Mieczysław Wojtasik - Fenomen pogranicza

W najnowszym kwartalniku Nauczycielskiego Klubu Literackiego w Białymstoku „Najprościej" (nr 1/95/2012) znalazło się aż 6 omówień zbiorku wierszy IRENY SŁOMIŃSKIEJ  pt. Pogranicza. Autorzy (Grzegorz Czemiel 2x, Teresa Januchta, Daniela Długosz-Penca, Irena Grabowiecka, Bożena Siemieńczuk-Bartoszewicz), chociaż z różnych stron przykładają do tej poezji szkiełko i oko, inaczej rozkładają akcenty, stopniują emocje, to jednak znajdują wystarczająco dużo  swobody dla poglądów i ocen zgodnych ze światem przedstawionym dzieła. Dzieła na tyle otwartego, że aż się prosi o dalszy ciąg interpretacji. A to dlatego, że konotacja choćby tytułowego pojęcia „pogranicza" nie ma w odbiorze powszechnym granic. Nie od rzeczy będzie w tym miejscu spostrzeżenie, iż źródła twórczych inspiracji są bardziej i mniej wydajne, bardziej i mniej trwałe. Pogranicza – to niemal źródło Muz, istne Hipokrene. Zwłaszcza jeśli uwagę skierujemy na pogranicza odnoszące się nie tylko do terytoriów, narodów, kultur, religii, ale do wszelkich spojeń i rozwarstwień znaczeniowych między osobami, przedmiotami, zjawiskami, takimi jak  życie i śmierć, dobro i zło, ogień i woda, jawa i sen, realność i wyobrażenie, kobieta i mężczyzna, i tysiące innych niezmiernie energetycznych oboczności. Na  domiar złego (i dobrego) poetka wprowadza czytelnika w (na) pogranicze najsilniej skontrastowane – rozdarcie (s.14): w rozdarciu/ sprawdzamy się najpełniej/ w rozdarciu/ mamy skrzydła/ w rozdarciu dotykamy i weryfikujemy/ marzenia// kochaj mnie rozdartą na niebo/ i świat. Według powyższej wykładni w szekspirowskim dylemacie być albo nie być najwięcej treści mieści się „między okładkami", czyli między bytem i niebytem, w wahaniu, w niewyjaśnionej jeszcze tajemnicy.           
Dojrzałość poetki przejawia się też w umiejętności  rozsunięcia granic pogranicza i otwarciu się na zewnętrzność, w trudzie wędrowania po krzyżujących się splątanych chaotycznych szlakach/ swych ucieczek cierpieniem znaczonych jak głogiem (s. 29). Głóg nacechowany jest tutaj bezsprzecznie symboliką związaną z koroną cierniową Chrystusa. Jest zatem znamieniem śmierci. Rozpanoszonej w przyrodzie, o czym zaświadcza obdarzona świadomością woda: ja jestem przemijaniem i wciąż cię rozkruszam/ szepce woda a ląd zbiera uporczywie/ okruchy na kolejną zmianę (s. 37). Ostatni wiersz w tomiku  poetki z Białegostoku, to partnerska rozmowa z umarłymi – mandatariuszami ekspansji życia: o moi umarli/ nie odwracajcie karty -/ żyję. Jak zauważa w swojej recenzji G. Czemiel śmierć jawi się tutaj jako siła nie zamykająca lecz otwierająca drogę do twórczej aktywności. Ten paradoks ewokuje oryginalną, jak mniemam, tezę, że śmierć jest przewodnikiem sztuki. Bo dla kogo i po co artyści czy też zwykli zapaleńcy mieliby składać wiersze, komponować melodie, zabarwiać płótna, rzeźbić w drewnie czy kamieniu itp., gdyby nie funkcjonowało prawo przemijania? Bez śmierci nie byłoby dzieł. A więc w rozwarciu „śmierć – dzieło" są skrzydła, które przypinał sobie Ikar i skrzydła, które unoszą w przestworzach Pegaza. Jest też „ kreślenie łagodności na pochyłym krajobrazie" (parafraza myśli ze s. 41) i odmierzanie czasu kruchym naczyniem ciała (s. 52). Najbardziej newralgicznym  „naczyniem ciała" jest – jak w micie o Achillesie – pięta: czasem myślę sobie że jestem/ jedną ogromną legendarną piętą/ i dookoła widzę same pięty/…/ które mają gładkość wypielęgnowanej/ słodko pachnącej skóry taką piętę/ można ze czcią całować/ wkładając w to miłość (s 53).  
Próby przewartościowania  utartego znaczenia śmierci są zaczynem  przeświadczenia, iż na wielu szlakach aktywności umysłowej – tak jak na wywiedzionym przez  Irenę Słomińską – poezja nie tylko towarzyszy filozofii, ale przewodzi jej. Poetka odmienia też znaczenia innych zastanych wypowiedzeń, na przykład: od  skóry się nie ucieka do skóry się dochodzi/ żmudnym wysiłkiem palców co niejasne bruzdy/ żłobią w ciele jak w wodzie (s. 21). Nieprzypadkowo też w pobliskim utworze (s. 15) pojawia się myślą wędrujący dotyk. Skóra w dotyku wyzwala więcej doznań niż wnętrze (ciała? duszy?): miękkość wnętrza bywa równie odpychająca/ jak miękkość meduzy/ i tak krucho mija/ poprzez miłość i ręce i miłość i ręce (s. 44). Nie wszystko  jednak stracone: i może się z zasiewu doczekasz owocu/ przekroczysz granice skóry i dosięgniesz ducha (s. 29). Nierzadko też, zwłaszcza w obrębie figur mniejszych (zdanie, wers), w poezji Ireny Słomińskiej zauważalne są zabiegi odświeżania środków leksykalnych, cieniowania i dobarwiania znaczeń oraz efektów brzmieniowych wyrazów, na przykład.: cienie myśli/ grają zmienny światłocień oraz niebo Kanta/ moralność jak kantata (s. 19);  zmarszczki/ rozpoznają się w zmarszczkach (s. 23); pomyśl łąka woda w łęgach łątka (s. 30);  na ulicy jedności narodowej ostro/ zahamował samochód/ było to tuż przed zakrętem/ w ulicę wyzwolenia (s. 46); ale noc może być także pół-nocą jak pół-miłość (s. 54);  jaskier tli się, nie serce, jaskier (s. 55); barwa przemija w skrzelach odcienia się/ w siność (s. 62). No cóż, siny kolor jest najbardziej charakterystyczny dla podbitych oczu. A tymczasem tak potrzebna nam pełna widoczność/ by zniszczenia zmarszczki nie uronić/ patrz rozpadł się nasz świat za oknem (s. 40) Co dalej będzie, jeśli marnieje szacunek dla przeszłości, dla dokonań przodków – archeologowie/ łudzą się czasem że z glinianych skorup/ wydłubią ich jądra/ pamięć/ co winna się żarzyć// jak wszystko co było sacrum i być nim/ przestało? (s. 49). Im mniej uznania dla świętości, dla piękna, tym w lepszym świetle jawią się miernoty. I wtedy im bardziej nieudolnie napiszę wiersz/ tym bardziej będzie mój (s. 17). Oby ta pesymistyczna wizja poetki z Białegostoku nigdy się nie spełniła. Byłby to spadek z wysokiego pułapu.
Irena Słomińska: Pogranicza. Książnica Podlaska im. Łukasza  Górnickiego, Białystok 2011, ss. 70