Stanisław Grabowski - KIEDY UMIERA POETA, UMIERA ŚWIAT

Zmarł Konrad Małek. Dał się poznać jako autor kilku ekologicznych bajek dla dzieci, z udanymi rysunkami córki Anny. Mało o nim wiemy. Warto więc wypisać z okładki jego debiutanckiej książeczki, że „urodził się w 1957 r. Akademię Ekonomiczną w Katowicach ukończył w 1980 r. Od ukończenia studiów związany jest zawodowo z górnictwem. Interesuje się literaturą od 13 roku życia. Uczestniczy w spotkaniach Klubu Literackiego »Barwy« w Rudzie Śląskiej. Jego wiersze publikował m.in. »Gość Niedzielny«"... Niewiele tego. Wiadomo ponadto, że humanistyczne pasje nie opuszczały go do końca, że miał różne plany związane z rozwojem życia literackiego w swoim mieście, że planował spotkania z czytelnikami.
Jego poetycki talent eksplodował, że tak się wyrażę, z całą siłą w ostatnich latach. Dowodem tom wierszy pt. „Nie martwcie się" (2011) poświęcony całkowicie pamięci... żony Grażyny, która „po krótkim pobycie w szpitalu i klinice [...] zmarła na ostrą białaczkę limfoblastyczną w swoje 53 urodziny, 13 lutego 2010 roku".
Poeta wiedział, że jego ukochana żona umiera i nie mógł się z tym pogodzić. Pocieszenia szukał przede wszystkim w słowie pisanym. Prawie codziennie w specjalnym zeszycie zapisywał myśli, z których zrodził się jego ostatni opublikowany zbiór wierszy. Zatem to właściwie rodzaj pamiętnika, który świadczył o silnym stanie emocji autora, co dzień owocującej poetycką impresją. Dokładniej, jakby dziennik duszy, do którego poeta nieustannie uciekał. Po jego lekturze, po częstotliwości zapisków, widać że o niczym innym nie potrafił myśleć, że poza żoną, i to wcale nie wyidealizowaną, nic innego go nie interesowało. Ona stała się głównym odniesieniem, jakby zwornikiem jego przeszłości i teraźniejszości; jej martwej, dalej powierzał swoje tajemnice, swoje żale i lęki, swoje życiowe plany. Nie mógł uwierzyć, że najbliższej mu istoty, której oddał kilkadziesiąt lat życia, nie ma obok niego. Ufał, że „dopóki dymi nasza pamięć...". W dalszym ciągu zwracał się do niej jak do żywej osoby, stale mieszał w swojej liryce sceny realistyczne ze snem, z marzeniami.
Właśnie sen jest często przywoływany w tych wierszach, co zresztą wydaje się naturalne. Pewnie przynosił nieco ulgi poecie, pozwalał na spotkania z ukochaną poza jawą. Przydałby się Jung czy Freud, by bliżej objaśnić tego typu stany, ale na to nie ma miejsca.
Przykłady:
 
Utulam obrazy
      do snu,
by je wskrzesić
    [...]

śniło mi się,
że byliśmy na jakiejś wsi
    [...]
    
chcę uciec,
gdzieś w ciszę
nie pamiętać
– zasnąć.
    [...]
    
    Może kiedyś się obudzę
i Ty znów będziesz
przy mnie
    [...]
    
Jeszcze mi został
sen,
tam Cię mogę spotkać,
pełen nadziei
zasypiam
    [...]

Właściwie po lekturze tego typu poezji powinno zamilknąć pióro recenzenta. Nie umiałem się jednak z tym pogodzić. Próbowałem wówczas na gorąco dać wyraz swym emocjom. Okazało się to jednak niemożliwe. Byłem akurat  w psychicznym dołku. Po napisaniu kilku grubych książek, po kilkuletnim prezesowaniu wydawnictwu, nie byłem zdolny podnieść długopisu na wysokość blatu biurka. Także wystukać jakikolwiek tekst przy pomocy klawiatury komputera. W zawodzie literata, jakim się param, nie jest to nic niezwykłego. Po latach urodzaju zawsze przychodzą lata chude. Wypada tylko czekać na kolejną falę twórczej weny. A nuż nastąpi. Czas oczekiwania „zabijałem" lekturami i pracą fizyczną. A że zdarzyło mi się to po raz trzeci w życiu, byłem spokojny, iż miną złe dni. I w końcu minęły.
    W spisie „prac do wykonania" recenzja książki Konrada Małka znajdowała się na pierwszym miejscu. Ale wpierw wysłałem poecie krótki list z próbą wytłumaczenia się. Było to w grudniu ubiegłego roku. A pod koniec stycznia 2012 roku. otrzymałem list podpisany przez córkę poety – Annę. Zrozumiałem, że stało się coś strasznego. Pani Anna napisała: „Mój Tato, Konrad Małek nie żyje. Odszedł od nas 30 października 2011 r. Nagle i niespodziewanie zatrzymało się jego serce. To była niedziela, bardzo słoneczna. Stało się to koło południa, gdy Tato wracał z kościoła i cmentarza – to był jego niedzielny rytuał. Potem zawsze odwiedzał Babcię. Przewrócił się przed jej drzwiami. W tych ostatnich chwilach była z nim moja Siostra, Madzia. Pogotowie próbowało go reanimować, ale bezskutecznie...".
Małek każdym słowem, jak kluczem, otwiera przed nami nowe obszary liryki, tego przedziwnego stopu, o którego powstawaniu ciągle tak niewiele wiemy. Pisanie to przecież zawsze zaskoczenie, zdziwienie, i strach, że już nie powróci, że nigdy więcej niczego nie napiszemy. W wypadku autora „Nie martwcie się" dylematy owe jakby nie istniały. To nie jest dla niego ważne co będzie robił w przyszłości. Interesuje go tylko przeszłość i teraźniejszość. A przeszłość, jak życie, utkana jest z obrazów radosnych i smutnych, szczęśliwych i tragicznych. Z kolei teraźniejszość to jedynie bolesne rozpamiętywanie tego co było, nieudane próby egzystencji na nowo, próby reanimacji wspólnego życia za wszelką cenę, nawet za taką:

    Chciałbym z Tobą
    chodzić po śmietnikach
    spać na ławce parku latem
    a zimą w przytułku.

Świat, w którym żyje poeta, zaludniają sąsiedzi, bliżsi i dalsi krewni, córki, koledzy z pracy, a jednak:

    Samotność
przyciska do ściany,
zawiesza ołowiane kule
u nóg,
toczy obrożę
po kamienistej drodze,
i zaciska pasa
u szyi.

Nie ma od niej ucieczki, samotność może stać się tylko coraz bardziej samotna, i to wcale nie paradoks, ponieważ:

Umarł mi ojciec
potem matka,
jedyny brat,
a teraz Ty
najmłodsza ze wszystkich.
 
Nieustający dialog, jaki toczy poeta z umarłą żoną nie jest jednostronny. Ona także zabiera głos, jak w tym liryku bez tytułu:

Może umarłam
byś pisał,
ty poeto przebrzydły,
wyrzucał, jak wulkan
lawę
i z popiołem wzlatywał,
z popiołem opadał,
jak najbliżej mnie.

„Jak długo udręczony mój mózg dręczyć będą umarli?" pytał retorycznie Jan Śpiewak. Tego pytania nie zadawał sobie Konrad Małek. Nie ma też fascynacji śmiercią w jego utworach. Jest przede wszystkim wielkie przeogromne zdziwienie pokrętnymi ludzkimi losami i wyrokami boskimi. Poeta udowadnia nam także, że w każdej niby zwyczajnej chwili przeżytej z żoną umiał znaleźć niezwykłość, jak w tym fragmencie:

    Tańczyliśmy w Lachowicach
rankiem,
tak od niechcenia,
Saba szczekała,
chciała nas rozdzielić,
było to bardzo dziwne.  

        Pani Anna pisze w liście: „Po Tacie pozostała spuścizna jego twórczości. Mnóstwo poezji. Na pewno kiedyś spróbuję to wszystko zebrać i ocalić od zapomnienia...". Nie przytaczam tego cytatu na pocieszenie.
    

___________________
 Konrad Małek, „Nie martwcie się", LSW, Warszawa 2011

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież