… – trochę już przedrzeźniając wołała PANI EGUCKA i zrzuciła futerko z ramion, bo naraz zrobiło się jej gorąco; zawsze robiło się jej gorąco, kiedy wykładała swoje racje GALARECIE.

Również tego autora

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org