• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ariana Nagórska - Nisza Koziorożca - Bohater na miarę czasu i miejsca

    Bohater na miarę czasu i miejsca


              W pierwszej dekadzie marca bohaterem zarówno mediów, jak i władz mego miasta stał się niefortunny kitsurfer, gdańszczanin Jan Lisewski, który płynąc bez asekuracji zaginął na Morzu Czerwonym, przez ponad dwie doby dryfował na desce z latawcem, walcząc też ponoć z rekinami, podczas gdy poszukiwały go postawione w stan gotowości służby ratownicze kilku krajów (głównie Arabii Saudyjskiej), dzięki którym został uratowany.
              Przyglądając się tej postaci, można pokusić się o ustalenie, jakie cechy miewa współczesny bohater. Bez wątpienia jest to imponująca wytrzymałość fizyczna, determinacja i odwaga, jednak połączona z arogancją, fanfaronadą i brakiem zdrowego rozsądku. Te trzy ostatnie wady od stuleci przypisywano młodzikom, ale w naszych czasach modna i ceniona jest „młodzikowatość" nawet do późnej starości, tym bardziej więc 42-latek nieodpowiedzialny jak nastolatek zbytnio nie dziwi. Nasz superman ruszył bić rekordy na falach, olewając po młodzieżowemu jakąkolwiek asekurację, nie podał lokalnym służbom planu swej trasy, nie raczył nawet załatwić sobie wizy wymaganej tam, gdzie się udawał. Uznał się widać za herosa, któremu nic stać się nie może, a na dodatek niczyje prawa go nie obowiązują. O arogancji świadczy też fakt, że gdy został uratowany, krytycznie wyrażał się o sprawności służb ratowniczych. Braki w wychowaniu lub nawet chamstwo na ogół nie są w naszych czasach piętnowane (na bohatera więc niby cienia nie rzucają), jednak tym razem tak zawrzało w Internecie, że chyba jakoś to do wyczynowca dotarło, bo po krótkim czasie zaczął zachowywać się lepiej i już tylko dziękował ratownikom, bez utyskiwania na ich brak profesjonalizmu. Największe emocje wzbudza zwykle kasa, liczni internauci postulowali więc, by ten lekkomyślny desperat zapłacił bajońskie sumy za akcję ratowniczą. Trafili się też oczywiście „prawdziwi patrioci" przekonani, że cały świat istnieje tylko po to, by Polakowi z uniżeniem służyć. Ktoś dowodził, że „W Arabii Saudyjskiej mają tyle szmalu, że nawet nie zauważą, ile na akcję ratowniczą wydali, a poza tym ratować, to ich psi obowiązek!" Jeśli chodzi o mnie, mogłam tylko jak zawsze zauważyć, że głupi ma szczęście, bo od razu było oświadczenie, że nasz bohater za akcję ratowniczą płacić nie będzie musiał. Czy za ten wielkoduszny gest potrafił podziękować – nie mam pewności…
                W związku z tym wydarzeniem jeszcze raz ujawniła się całkowita rozbieżność punktów widzenia władz, mediów i zwykłych obywateli. Ci ostatni zachowali na ogół dystans i rozsądny krytycyzm, cwane media lawirowały między skrajnymi opiniami, jedynie władze miasta jak zwykle ślepe i głuche na opinię publiczną podjęły w swych izolowanych kręgach kuriozalną decyzję, dla jednych oburzającą i kompromi- tującą, dla innych zaś groteskową. Otóż władze Gdańska postanowiły zapłacić supermanowi 40 tys. zł za promowanie miasta, bo miał na swym uniformie i sprzęcie gdańskie akcenty.
                Do oburzonych i zbulwersowanych należeli głównie ci, których kasa zawsze ostro podnieca. Całkiem słusznie podniosły się głosy, że idolowi władz miasta zapłacić będą musieli podatnicy! Następnie wymieniano setki szlachetniejszych celów, na które humanitarniej byłoby ową sumę przeznaczyć. Wskazywano też sportowców mających wybitniejsze osiągnięcia od naszego surfera, którzy jednak z braku odpowiednich układów o takim prezencie od władz miasta nie mogliby nawet pomarzyć.
                Mnie jednak (jak zwykle) znacznie bardziej inspirowała grupa prześmiewców robiących sobie jaja z magistratu. „Mam na spodniach napis GDAŃSK i wybieram się do Arabii Saudyjskiej. Ile forsy dostanę za promocję miasta?"– dopytywał pewien dziarski obywatel. Inny wysłał do radia SMS: „Przez kilkanaście lat jadłem szkodliwą sól przemysłową nie absorbując swą osobą żadnych służb ratowniczych, więc mi się te 40 tysięcy należy bardziej!" Sama chciałam wysłać pismo z postulatami, by wsparto tymi pieniędzmi nienadających się do żadnej użytecznej pracy poetów gdańskich, ale się w porę zorientowa-łam, że VIP-y w swej umiarkowanej bystrości mogą to potraktować poważnie i forsę wypłacić sobie! Ostatecznie w Urzędzie Miasta pracuje co najmniej troje piszących wiersze, a i we władzach wojewódz-kich też ktoś taki się załapał. Skoro już jest nadmiar forsy, wolę by ją dostał jeden nadaktywny wilczek morski, niż gdyby rzuciło się na nią całe stado biurowych rekinów-młotów.
                 Pytanym o opinie w różnych ulicznych sondach i wywiadach automatycznie nasuwała się jedna refleksja: – Jakaż to promocja miasta, skoro sportowy wyczyn się nie udał? Powinniśmy chyba raczej promować przedsięwzięcia uwieńczone sukcesem! Ja tam myślę, że wyczyn nieudany to akurat wizytówka Gdańska właściwa, bo bez zbędnego lukru. Nie mam nic przeciwko temu, by promować przedsięwzięcia zakończone sukcesem, ale tylko pod warunkiem, że będzie to „sukces" zrozumiały dla władz mojego miasta i przez nie akceptowany. Bo tylko wtedy można liczyć na nieustającą groteskę i całoroczny prima aprilis.

    Również tego autora